Kuni Strumyczek słuchała w milczeniu, pozwalając, by jego słowa opadły między nich niczym ciężkie liście, niesione nocnym wiatrem. Nie przerwała mu ani razu, choć każde kolejne zdanie zdawało się wbijać w jej serce drobną, uporczywą drzazgę. Widziała, jak się garbi, jak jego ogon instynktownie owija się wokół ciała, jakby próbował ochronić się przed światem — i przed nią. A jednak stał tu, nie uciekł, nie zamknął się w całkowitym milczeniu. To już samo w sobie znaczyło więcej, niż był skłonny przyznać.
Przez krótką chwilę nie odezwała się wcale. Spojrzała ponad jego pochyloną głową.
— To nie jest litość — odezwała się w końcu cicho, jej głos był spokojny, lecz stanowczy, niczym nurt strumienia, od którego wzięła imię. — Gdyby tak było, nie stałabym tu teraz. Litość jest łatwa. Współczucie… też bywa puste. Ale przyjaźń? — zawahała się na moment, po czym potrząsnęła lekko głową. — Przyjaźń nie znika tylko dlatego, że ktoś się potknął. Nawet jeśli upadł bardzo nisko.
Zrobiła krok bliżej, choć nie na tyle, by naruszyć jego przestrzeń. Nie chciała go osaczać; chciała, by sam zdecydował, czy jeszcze potrafi stać obok innych.
— Mówisz, że rozumiesz gniew klanu. Że akceptujesz karę. — Jej spojrzenie spoczęło na jego łapach, wciąż wbitych w ziemię. — Oczywiście. Rozumiesz, że musisz ponieść konsekwencje. I nikt temu nie zaprzecza. Ale nie myl odpowiedzialności z przekonaniem, że przestałeś być wart czegokolwiek.
Jej ogon poruszył się niespokojnie, muskając kamienie pod łapami.
— Wiesz, co najbardziej mnie boli, gdy na ciebie patrzę? — zapytała ciszej. — Nie to, co zrobiłeś. Tylko to, że zachowujesz się tak, jakbyś już sam wydał na siebie wyrok. Jakby Mandarynkowa Gwiazda była tylko formalnością, a prawdziwy sąd odbywał się tutaj — dotknęła delikatnie łapą własnej piersi. — I trwał bez końca.
Zamilkła na moment, pozwalając, by cisza znów zapadła między nimi, lecz tym razem nie była ona ciężka — raczej pełna napiętego oczekiwania.
— Mówisz, że są nocniacy, którzy bardziej zasługują na miano przyjaciela. — Uniosła lekko kąciki pyska, w smutnym, krótkim uśmiechu. — Być może. Ale to nie ty decydujesz, kogo ja nim nazywam. I nie odbiorę sobie tego prawa tylko dlatego, że ty w tej chwili nie potrafisz spojrzeć na siebie łagodniej.
Jej głos stwardniał nieznacznie, choć wciąż był ciepły.
— Możesz „jakoś to przetrwać”, jeśli tego chcesz. Możesz zamknąć się w tym bólu i czekać, aż miną kolejne księżyce. Ale nie mów mi, że nie potrzebujesz nikogo obok.
Kuni Strumyczek spojrzała na niego uważnie, po raz pierwszy od początku rozmowy nie odwracając wzroku.
— Nie przyszłam tu, żeby cię ratować, Szałwiowe Serce — dodała łagodnie. — Przyszłam, bo wciąż jesteś częścią mojego świata. I jeśli naprawdę chcesz wszystko dźwigać sam… to przynajmniej pozwól innym iść obok ciebie, nawet jeśli tylko przez kawałek drogi.
<No, Szałwik! Weź się w garść, dobra?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz