Westchnął cicho, przeciągle, niczym wojownik przygnieciony ciężarem odpowiedzialności większym, niż powinien dźwigać samotnie.
— Powiedz mi… — odezwał się w końcu głosem miękkim jak mech wyściełający legowiska starszyzny — czy żaden kot nie zasługuje na drugą szansę? Czy przodkowie odrzucają każdego, kto choć raz zbłądził ze ścieżki, którą dla niego wyznaczono? Gdyby tak było… połowa klanów dawno rozsypałaby się w pył, a las pełen byłby jedynie duchów żałujących własnych błędów.
Na moment opuścił spojrzenie, jakby naprawdę rozmyślał nad losem tych wszystkich kotów, które kiedyś upadły.
— Klan Gwiazdy nie oczekuje od nas doskonałości, Tawułowa Bryzo. Oczekuje od nas wyborów. Tego, co robimy po własnych błędach.
Mówił miękko, niemal kojąco, lecz pod tą łagodnością kryło się coś cięższego — subtelny nacisk oplatający rozmówcę niczym cierniste pnącze. Każde jego słowo zdawało się starannie wygładzone, pozbawione ostrych krawędzi, a jednak pozostawiało po sobie trudny do zignorowania ciężar.
— Truskawkowe Pole mogłaby odejść, tak jak odeszła z Owocowego Lasu — przyznał po chwili, z zadziwiającą wręcz łatwością. — Mogłaby porzucić Klan Klifu przy pierwszym trudzie, przy pierwszym rozczarowaniu albo strachu. A jednak tego nie zrobiła.
Uniósł wzrok z powrotem na Tawułową Bryzę.
— Dołączyła do nas z własnej woli. Nie dlatego, że była głodna. Nie dlatego, że została zmuszona czy osaczona przez los. Wybrała Klan Klifu, ponieważ dostrzegła w nim coś, czego najwyraźniej brakowało jej wcześniej. Spokój. Wartość. Cel.
Lekki uśmiech przemknął przez jego pysk — ciepły, niemal melancholijny.
— I każdego dnia wybiera go ponownie.
Zapadła krótka cisza, podczas której wiatr zaszeleścił wysoko w koronach drzew, a gdzieś w oddali rozległ się pojedynczy krzyk nocnego ptaka.
— Ty natomiast — podjął ciszej — oceniasz ją tak, jakby zdrada już się wydarzyła. Jakby jej szansa na cokolwiek dobrego została przekreślona w momencie, w którym przybyła na nasze tereny.
Powoli zrobił krok bliżej. Nie był to ruch agresywny — przeciwnie, jego postawa nadal pozostawała spokojna i otwarta — lecz mimo to coś w tym geście sprawiało, że przestrzeń między nimi zdawała się nagle ciaśniejsza.
— A teraz posłuchaj mnie uważnie, Tawułowa Bryzo.
Jego głos nie stwardniał. Jeśli już, stał się jeszcze łagodniejszy, bardziej aksamitny, przez co ukryte pod nim ostrze było trudniejsze do dostrzeżenia.
— Zarzucasz mi, że wybrałem Truskawkowe Pole dlatego, iż jest mi bliska. Że moje uczucia przesłoniły mi osąd. — Delikatnie przechylił głowę. — A jednocześnie próbujesz przekonać mnie, że kotka będąca twoją siostrą… oraz twoją dawną mentorką… byłaby wyborem bardziej odpowiednim.
Przerwał na moment, pozwalając, by znaczenie własnych słów spokojnie osiadło pomiędzy nimi.
— Nie sądzisz, że to lekka hipokryzja?
Uśmiechnął się delikatnie, po czym parsknął cicho — nie wyglądało to jak złośliwy gest, raczej jak niewinne rozbawienie. Jak gdyby stojący przed nim wojownik był jedynie zagubionym kociakiem, który z desperacką niemal upartością próbował udowodnić swoją rację.
<Tawuło?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz