BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

30 października 2025

Od Zaćmionego Horyzontu CD. Łezki

Przed opuszczeniem Gąbczastej Łapy i Łezki Klanu Wilka

Nie rozumiała zbytnio sposobu myślenia małej kotki, lecz po chwili wróciły do niej momenty, gdy sama była w podobnym wieku. Ruda wtedy miała wątpliwości czy aby na pewno życie w klanie jest dla niej, lecz z czasem te myśli ucichły, będąc zagłuszone przez potrzebę opieki nad rodzeństwem i zamartwiania się o nich.
— Rozumiem, jak się czujesz. Sama księżyce temu wraz z rodzeństwem zostałam znaleziona na terenie klanu. Byliśmy zmarznięci, przemoczeni, a ja jako jedyna nadal chciała tam zostać, czekając, aż nasza matka wróci. Długo zajęło mi pogodzenie się z tym, że nasz porzuciła i to Klan Wilka stał się moją nową rodziną... Choć bywają dni, kiedy czuje się tu obco, lecz Mglisty Sen i Gwiazdnicowa Łapa są powodem, dla którego nadal tu jestem — wyjaśniła z lekkim uśmiechem, w którym krył się cały ból, który tak długo skrywała na dnie swego serca.
Później próbowała jeszcze jakoś kontynuować rozmowę, lecz wojowniczce dość kiepsko to szło, przez pojawiające się wątpliwości czy na pewno powinna należeć do klanu. W końcu była tutaj tylko z racji rodzeństwa, którego nie chciała opuszczać, lecz ci byli już znacznie starsi, a ona ze Snem wojownikami. Kocur nawet miał ucznia, dlatego czuła, jakby to nie był jej świat.
Bo nie był. Siłą została tu ściągnięta, a wcześniej nie mogła opuścić klanu, ponieważ była za młoda na długie wędrówki oraz nie znała terenów Wilczaków, lecz teraz wszystko się zmieniło.

Teraźniejszość

Łezka została zabrana przez Gąbczastą Łapę do Klanu Nocy, a Horyzont zadręczała się ciągle powracającymi myślami, podczas gdy w nocy ledwo co mogła zmrużyć oko, męczona słowami małej kotki. W dodatku martwiła się o nią, mając na uwadze to, że aż tak bardzo rudej przypominała samą siebie.
Czyżby jej życie w klanie było tylko jednym z wielu rozdziałów w jej życiu? Może inny los był jej pisany? Czy powinna spróbować wyruszyć w podróż i w nadziei odnaleźć Makowiec?
Zbyt dużo pytań, a niewiele odpowiedzi, których nie znała. Wolała nie mieszać do tego rodzeństwa ani Brukselkowej Zadry, czując, że by ją próbowali powstrzymać przed opuszczeniem klan dla zapewne samobójczej wyprawy.

<Do zobaczenia kiedyś Łezko>

Od Promyk CD. Słońca

Dzień za dniem i coraz więcej chaosu wdzierało się do żłobka. Słońce i Promyk naprawdę mieli w sobie coś wyjątkowego, co sprawiało, że co chwilę pakowali się w kłopoty. Rozświetlona Skóra, jeśli akurat nie próbował pochwycić Promyka, tuptał cierpliwie za synem, który jak mała burza wypadał ze żłobka i rozrabiał. Przynajmniej Promyk wychodziła całkiem niedaleko i nie musiał się o nią martwić. Przynajmniej dopóki nie zaczęła używać wejścia na półkę starszyzny jako zjeżdżalni i nie zaczęła wpadać w wojowników z wielkim impetem, bo jej hamulce działały bardzo słabo, a rozpędzanie się było bardzo łatwym dziełem.
Tego dnia Promyk wstała i znowu zaczęła swoje poranne harce. Bieganie, skakanie przez ogon taty, a jak wstał brat to i zaczepianie go do zabawy. Chwilę się z nim przepychać, po czym zaczęła robić swoje rzeczy. Przede wszystkim męczyć dalej tatę. Oczywiście te przepychania musiała przegrać, bo dzisiaj grała z Rozświetloną Skórą. Drugi tata czasem dawał jej wygrywać, cóż. Nie dzisiaj. Tak więc poirytowana odeszła do kąta żłobka i zaczęła przekładać mech, aby zająć sobie głowę czymś przyjemnym. Do czasu…
— Hej, Promyk, łap! — Jej brat wpadł do żłobka i pierwsze co zrobił, to rzucił w nią kulką mchu, która odbiła się od środka jej czoła i upadła na miękką wyściółkę.
— HA! — Promyk nastroszyła się nieco i chwyciła kuleczkę mchu między łapy i z dużą intensywnością odbiła jej z powrotem. Na tyle mocno na ile pozwalały jej młode łapki. Kuleczka wypadła na zewnątrz, kiedy ta zboczyła trochę z drogi. Słońce pognał za nią, a Promyk za Słońcem.
Kociaki wypadły ze żłobka i przebiegły po zimnym kamieniu. Promyk przebiegła pod łapami jakiegoś wojownika. Słońce był już przed nią, już chwytał kulkę mchu i odpychał ją w innym kierunku. I można było ścigać ją dalej. Promyk nie była najzwinniejsza, więc poobijała się trochę o kamienie. Na szczęście jej skóra była gruba, a wytrzymałość niezwykła. Więc pędziła dalej. Za to Słońce znacznie szybciej tracił energię i łatwo go było dogonić.
— HA! Mam ją! —Promyk oznajmiła, kiedy wyprzedziła brata i złapała kulkę. Wywróciła się przy tym i mało nie wpadła, w któregoś ucznia! Ups!

<Słońce?>

Od Kory (Korowej Łapy) CD. Łezki

Kotka patrzyła na nią niepewnie, jakby sądziła, że pytanie skierowane było do kogoś innego. A pytanie, które zadała, tylko utwierdziło Kore w jej przekonaniu. Może się bała? Bo jej głos był niewiele głośniejszy od szeptu… W sumie nie do końca wiedziała, czemu kociaki są tutaj, a nie obok niej w żłobku…
— No tak, ty! A kto inny? — Przewróciła w odpowiedzi oczami. Chciała ją trochę rozgadać, dlatego nie była źle nastawiona. Tatuś byłby dumny…
Tak naprawdę, czym starsza była Kora, tym bardziej przekonywała się do zaczynania rozmów. Życie samemu było fajne, bardzo się jej podobał ten spokój, ale po poznaniu Słoty… Zrozumiała, że życie z kimś też może być ciekawe.
— Racja… — mruknęła Łezka, po długiej chwili. — Czuję się dobrze.
I znów zamilkła. Szylkretka zastanawiała się, czy na pewno postąpiła dobrze, podchodząc… Może nie powinna im przeszkadzać… Miała ochotę wrócić do Jarzębinowego Żaru i jednak pomóc z jakimiś ziołami… Rozmowy jednak nie były jej mocną stroną, więc stała tam speszona, wiedząc, że odejście będzie odebrane jeszcze gorzej, niż cała ta rozmowa.
— Jak się nazywasz? — zapytała cicho czarna szylkretka.
— Nazywam się Kora — odparła, z lekką dumą. To imię, które wybrał jej tatuś, miała zamiar nosić je z całą pewnością siebie, którą posiadała. — A ty? — Przechyliła główkę.
— Łezka. — Młodsza wtuliła się w legowisko. — Dlaczego, tu przyszłaś, Koro? — zapytała tak cicho, że kotka prawie tego nie usłyszała.
— Lubię medyczkę — przyznała szczerze. Nie zastanowiła się nawet chwilę nad odpowiedzią. — Znaczy asystentkę medyczki… Jarzębinowy Żar! — Wskazała kotkę. — Dziś poprosiła, abym zajrzała do was. Więc jestem — mruknęła, jakby była to oczywista oczywistość.
No i się zacięła… No bo, miała tyle pytań do młodej kotki! Czemu tu jest? Skąd się wzięła? Czy wykluła się z szyszki tak jak Kora? No i kto był jej tatusiem? I czy miała mamusie? Ale wszystkie te pytania nie brzmiały… zbyt miło, a kotka nie chciała obrazić młodszej. Wtedy by chyba zapadła się pod ziemię…
— Potrzebujesz czegoś…? — zapytała więc, biegając wzrokiem po całej norze medyków.

