BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

26 stycznia 2026

Od Wiciokrzewu CD. Osetka (Ostowej Łapy)

tw: załamka

— Wiesz, słyszałem już o twojej matce, ale… nigdy nie opowiadałeś mi o ojcu. Może czas najwyższy? — zagaił cicho. — Skoro jeszcze go nie poznałem, zakładam, że… nie żyje. Rozumiem, jeśli to dla ciebie bolesne wspomnienie. Nie musisz mi niczego wyjaśniać; jestem po prostu… ciekawy.
W tym momencie Wiciokrzew zamarł, bo sam nie miał bladego pojęcia o swoim ojcu. Cierń zawsze ukrywała jego tożsamość, a liliowy nie był na tyle odważny, by zapytać ją wprost. No, przynajmniej tak było kiedyś. Teraz miał wrażenie, że byłby w stanie powęszyć w tej sprawie, ale jakoś… zajął się obowiązkami, a życie płynęło dalej. Nie miał już czasu, by pytać o kogoś, kto i tak nigdy nie był obecny w jego życiu.
W dzieciństwie wystarczała mu obecność matki – a przynajmniej tak myślał. Nie wiedział, czy czegoś mu brakowało, skoro nigdy tego nie miał. Może wyrósłby na kogoś lepszego, gdyby miał kocura, którym mógłby się inspirować? Nie, nie… Płeć nie miała tu znaczenia. Nawet posiadając tak surową i twardą matkę, wyrósł na kompletne przeciwieństwo. Niektórzy już rodzą się z przesądzonym losem. Wiciokrzewowi Wszechmatka zgotowała taki charakter, który nie łączył się ani ociupinkę z oczekiwaniami Cierń. Czy liliowy winił ją za to? Nie, przecież nie mógł. Równowaga świata musiała zostać zachowana – niektórzy rodzą się nieszczęśliwi i żyją nieszczęśliwie, by inni mogli cieszyć się życiem.
Wiciokrzew spuścił wzrok na swoje łapy, pogrążony w myślach.
— T-tak… Mój ojciec je-jest martwy… — stwierdził ponuro — …dla m-mnie.
Liliowy kątem oka dostrzegł, że Osetek przechyla głowę w zdziwieniu.
— Co masz na myśli? Czy twoim ojcem jest… Rokitnik? — zapytał z trwogą w głosie.
Wiciokrzew natychmiast podniósł głowę, wykrzywiając pysk w obrzydzonej minie.
— Nie! — zaprzeczył twardo, lecz zaraz potem zachichotał. — Nie ma-mam z nim nic wspó-wspólnego. Oprócz tego, że by-był moim mentorem — miauknął, łapiąc się za głowę. — Ja n-nie wiem, kim jest mó-mój biologiczny o-ojciec. Nigdy go nie po-poznałem…
W zielonych oczach ucznia błysnęło zrozumienie.
— Och, to… ma sens. Bardzo mi przykro — odparł nieco niezręcznie. — Skoro twoja matka nigdy ci o nim nie mówiła, to pewnie i tak nie był nikim wartym uwagi. Nie ma co się nim przejmować. — Osetek wzruszył ramionami.
— Tak… Ma-masz rację — miauknął liliowy, wlepiając spojrzenie w ścianę lecznicy. — Ale czasem my-myślę, że może po-poznanie mojego ojca po-pomogłoby mi lepiej zrozumieć sie-siebie… — wyznał, zgodnie z prawdą, którą w sobie trzymał. — Moja ma-matka w niczym nie przy-przypomina mnie. Nie wiem, skąd wzię-wzięły się u mnie takie… ce-cechy. Ta nieśmiałość, te ją-jąkanie…
Uczeń przez moment nie odpowiedział, jakby nad czymś rozmyślał.
— Twój ojciec mimo wszystko nie definiuje tego, kim jesteś. Ważne, byś ty sam potrafił oddzielić się od reszty i zaakceptować twoje własne cechy. Nie cechy kota, który jest twoim rodzicem. — Słychać było, że Osetek ważył swoje słowa. Naprawdę starał się pomóc swojemu mentorowi najlepiej, jak tylko umiał.
Do uszu Wiciokrzewa docierały te słowa. Doceniał je, chciał żyć według nich. Ale nie potrafił. Czuł się tak, jakby jego serce robiło na przekór jego umysłowi. Jedno chciało żyć szczęśliwie, zgodnie, drugie zaś nieustannie sabotowało samego siebie. To było męczące, naprawdę męczące.
Wiciokrzew dziwił się, że sam był w stanie wytrzymać tak długo, podczas gdy w jego wnętrzu toczyła się wieczna wojna. Choć może “wytrzymać” to zbyt duże określenie. On po prostu… czasem jedynie czekał, aż wszystko przeminie, a czasem zajmował swój umysł na tyle, że te krzyki i wrzaski w jego ciele wtapiały się w gwar rozmów i szmerów.
— Słyszysz mnie? — odezwał się nagle Osetek, wymachując łapą przed oczami uzdrowiciela. — Nad czym tak myślisz? Możesz mi powiedzieć, to ja… spróbuję ci pomóc.
Wiciokrzew spojrzał wprost na ucznia.
— N-nie. Nie będę cię tym o-obarczał, Osetku. Mo-możesz… pójść i po-porozmawiać z ró-rówieśnikami. Nie musisz tu ze mną sie-siedzieć — przypomniał mu.
Nie chciał, by jego przybrany syn marnował się w lecznicy, próbując pomóc mu pogodzić się ze sobą. Gdyby to było takie łatwe, Wiciokrzew już dawno śmigałby po terenach Owocowego Lasu, podśpiewując sobie różne rzeczy pod nosem i śmiejąc się wśród swoich przyjaciół, których… w obecnym, niepogodzonym stanie, nie miał.
— Wiem, że mogę. Nie czuję się zobowiązany do tego, by przy tobie siedzieć — miauknął spokojnie. — Ale mimo tego chcę to robić. Nie zależy mi na rozmowie z rówieśnikami, a tym bardziej nie z takim jednym… — mówiąc to, wykrzywił pysk w zgorzkniałym grymasie — …Poza tym to nie mój ostatni dzień w Owocowym Lesie. Mam jeszcze mnóstwo czasu, by zakolegować się tu z kotami w moim wieku. Nie masz się o co martwić, ja sobie poradzę. Jestem już w końcu prawie dorosły.

* * *

Po zniknięciu Osetka

Po kolejnej nieprzespanej nocy nastał kolejny smutny i monotonny dzień. Wiciokrzew sam już nie pamiętał, który to z rzędu, odkąd jego przybrany syn nie wrócił do obozu. Liliowy nie mógł uwierzyć, że absolutnie nikt nie zauważył, jak czarno-biały uczeń opuszcza azyl. Nikt. Żaden z tych ponad czterdziestu kotów nie przyuważył, dokąd mógłby odejść Osetek.
Co, jeśli gdzieś zaatakował go lis? Co, jeśli poślizgnął się na lodzie i zmarł w jakiejś dziurze – sam, zziębnięty i bez szansy na ratunek? Co, jeśli krzyczał o pomoc tak długo, że stracił głos?
Wiciokrzew dłużej nie mógł znieść tych myśli. Wcisnął głowę między łapy, zaciskając mocno zęby, byle tylko nie wydobył się z jego gardła dźwięk łkania. Obok byli Poranek i Purchawka. Nie mogli go widzieć w takim stanie. Musiał być silny, musiał… dla Owocowego Lasu. Ale jak miał wykonywać swoje obowiązki, gdy los nieustannie rzucał mu kłody pod nogi? Dlaczego w ogóle śmiał myśleć, że nareszcie jego życie zmierza ku poprawie? To było oczywiste. Oczywiste, że nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Oczywiste było też to, że Osetek męczył się codziennie w Owocowym Lesie. Pewnie uciekł, zmęczony ciągłym dokuczaniem ze strony Ziemniaka.
Temu dało się zapobiec. Gdyby tylko liliowy znalazł w sobie odwagę, by poprosić kogoś o pomoc. By Ziemniak poniósł karę, by może się opamiętał i przestał zaczepiać ucznia. Może wtedy Osetek wciąż spałby u jego boku? Może byłby szczęśliwy i spełniony? Może już nosiłby imię Oset? A tak? Tułał się gdzieś… nie żył? Czy czuł się wolny i zadowolony, czy może jeszcze czasem tęsknił za swoim mentorem?
“Przestań się łudzić. Bez ciebie jest mu lepiej” – odezwał się głos.
Wiciokrzew wysunął pazury, wbijając je sobie w skórę nad brwiami. Dlaczego to jemu przytrafia się to wszystko? Dlaczego to on ma przechodzić przez te wszystkie tragedie? Dlaczego? Dlaczego...?
Nagle liliowy poczuł, jak końcówka czyjegoś ogona smyra go po grzbiecie.
— Hej… Jesteśmy tu z tobą, dobrze? — usłyszał niespokojny głos Purchawki, która musiała zauważyć, w jakim stanie znajdował się uzdrowiciel.
Liliowy rozluźnił mięśnie i wsunął pazury, po czym z jego płuc wydostało się głośne westchnienie. Dla każdego był tylko ciężarem, brzemieniem, które musieli nosić na swoich barkach. “Czy nie lepiej dla innych byłoby, gdyby zniknął?” – ta myśl nie pojawiała się w jego umyśle pierwszy raz i z pewnością nie ostatni. A z każdym kolejnym razem żałował, że poprzednio nie pchnął się do tego, by zrobić… to.
— Wilczomlecz? Żyjesz? — zapytała szamanka, trącając go łapą.
— Nie pomagasz… — odezwał się Poranek.
Wiciokrzew miał wrażenie, że oboje pochylają się nad nim jak nad truchłem. Może to była prawda? Może tak naprawdę liliowy był już tylko pustą skorupą – bez serca, bez duszy?
— Musimy mu podać coś na wzmocnienie, bo nam tu padnie! — stwierdziła kotka, po czym uzdrowiciel usłyszał jej kroki. Zbliżyła się do składziku. — Liście stokrotki? Nie… Nasiona maku? Też nie… Czyściec! Znalazłam ostatnio jego garstkę, gdy chodziłam po terenach! — oznajmiła, wyciągając z półki roślinę o fioletowych kwiatach.
Wiciokrzew podniósł głowę i, ujrzawszy pysk szamanki, skrzywił się lekko.
— Da-daruj sobie… te zio-zioła… — wymamrotał z trudem.
Purchawka jednak zbliżyła roślinę do jego kufy. Liliowy ani nie drgnął, więc szamanka siłą rozwarła jego paszczę i wcisnęła do niej czyściec.
— Wilczomleczu, musisz to połknąć! Chyba nie chcesz nam tu paść trupem, co? — burknęła.
Zielonooki wciąż jednak nie poruszył się nawet o włos.
— Co nie…? — powtórzyła, wpatrując się prosto w jego oczy.
Dlaczego nie widziała w nich tego wewnętrznego bólu, który zakorzenił się w nim niczym chwast? Czy naprawdę tak trudno było zauważyć, że tak – chciał paść trupem?
W końcu harknął ciężko i zmobilizował w sobie resztki sił, by poruszyć tym głupim, ociężałym ciałem. Podniósł się, chwiejnie, ledwo trzymając równowagę. Wyglądał tak, jakby nawet najmniejszy podmuch wiatru mógł go przewrócić. Wypluł z pyska zielsko i zakasłał.
— Usiądź, usiądź! Nie możesz się teraz prze-
Reszta słów Purchawki była już tylko plątaniną liter i sylab, których Wiciokrzew nie rozumiał. Świat zawirował mu przed oczami. Miał wrażenie, jakby zaczęły tańczyć przed nimi kolorowe iskierki. Na oślep zatoczył się w stronę wyjścia z lecznicy. Poczuł, jak coś szarpie go za futro, ale brnął dalej. W końcu zaczął biec – wciąż nie do końca świadomy tego, co robi.
Biegł. Biegł, aż wreszcie jego wizja się ustabilizowała, a umysł nieco wytrzeźwiał. Dopiero wtedy zatrzymał się, zatapiając łapy w śniegu. Zauważył, że serce łomocze mu w klatce piersiowej, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. Czy da radę ustać? Czy straci przytomność, zostanie zasypany śniegiem, zamarznie? Może odnajdą go dopiero wtedy, gdy się ociepli… Nie. Mimo wszystko nie było tu na tyle zimno ani śnieżnie, by mógł zostać całkowicie przykryty perlistym puchem.
Finalnie ostatkiem sił zebrał się, by krzyknąć:
— Osetku? Je-jesteś tu?
Jak zwykle odpowiedziała mu cisza. Zielonooki pociągnął nosem, zmarnowany. Znów odwalił manianę – uciekł bez powodu. Nie dał sobie pomóc. Sprawił tylko, że inne koty musiały się martwić. Czy poszli go szukać? A może uznali, że lepiej będzie, jeśli nie wróci?
— Nie jestem Osetkiem, ale mogę pomóc ci go odnaleźć — odezwał się nagle głos zza jego pleców.
Struchlał. Nie próbował odwrócić głowy, po prostu stał jak wryty, wpatrując się tępo w punkt przed sobą.
— Jeśli mi go opiszesz, oczywiście — kontynuowała obca mu kocica.
W końcu minęła go i stanęła przed nim. Była wysoka, o solidnej budowie. Miała półdługie futro, które świetnie wtapiało się w zaśnieżony krajobraz. Ale… co ona tu robiła?
— T-to… tereny O-Owocowego Lasu… — mruknął, jednak bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej chęci. W jego głosie nie było gniewu ani złości, a jedynie rezygnacja.
— No, może i masz rację, ale nie przychodzę tu bez powodu… — odezwała się niebieskooka, uśmiechając się miękko. — Jestem Tramontana, a ty?
Liliowy zawahał się. Czy powinien ufać tej samotniczce? Już raz spotkał takiego jednego – Szczypiorka. Teraz, gdy myślał o niebieskim kocurze, robiło mu się niedobrze. Czuł się źle z faktem, że tak łatwo dał się przez niego… wykorzystać?
— A ty? — powtórzyła ponaglająco. — Jak mam się do ciebie zwracać, co? Wiesz, jeśli chcemy się zakumplować, to przydałoby się, żebym znała cię chociaż powierzchownie — rzuciła już nieco spokojniej, jakby chciała uśpić jego czujność.
Uzdrowiciel cały się jednak spiął, wciąż nie odzywając się do kotki ani słowem.
— No proszę cię! Przecież już wiem, żeś nieniemy. Ja naprawdę mogę ci pomóc, ale tylko jeśli będziesz ze mną współpracować — przekonywała go.
Zielonooki wciąż czuł, że nie powinien jej ufać, ale coś w tonie Tramontany sprawiło, że poczuł się… przekupiony.
— W-Wiciokrzew… — odezwał się w końcu.
Białofutra skinęła głową kilka razy, jakby się nad czymś zastanawiała. Może skądś go kojarzyła? Może ptaszki wyćwierkały jej kiedyś, jakim to strasznym przegrywem jest kocur o imieniu Wiciokrzew?
— Hm… miło mi cię poznać, Wiciokrzewie! — Kotka wyciągnęła łapę w jego stronę, jednak uzdrowiciel spojrzał tylko na nią i nie odwzajemnił gestu.
Tramontana westchnęła, chyba trochę zawstydzona.
— To… opowiesz mi coś o tym Osetku? Kim on jest? Jak wygląda? Musisz mi uwierzyć na słowo, ale jestem świetną tropicielką! Gdy byłam młodsza, wywęszyłam królika, który znajdował się ze sto długości drzewa ode mnie, gdy moja rodzina głodowała! — zaczęła się przechwalać.
Tia. Sto długości drzewa. Nie wierzył w te bajeczki, ale poza nią… nie widział innej szansy, by odnaleźć swojego przybranego syna. Może to głupie, ale mimo wszystko rozpalił się w nim niewielki ognik nadziei.
— Był… mo-moim przybranym synem i u-uczniem… — zaczął, po czym zamknął oczy, jakby próbował odnaleźć więcej informacji o Osetku w swoim zamglonym umyśle. — Zna-znalazłem go… osamotnionego. Wzią-wziąłem do Owocowego Lasu, wy-wychowałem…
Zmarszczył brwi, gdy nagle przez jego głowę przeszedł przeszywający ból.
— Nie do-dogadywał się z takim je-jednym… Ziemniakiem… Myślę, że to prze-przez niego… Osetek u-uciekł… — kontynuował drżącym głosem, ledwo wiążąc koniec z końcem.
Każde wspomnienie czarno-białego kocura sprawiało mu cierpienie. Był już tak blisko osiągnięcia spokoju, już prawie miał następcę, wsparcie. A potem wszystko, jak zawsze, musiało runąć…
Naprawdę chciał czuć się lepiej. Gdy miał przy sobie Osetka, czuł się zdeterminowany do pracy. Czuł, że wreszcie ma dla kogo żyć. Tak niewiele było mu potrzebne, by wreszcie poczuć się chcianym – i tak niewiele wystarczyło, by znów mu to odebrać. W takim układzie Wiciokrzew… po prostu nie mógł wygrać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz