BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

25 listopada 2019

Od Aroniowego Podmuchu CD. Łabędziego Plusku

Aroniowy Podmuch otworzył leniwie ślipia i rozejrzał się po legowisku nie podnosząc łba. Nie było już paru kotów, a przeciekające przez gałęzie światło jasno mówiło mu, że powinien już być na nogach. Jednak nie miał siły. Kompletnie mu się nie chciało. Nawet ruszenie końcówką ogona zdawało się być nie lada wysiłkiem. Chodzące mu po łbie czarne myśli wcale mu tego nie ułatwiały. Cały czas zabierały go na zgromadzenie, gdzie został ośmieszony i wyzywany od gejów przez jakiegoś bachora. Nawet chęć zemsty na tym gówniaku nie była wystarczająco silna, by go wyciągnąć z łoża. Kto by pomyślał, że parę słów jakiegoś młodzianego Klifika może tak bardzo zaburzyć mu życiowy rytm? Nie żeby się przejmował słowami tego pchlarza, jednak przez niego bezpodstawne zarzuty, niektórzy rzucali mu zniesmaczone spojrzenia. W tym ich nowa zastępczyni Pstrągowy Pysk. Gdyby kocur tylko wiedział, że Deszczowa Gwiazda wybierze właśnie ją już nie starałby się wykaraskać z błota podczas powodzi.
— Aroniowy Podmuchu! — usłyszał jak ktoś go woła.
Zakrył łapami uszy i odwrócił się tyłem do wyjścia, mając nadzieję, że ten ktoś zostawi go w spokoju.
— Aronio! — krzyk się nasilił jedynie jeszcze bardziej go irytując.
Czarno-biały dobrze podejrzewał kim jest ów natrętny osobnik, dlatego też odważnie krzyknął.
— Spadaj na drzewo gówniarzu! — wrzasnął i po chwili namysłu dodał. — Dziś treningu nie ma, jak chcesz to idź do Bobrzej...
Nim zdążył skończyć zdanie jego uczennica wparowała do legowiska wojowników i stanęła przed nim rozzłoszczona.
—  Zachowujesz się gorzej niż nie jedna kotka — syknęła, spoglądając na rozlazłego wojownika. — Mam zawołać twojego chłopaka, żebyś w końcu ruszył tyłek?
Kocur na słowo "chłopak" zerwał się gwałtownie i prychnął na nią. Jeszcze temu mu brakowało. Może powinien dostać jakąś nalepkę "Gej Aronia", bo może ktoś w obozie jeszcze nie słyszał o tej durnej plotce? Wbił pazury w ziemię, a pełne złości pomarańczowe ślipia wlepił w młodszą kotkę. Głupi lisi bobek, gdyby nie ona pewnie teraz nie było tego całego cyrku.
—  To nie jest mój chłopak! —  wycedził, a jego ogon wystrzelił w górę, nerwowo drgając na wszystkie strony. —  Jak jeszcze raz nazwiesz mnie gejem dopilnuję, byś nie ukończyła treningu przed moim odejściem do starszyzny! —  zagroził kocur, wyłażąc pośpiesznie z legowiska. 
Nie miał kompletnie nastroju na tą smarkulę, ale nie miał komu już jej wcisnąć. Poza tym im szybciej zrobi jej ten cały trening tym szybciej wróci do legowiska. Zadowolona z siebie koteczka podążyła za podenerwowanym mentorem. Aroniowy Podmuch zmrużył oczy, gdy silny wiatr zawiał w jego stronę. Robiło się coraz zimniej, a zwierzyny było mniej niż podczas Pory Nagich Liści. A to wszystko przez tą cholerną powódź. Na widok zwróconym w jego stronę ślip pobratymców, prychnął i przyspieszył. Lekko przygarbiony, starał nie zwracać uwagi na szepty i iść przed siebie. W pośpiechu wyszli z obozu, kierując się w stronę Płaczącego Strażnika. Aronia liczył cicho, że może przy rzece znajdą jakąś zwierzynę. Cały klan był osłabiony i głodował przez zniszczenia jakie wyrządziła ów nieszczęsna powódź. I pomimo że nikt nie mówił o tym głośno, każdemu powoli zaczynał doskwierać głód i mróz.
— Jak długo będziemy iść? — jęknęła Ćmia Łapa najwyraźniej zmęczona już tą wędrówką. — Nie możemy tutaj polować? — dodała, rozglądając się po okolicy. 
Kocur ignorował pytanie uczennicy. Z każdym krokiem znajdowali się coraz bliżej Płaczącego Strażnika, a bicolor nie miał dziś humory na postoje. 
— Aroniowy Podmuchu — mruknęła uczennica widząc, że ten ją zlewa. 
Wywrócił oczami i odwrócił się w stronę kotki. 
— Czego? 
Przyzwyczajona do wrzasków i krzyków mentora szylkretka, rozejrzała się dookoła, wciągając mocniej powietrze pyskiem. 
— Chyba czuję królika — poinformowała go. 
Kocur zastrzygł uszami zaskoczony i także zaciągnął się. Wyczuł delikatną woń zająca, który zapewne zbłądził w te okolice przez ostatnie kataklizmy. Zapach nie był mocny, ale Aronia był pewien, że zającowaty nie odszedł za daleko. Spojrzał na uczennicę zdziwiony. Może jednak nie była takim mysim móżdżkiem jakim się mu wydawało.  
— To idź to sprawdzić i wracaj tu zaraz — warknął w końcu, przysiadając koło pobliskiego kamienia. 
Słońce powoli dochodziło do szczytowania, a oni nie mogli wrócić jedynie z zającem. Teraz każda zwierzyna była na wagę złota dla głodującego klanu. Poza tym Aronia nie chciał gorzej wypaść niż Ognisty Krok i Zimna Łapa, którzy ostatnim czasów podejrzenie dobrze wychodziły polowania.  Dlatego też wlepiając wzrok w pobliski kamień, niecierpliwił się, rozglądając ciągle za Ćmią Łapą. Czas mijał, a jego uczennicy jak nie było tak nigdzie nie było widać. Ogon kocura poszedł znów w ruch i z każdym uderzeniem serca uderzał coraz mocniej o kamień.
Ile w końcu można polować na jednego głupiego zająca, zastanawiał się kocur, rozglądając się za tamtą.
Słysząc nagły szmer, odwrócił się w przeciwną stronę. Trochę mu zajęło nim zlokalizował swoją uczennicę. W końcu widząc zarys sylwetki Ćmiej Łapy przeskakującej przez chaszcze i to bez królika, nie wytrzymał.
Czy ona myśli, że mają cały dzień na jakieś spacerki i podziwianie przyrody?
— Co tak się wleczesz?! — wrzasnął, zeskakując z kamienia. — I gdzie zając?! — kontynuował, biegnąc w stronę dziwnie dumnej uczennicy. 
— Zając mi zwiał, ale mam coś lepszego — mruknęła tajemniczo, spoglądając na mentora wesoło. Widząc jego wkurzoną minę, postanowiła jednak nie przeciągać zbyt długo. — Twój kochaś czeka na ciebie koło Płaczącego Strażnika...
Kocur nawet nie słuchając dalej swojej uczennicy, popędził do starej wierzby, mając nadzieję, że to tylko głupi żart tamtej. Ostatnie czego teraz mu brakowało to Klifiaka widzącego jak ten nawet nie potrafi zapanować nad własną uczennicą oraz wykarmić klanu.
<Łabędzi Plusku?>

Od Sokoła CD. Iskry

Zastraszające tępo, z jakim czekoladowa uczennica wyrzucała z siebie potoki słów przyprawiło go o niemały ból głowy. Była milutka i urocza, to fakt, ale jednocześnie chyba uważała, że do szczęścia potrzebne jest nieustanne mielenie jęzorem i zakłócenia tego cudownego stanu otoczenia, jakim była wszechobecna cisza.  
― Czy lubię rozgryzać… mysie oczy? ― spytał, zatrzymując się gwałtownie. Iskra zatrzepotała niewinne rzęsami i uśmiechnęła się uroczo, zapewne wpatrując się w jego oczy, które były teraz dwa razy większe niż normalnie.
― Albo ciamkać.
― Co to w ogóle za pytanie? 
― No wiesz, Sokole, zadałam kilka pytań, nie musisz koniecznie odpowiadać na to jedno, ale byłoby mi bardzo miło, gdybyś jednak się głęboko zastanowił i… ― słowa kotki utonęły głęboko w jego umyśle, gdy zastanawiał się nad najlepszą możliwą odpowiedzią. Wpatrywał się tępo w czekoladową kotkę, wyraźnie oczekującą szybkiej odpowiedzi. 
― Nigdy nie miałem zaszczytu próbować, ale domyślam się, że muszą być świetne ― powiedział, wzdrygając się lekko z obrzydzeniem i czując nieprzyjemny dreszcz na karku. Pytania Iskry nieco go zaintrygowały, aczkolwiek potrzebował dłuższej chwili na odnalezienie się w nich. ― Jeśli już o to pytasz, to lubię lawendę. Nie ciamkam myszy. Nie lubię puchatych chmur. Moim mentorem był Dzicza Łapa. I owszem, mam blizny.
Pewnie wyszedł na sztywniaka. Trudno, jakoś to przeboleje. Jednak już pierwszego dnia treningu osobowość Iskry go zaintrygowała. W pozytywnym znaczeniu. Widział przed sobą dobry materiał na wojownika i w duszy podziękował Czereśni za ten wybór. Gdyby trafiła mu się Nostalgia, byłby pewnie teraz lisim bobkiem, a nie kochanym mentorem i najlepszym wzorem do naśladowania. A może Iskra będzie wypadała nawet lepiej na tle sióstr? Zresztą, czas pokaże.
― Ooooooh! ― Oczy Iskry zrobiły się dwa razy większe niż normalnie ― A czy… Czy mogę spytać o… o… Okoliczności powstania tych zaszczytnych symboli?
― Pewnie ― Sokół mrugnął do niej z uśmiechem ― Spadłem z drzewa. Z samego wierzchołka, wyobrażasz sobie?

<Iskro? Wybacz, że tak krótko. To jest jeszcze przed zalaniem obozu, więc możesz zrobić time skip w odpisie, jeśli chcesz>

Od Jaskółki CD. Nagietkowej Łapy

Podekscytowana koteczka wparowała do legowiska medyczki i aż pisnęła z zachwytu! Wow, jak cudownie! Tyle przepięknych zapachów, śmiesznych listków, a w dodatku było tu tak przytulnie, że uradowana niebieska nawet zamruczała z przyjemności. Niezauważona przemknęła pomiędzy smukłymi łapami czekoladowej medyczki, by przyglądnąć się z bliska tym wszystkim dziwnie pachnącym ziółkom, podczas gdy rudy terminator grzecznie przywitał się z Turkawką.
— Witaj, Nagietkowa Łapo — miauknęła ciepło pointka, spoglądając na zielonookiego z zaciekawieniem. — W czym mogę ci pomóc?
— Przysyła mnie Chłodny Wiatr, bo martwi się, czy kociaki nie złapały jakiegoś paskudztwa po swojej eskapadzie — zaczął wyjaśnienia, po czym próbował odszukać wzrokiem córki Grzmiącego Potoku, która z nim przyszła, ale ku swojemu przerażeniu nigdzie nie mógł jej dostrzec. Strzepnął nerwowo końcówką ogona i zawołał. — Jaskółko, gdzie jesteś? To nie są żarty!
— Przyszła tu z tobą? — zapytała szczerze zdziwiona medyczka, rozglądając się po swoim legowisku. Po desperackich poszukiwaniach, koteczka została odnaleziona wśród nasion maku, których na całe szczęście nie zdążyła spróbować. Zdenerwowana Turkawie Skrzydło mocno chwyciła niesforną niebieskooką za skórę na karku i upuściła ją tuż przed łapami należącymi do syna Złocistej Rzeki. Zlustrowała ją od góry do dołu i z poirytowaniem warknęła. — Jaskółko, czy ty się dobrze czujesz? Do reszty zgłupiałaś, zapuszczając się do moich zapasów bez nadzoru! Dopilnuję, by twoja matka dowiedziała się o wszystkim — warknęła ostro na zakończenie, po czym zabrawszy ze sobą zwitek kilku liści, ruszyła w kierunku kociarni. Przerażona niebieska z niedowierzaniem przyglądała się rozgrywającej scenie, a buzujące w jej kruchym ciałku emocje przybrały po chwili formę fontanny słonych łez, rzewnie wylewających się z lodowatych ślipi. Rozdygotana koteczka wczepiła się w pręgowane futerko Nagietkowej Łapy niczym rzep psiego ogona i odmawiała wszelkim formom namówienia do opuszczenia legowiska.
— Jaskółko, posłuchaj — zaczął nieco speszony terminator, spoglądając z góry na niebieską. — Musimy już iść, bo twoja mama będzie zła — próbował rudzielec, lecz jedynym skutkiem jego słów była kolejna fala gorzkiego płaczu i mocniejsze wbicie pazurków w smukłą łapę.
— Nie, ja się stąd nigdzie nie ruszam! — wrzasnęła niebieska, drżąc z przerażenia. — Chłodny Wiatr obedrze mnie ze skóry!

< Nagietkowa Łapo? >  

Od Berberysowej Bryzy CD Lisiej Gwiazdy

Szylkretka niemal zemdlała z radości, gdy do dotarły do niej słowa rudego lidera. Lisia Gwiazda właśnie powiedział, że myśli jak przyszła liderka! Naprawdę bardzo rzadko zdarzało się, by syn Czaplego Potoku obdarzył kogoś komplementem, a co dopiero takiej wagi. W złotych ślipiach koteczki błysnęła determinacja i już otworzyła pyszczek, by odpowiedzieć kocurowi, jednak gwałtowne wstrząśniecie podłożem sprawiło, że straciła równowagę. Dotychczasową ciszę przerwały rozpaczliwe wrzaski jej pobratymców, które zadawały kocicy ból o wiele większy niż poobijane od upadku ciało. Próbując wstać na równe łapy i pomóc reszcie patrolu, zebrała w sobie wszystkie pozostałe siły i z niezwykle wielkim trudem się podniosła. Już miała wykonać skok w stronę leżącej na trawie nieruchomej Bodziszkowej Łapie, lecz donośny krzyk Lisiej Gwiazdy rozproszył jej uwagę. Nim zdążyła zakodować, co lider chciał im przekazać, poczuła, jak twardy grunt odrywa się od skarpy oraz jej tylnych łap. Objęta niewyobrażalną trwogą kotka, głośno pisnęła i desperacko próbowała zaczepić się pazurami o cokolwiek, byleby utrzymać się na powierzchni. Obawa o życie odbierała jej córze Rosomaka zdolność do racjonalnego myślenia oraz normalnego oddychania, z każdą sekundą calico czuła, że coraz bardziej popada w bezkresną otchłań. Nie chciała umrzeć, miała przed sobą jeszcze tyle księżyców życia! Z jej ślipi pociekły słonawe, gorzkie łzy mieszające się z gruzem, pyłem i piaskiem wydostającym się z rozkruszonych skał. I wtedy nastąpiła ta chwila, w której każdy jest pewny, że to już koniec. Że nadeszła na niego pora, by zagościł w szeregach swoich przodków. Fala zimna zalewająca Berberys sprawiła, że ta natychmiastowo pogodziła się z faktem, że już nigdy nie ujrzy pociesznej mordki swojej ukochanej liliowej pierdoły, ale z szoku wyrwał ją ból przeszywający okolice jej barków. Nim się spostrzegła, leżała na stałym gruncie tuż obok szczupłej sylwetki rudego lidera, ciężko dysząc. Pomimo wciąż zamglonych oczu, doskonale wyłapywała informacje z otoczenia i po chwili zmusiła się, by stanąć przy swoim mentorze, który obwieścił śmierć starszych klifiaków i części ich patrolu. Siostra Lamparta nie była w stanie pojąć, jakim cudem Rozmarynowe Futro, Jodłowy Brzask oraz Bodziszkowa Łapa mogły stracić życie! W okół pozostałych przy życiu zapanowała gęsta, żałobna atmosfera, dobijająca wciąż rozdygotaną koteczkę swym ciężarem.
— Wy wracajcie — mruknął smętnie Lisia Gwiazda, rzucając spojrzenie na Zachód, Lwa i Chwasta, po czym dodał. — Ja i Berberys dokończymy patrol.
Roztrzęsiona koteczka w ciszy przyglądała się odchodzącemu patrolowi, a po chwili ruszyła niepewnym krokiem za rudzielcem, który pomknął przed siebie. Nadal miała w pysku smak strachu, którzy przeżywała zaledwie kilka chwil temu, więc odezwanie się sprawiło jej naprawdę wiele trudu.
— To wszystko przeze mnie — szepnęła pustym, pozbawionym jakichkolwiek emocji głosem, nie mogąc zdobyć się na zerknięcie w orzechowe oczy ojca Wiewiórcze Łapy. — Gdybym nie wspominała o kataklizmach, to wszystko by się nie wydarzyło! Sójcze Skrzydło nie straciłaby życia, podobnie jak Jodła czy Bodziszek! — wrzasnęła, wysuwając lśniące pazury, a z jej słonecznych ślipi kolejny raz wypłynęła lawina gorzkich łez.

< Lisku? Wybacz, że krótko >

Od Wilczego Serca


    Świat dookoła niego się walił. Przechadzał się bez celu, a mokry wiatr przenikał na wylot jego zmizerniałe futro.
Śmierć. Teraz nabrała nowego znaczenia. Była wszędzie. W powietrzu, sprawiając że liście opadały i umierały, że koty traciły siły, kaszlały krwią i znikały w zimnej ziemi. W wodzie, odbierając jesieni jej zwyczajowe kolory, w zamian darując wszelkie odcienie zgnilizny i jej słodki smród, mrok ciągłych ulew i wszechobecną wilgoć. I powodzie, przez które koty tonęły i znikały w zimnej ziemi. W umysłach klanowiczów, w które wplatała swoje czarne macki, odbierając nadzieję, że kiedykolwiek będzie lepiej.
Pora Opadających Liści. Pora Śmierci. Koniec Świata.
Czy ktokolwiek mógł być pewny, że wiosna nadejdzie i tym razem?
Gdyby miał wymienić wszystkich, których stracił… Ze zgrozą uświadomił sobie, że ilość martwych zdecydowanie przewyższa liczbę jego przyjaciół w klanie.
Wilcza wataha, która go przygarnęła. Jego ludzko-psia rodzina. Podstępnie zamordowany Płonący Grzbiet. Kocur, który był dla niego jak ojciec i alfa, Borsucza Gwiazda. Ofiary czerwonego kaszlu, jedenaście wspaniałych kotów, które nie chciały umierać. Młody uczeń klanu nocy i próbująca go ratować kocica. Nie wiedział, ile kotów padło ofiarą tej Pory Śmierci w innych klanach.
Czy ktokolwiek mógł być pewien, że to koniec?
     Musiał coś zrobić. Teraz widział, jak wiele zła wyrządził i jak wiele kotów cierpiało z jego powodu. Skoro w każdej chwili on albo któryś z nich mógł zniknąć, nie miał wiele czasu, żeby naprawić to, co zrobił. Sroka… Wiedział, że kocica mu nie wybaczy, wolał nie pokazywać się jej na oczy (czy raczej jedno oko - pomyślał z bólem). Ale czy to właśnie na odpokutowaniu tego… tego co zrobił nie powinno zależeć mu najbardziej? I jeszcze to, jak potraktował Żywicę przy ich ostatnim spotkaniu… Spanikował, owszem, ale to w żaden sposób go nie usprawiedliwiało. Zawiódł.
Poczucie apokalipsy dało mu jedno - świadomość, że to nie on sprowadził śmierć do obozu. Potrafił być niebezpieczny i sprawiać, że jego bliscy cierpieli i umierali, ale wiedział też, że może zrobić wszystko, żeby byli bezpieczni.
Było tyle osób, o które dbał za mało… Senna Łapa! Leżał pogrążony w rozpaczy, zupełnie zapominając, że ma ucznia, z którego jest odpowiedzialny! Zamknął ślepia i zwiesił łeb. Zawiódł. Jako mentor, wojownik, przyjaciel. Musi zrobić wszystko, żeby choć trochę wynagrodzić kocicy jego egoizm i głupotę. A właśnie - minęło tyle czasu, czy chociaż raz, najmniejszym słówkiem wspomniał, że jest wdzięczny za uratowanie mu życia? Miał tyle okazji… Nawet nie chciał myśleć o swoim ostatnim spotkaniu z Cętką, Północy unikał jak ognia, przynajmniej Miedź zdawała się wybaczyć mu jego wcześniejsze zachowanie… Był tam ktoś jeszcze? Nawet tego nie wiedział… A Turkawie Skrzydło? Poświęciła mu tyle siły i cierpliwości…
Cętka. Ile razy nie pomyślał o Sroce, gdzieś z tyłu jego głowy pojawiała się Cętka. Obie zawiódł, przekonany o swojej nieomylności. Obie nie chciały go znać. Tylko że jedna żyła z nim w tym samym klanie i ciągle miał okazję naprawić swój błąd.
Myśl, która krążyła za nim od dawna nagle nabrała wyraźniejszych kształtów. Zrujnował życie jednej z nich, może przynajmniej spróbować sprawić, by ta druga była szczęśliwa… Jeśli będzie chciała mu wybaczyć.
Tak bardzo potrzebował kogoś, kto go wesprze i pokaże, co teraz zrobić… Dla klanu. Dla Wróbelka, Sen, Turkawki, Miedzi, Północy, Nagietka, Płomienistego. Dla Cętki. Gdyby tylko żył Borsucza Gwiazda, lider na pewno wiedziałby co robić…
Mimowolnie Wilcze Serce spojrzał w niebo. Jeśli koty miały rację, jego alfa był teraz w Klanie Gwiazdy i przyglądał się z góry, jak czarny kocur miota się w życiu jak w labiryncie.
    Jego łapy same skierowały go w stronę grobu Borsuczej Gwiazdy.


<Igło? Taki punkt zaczepienia ;)>

24 listopada 2019

Od Sokoła CD. Szyszki

Kiwnął obojętnie głową, słuchając opowieści Szyszki. W głębi serca bardzo go to tknęło. „Dbają, by nasz los okazał się łaskawy” – oh, doprawdy? To dlaczego zesłali na Klan Lisa powódź, w której zginęło tyle wartościowych wojowników? Czy to był w ich mniemaniu łaskawy los?
Spojrzał na uczennicę – a nie, już właściwie wojowniczkę ― z oczami pełnymi łez. Kurczę, nienawidził rozklejać się przy innych kotach. To była obrzydliwa słabość, gardził nią. Nie on jedyny stracił kogoś w powodzi. Gągoł, przyjaciel Szyszki, który nie tak dawno temu był litościwie wyciągany przez nich z króliczej nory, również nie przeżył. Sokół mimowolnie wyobraził sobie czekoladowego ucznia, wciąganego pod zdradziecką taflę wody z przerażeniem w żółtych oczach i zadrżał. A Piórko? Nieśmiała, ale miła koteczka która ciągle latała do medyczek po coś na uspokojenie. No i był przecież jeszcze Oset, za którym nigdy nie przepadał, ale przecież nie życzył mu rychłej śmierci. 
Oni nigdy nie powinni zginąć. Nie w ten sposób.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, oblewając złocistymi promieniami chwilowy (a przynamniej miał taką nadzieję) obóz Klanu Lisa.
― Wiesz co, chyba pora spać ― burknął do Szyszki, dyskretnie ocierając słoną łzę. 
Normalnie nigdy nie położyłby się o takiej porze, był raczej zagorzałym zwolennikiem nocnych hulanek. Jednak od śmierci Krogulca… już nic nie było „normalnie”.
Dobrze chociaż, że Szyszka się nie utopiła, przeszło mu przez myśl. Straty kolejnego szalenie ważnego dla niego kota już by chyba nie przeżył. Dodatkowo (chociaż w życiu by się do tego nie przyznał) sympatyczna wojowniczka chyba powoli zaczęła zajmować trochę inne miejsce w sercu Sokoła, niż tylko przyjaciółka. Ale właściwie to niczego już nie był pewny. 
Odwrócił się i odszedł, zamiatając ogonem polankę, smutny, przygarbiony. Nawet się nie obejrzał. Nie chciał ranić przyjaciółki swoimi humorami. Lepiej jej będzie bez niego. Nie zasługiwała na takie traktowanie. Lepiej, jeśli się wyładuje na jakimś liściu czy patyku.
A jeśli i ją pewnego dnia straci?
Ta wizja była nie do zniesienia.

<Szyszko? Wyszło słabo (weno, weno, gdzie jesteś?), więc liczę na twoją kreatywność>

Od Jaskółki CD. Pszenicy

Kotka od samego początku była pewna zwycięstwa. Dlaczego? Cóż, kto nie wygrałby z taką kluchą jak jej ukochany braciszek? Chyba jeszcze tylko większy pączuś, co kotce wydawało się niemożliwe. Spojrzała szczerze rozbawiona na desperacko pędzącego za nią liliowego, jednak zauważając, jak ten przyspiesza, odwróciła łebek przed siebie. Jej smukłe łapy gnały tak szybko, że przypominały bardziej niebieskie smugi niż kończyny, co niestety skutkowało szybkim zmęczeniem i sporawą zadyszką. Jaskółka, ku własnemu przerażeniu, zaczęła zwalniać, lecz wizja rozkazującego niebieskookiej pręgowanego dodała jej skrzydeł. Przymykając oczy skręciła w stronę legowiska terminatorów, aby następnie stanąć dumnie wyprostowana w jego wejściu. Chociaż gwałtownie opadająca pierś koteczki psuła nieco tryumfalną postawę, to i tak z córki Grzmota aż promieniowało zadowolenie z własnej osoby. Już posyłała swojemu bratu ostre, zuchwałe spojrzenie, ale to, co wydarzyło się zaledwie chwilkę później, dosłownie zwaliło ją z łap. Rozpędzony Pszenica źle wykalkulował odległość dzielącą go od siostry i z ogromnym impetem wpadł na kruchą koteczkę. Przez roztargnienie, Jaskółka instynktownie wczepiła się pazurkami w półdługie futerko należące do jedynego syna Chłodnego Wiatru i razem potoczyli się w głąb legowiska, rozrzucając wszędzie dookoła strzępki mchu i innych rzeczy wchodzących w skład posłań. Dopiero po kilku długich minutach męczącej szarpaniny, niebieskiej udało się wyrwać z uścisku pręgowanego, a następnie obrzucić go kilkoma niepochlebnymi wyzwiskami.
— Mysi móżdżek! Lisi bobek! Wronia strawa! — wrzeszczała na całe gardło, krążąc w tą i z powrotem, jednak napotykając rozbawione spojrzenie Pszenicy, jej pyszczek wygiął się lekko w niewielkim grymasie. — I z czego rżysz, co? Tak cię to bawi? — zapytała, unosząc jedną brewkę do góry.
— Szczerze? Tak i to nawet bardzo! Tylko spójrz na siebie! — liliowy wybuchnął śmiechem, gdy speszona Jaskółka zaczęła nerwowo przeciągać językiem po zmierzwionej piersi. Posłała bratu zagniewane spojrzenie, ale moment później razem z nim tarzała się znowu po rozwalonym legowisku, próbując pokazać mu, kto tak naprawdę tu rządzi.
— Pszenico! Jaskółko! Gdzie jesteście? — do ich uszu dotarł doniosły głos ich ojca, Grzmiącego Potoku. Rozbestwione kociaki natychmiastowo przerwały zabawę, spoglądając z przerażeniem na siebie nawzajem, kiedy ich płodziciel kontynuował. — Ja i mama szukamy was chyba całą wieczność! 
— Szybko, wiejemy! — rozkazała niebieska, pospiesznie wstając z brata i puchatą kitą ponaglając go do wyjścia. Upewniając się, że dorosły kocur odszedł na bezpieczną odległość, razem z liliowym pognała na przeciwną stronę obozu, by skryć się za dość rozległym krzewem, by ukryć się pod jego liśćmi. Kiedy oboje umościli się w miarę wygodnie w nowej kryjówce, Jaskółka posłała w stronę Pszenicy zadowolony uśmiech.
— Całe szczęście, że nas nie złapali! Inaczej nie wyszlibyśmy z kociarni aż do mianowania — odetchnął ze słyszalną ulgą w głosie i odwzajemnił gest koteczki.
— Tak, racja — przyznała wesoło, jednak po chwili jej lodowate ślipia niebezpiecznie rozbłysły. — A teraz czeka cię cały dzień usługiwania Jaskółczej Gwieździe!

< Pszenico? Gotowy na niezwykle rozpuszczoną liderkę? >

Od Lwiej Łapy

Rudy uczeń energicznie przebierał smukłymi łapkami, przedzierając się przez sosnowy las rosnący na terytorium Klanu Klifu. Rozglądał się dookoła, by wyłapać jakiekolwiek zagrożenie, jednak nic nie przykuło jego uwagi na tyle, by zawrócić się i to sprawdzić. Zmierzając do granicy z klanem pod łapą Deszczowej Gwiazdy, kocurek przypomniał sobie bardzo miłą koteczkę, którą poznał na zgromadzeniu. Kto wie, może i tym razem ją spotka? Jego uszy drgnęły gwałtownie, gdy potężna sylwetka Baraniego Łba, obecnego zastępcy Lisiej Gwiazdy, mignęła mu przed oczami, a po chwili mózg zarejestrował słowa płynące z pyska arlekina.
— Lwia Łapo, wiesz, przy jakiej granicy się znajdujemy? — zapytał Baran, mrużąc ślipia.
— Oczywiście, że tak! Jesteśmy przy granicy Klanu Nocy — oburzył się terminator syna Sroczego Żaru, strosząc lekko futerko na karku. Czy ten mysi móżdżek chce zasugerować, że Żywiczna Mordka niczego go nie nauczył?
— A co byś zrobił, gdyby jeden z tych pchlarzy znalazł się na naszym terenie? — dopytywał brat Koziej Nóżki, wysuwając ostre niczym brzytwa pazury i przesuwając nimi po gładkiej powierzchni kamienia.
— No jak to co? Natychmiastowo bym ich zabił! — odparł kocurek pewnym siebie tonem, patrząc prosto w złowieszcze oczy zastępcy.
— W takim razie ten bachor Sroki jednak cię czegoś nauczył — miauknął na odchodne arlekin, po czym powrócił do boku Martwego Cienia, żywo o czymś dyskutując. Korzystając z szansy, syn Niebiańskiego Lotu najpierw upewnił się, czy nikt go nie obserwuje, a następnie czmychnął pod gęste zarośla tuż przy granicy. Przyjmując wygodną pozycję, zaczął odszukiwać wzrokiem sylwetki Ćmy. Spędził dosyć długą chwilę, pełną napięcia, by jego pobratymcy go nie zauważyli, jednak cierpliwe czekanie przyniosło upragnione skutki. Zauważając zgrabną sylwetkę szylkretki, cicho zawołał.
— Ćmia Łapo! Tutaj, pod krzakiem!
<Ćmo?>

Od Lwiej Łapy

Rudy z niecierpliwości przebierał łapkami, nie mogąc doczekać się wieczoru. Skakał z podekscytowanie od momentu, w którym Wschodząca Fala ogłosiła bardzo radosną nowinę. Zostanie uczniem! Będzie uczył się polować, walczyć oraz innych wojowniczych rzeczy! Z szerokim uśmiechem na pyszczku stanął dumnie wyprostowany przy wejściu do żłobka, dokładnie przyglądając się mijającym go kotom. Ciekawe, kto zostanie jego mentorem? Lew miał nadzieję, że będzie szkolił się pod okiem jakiegoś odważnego wojownika, na przykład jego własnego ojca, Niebiańskiego Lotu, tylko, że on trenował już Perłową Łapę. Nie obraziłby się też, gdyby Lisia Gwiazda wyznaczyłby na jego mentora jakąś ładną kotkę, gdyż kocurek lubił płeć przeciwną i to nawet bardzo. Cóż, nieważne, komu zostanie powierzone przekazanie wiedzy rudzielcowi, on i tak zostanie najlepszym wojownikiem w historii!

~*~

Zaspany Lwia Łapa ziewnął przeciągle, próbując pozbyć się resztek senności z powiek, przecierając ślipia łapką. Natychmiastowego ożywienia dodała mu jednak wizja dzisiejszego treningu z Żywiczną Mordką, który właśnie wyszedł z legowiska wojowników. Młody uczniak niemalże wyskoczył z jaskini należącej do terminatorów i dopadł do boku liliowego kocura, podskakując w miejscu. 
— Żywiczna Mordko! Co będziemy dzisiaj robić? — zapytał, a jego wąsy drżały z ekscytacji.
— W-wcześnie w-wstałeś, L-Lwia Ła-Łapo — mentor vana uśmiechnął się niepewnie, spoglądając z góry na rozbudzonego kociaka. — Po-pomyślałem s-sobie, że mo-możemy p-poćwiczyć te-techniki w-walki...
— Tak! — krzyknął radośnie rudzielec, pędząc w stronę wyjścia z obozu. Gdy liliowy dogonił go, do uszu rudzielca dotarło pytanie nauczyciela.
— J-jak w-wrażenie p-po pie-pierwszym z-zgromadzeniu?
— Poznałem bardzo ładną kotkę, wiesz? Ma na imię Ćmia Łapa i bardzo fajnie się z nią rozmawiało — przyznał wesoło, unosząc kitę do góry i żwawo przeskakując nad stertą liści. Po chwili do jego główki nadleciało pytanie, które bez zastanowienia powołał do życia. — A ty jesteś partnerem tej szylkretowej kotki, Berberysowej Bryzy? Jesteście ze sobą bardzo blisko! Jak to jest mieć partnerkę?

<Żywiczna Mordko?>

Od Lwiej Łapy CD. Sroczego Żaru

Świeżo mianowany uczeń przeżył w tamtej chwili szok tak ogromny, że nie dało się go opisać słowami. Wlepił swe zielone ślipia w cętkowaną, której pysk owiewał tajemniczy wyraz i nieco zmarszczył brewki. Chwilka, co?
— Twój syn? Przecież w ogóle nie jesteście do siebie podobni! — odparł pewnie, nie mogąc przyjąć do wiadomości, iż jego towarzyszka może mieć własne dzieci.
— No i co z tego? Ty też nie jesteś podobny do Niebiańskiego Lotu — miauknęła lekko rozbawiona kocica, jednak po chwili spoważniała i owinęła niebieską kitą łapy. — Zostawmy już ten temat za sobą, dobrze? Jak się czujesz jako uczeń?
— Tak czy siak ci tego nie odpuszczę, Jedno Oko, wiesz o tym? — miauknął z determinacją, jednak po chwili kontynuował. — Wracając do twojego pytania, jest fenomenalnie! Żywiczna Mordka obiecał, że pokaże mi nasze tereny, nauczy polować i nawet walczyć! Już nie mogę się doczekać, jak skopie te zapchlone tyłki innym klanom! — krzyknął, wysuwając pazurki i przyjmując niebieski ogon za cel, wykonał niezdarny skok. Gdy zanurzył białe kiełki w futrze cętkowanej, ta natychmiastowo odepchnęła go łapą i powiedziała.
— Lwia Łapo, jak jeszcze raz mnie ugryziesz, to obiecuję, że obedrę cię ze skóry — zagroziła surowym tonem wojowniczka, lecz van zbył to uroczym, kocięcym uśmieszkiem.
— Za bardzo mnie kochasz, żebyś to zrobiła — wymruczał, ocierając się o puchaty bok Sroki. Po chwili jednak na jego pyszczku zagościł wyraz powagi, który nakłonił go do spojrzenia kotce prosto w pomarańczowe ślipia. — Ale nadal będziesz mnie odwiedzać, prawda? Jesteś przecież moją wierną zastępczynią, Jedno Oko! — desperacko dopytywał się Lwia Łapa, a jego serce zabiło zaskakująco szybko.

<Sroczko?>