<Łezko?>

Od Świergoczącej Łapy (Świergoczącego Potoku) CD. Płomiennej Łapy (Płomiennego Serca)

Czasy uczniowskie, przed zaginięciem Trójki

Całe podekscytowanie uszło z jego ciała, wyparte przez ogromną falę zmartwienia. Widział smutne oczy swojej siostrzyczki, oklapłe uszy oraz nerwowo drgający ogon i zaledwie sekundę później był już przy niej. Duszą, ciałem i umysłem. Mimo podobnego wzrostu Świergocząca Łapa z całych sił próbował się wokół niej owinąć, tuląc ją niczym matka własne kocię czy nawet bardziej, niczym ptak własne jajo. Mocno, zdecydowanie i bez jakichkolwiek zahamowań, nawet jeśli Płomykówka próbowała się od niego wykręcić.
— Świergotku, ja… — mruknęła, poruszając się delikatnie w jego uścisku.
— Nic nie słyszę — zawołał w futro siostry.
Kilka oddechów minęło, zanim ciało Płomykówki odpuściło. Niewidzialne nitki, trzymające dotychczas jej mięśnie, zaczęły powoli odpuszczać, ustępując zmęczeniu i uldze. Ogon przestał uderzać rytmicznie o podłoże, łapy wyłożyły się swobodnie, a zaledwie parę chwil później — Płomykówka odwzajemniła uścisk brata. Z początku delikatnie i niepewnie, ale nawet wtedy czuł jej wdzięczność. Jej ciche dziękuje, zawarte w czynach w odpowiedzi na jego ciche wyznanie miłości, braterskiej i szczerej.
— Już? — spytał po dłuższej chwili.
Kotka skinęła delikatnie głową, wciąż kryjąc pysk w jego futrze. Nawet gdy Świergocząca Łapa odwinął się z uścisku, szukając wzrokiem jej oczu, nigdy ich nie odnalazł. Wiedział jednak, że jego siostra potrzebuje czasu i zamiast tego skierował swoje spojrzenie ku wodospadowi, pozwalając jej pozostać kłębkiem futra. Schowanym pod niewidzialną skorupką niczym żółw.
— No tak, jestem wielki i silny. Potężny niczym niedźwiedź! — zaczął, przybierając żartobliwy ton. — Ale, o nie! Przecież Gąsienicowy Ogryzek jest ode mnie silniejszy. A jego ojciec jest pewnie silniejszy od niego! No to jednak nie jestem silny. — Na pysku kocura pojawiła się dramatyczna mina, ciało wyczekiwało w poszukiwaniu najdrobniejszych impulsów ze strony kotki.
Chciał jej pokazać, jak bardzo się myli. Może i byli teraz mali i drobni, może i marzyli o długich łapach, sprawnych krokach i równie wyczulonych zmysłach, co starsze koty, ale nie znaczyło to, że nigdy tego nie osiągną. Nawet jeśli byli jedynie Pieszczochami, rozpieszczonymi kociakami, porzuconymi na pastwę losu to wciąż byli sobą. Szczerze kochającym się rodzeństwem, które będzie się wspierać do samego końca. I które doskonale wie, do czego jest zdolne.
— Może i nie jesteś na tyle silna, ale jesteś moją siostrą i wiem, do czego jesteś zdolna. Widziałem, jak szybko byłaś w stanie nas ostrzec, gdy tylko rodzice mieli nas nakryć. — Kocur uśmiechnął się zdecydowanie. — I widziałem, ile razy nas broniłaś. Nawet wtedy, gdy ja się bałem! — W jego oczach lśniła duma. — W pewien sposób możesz być najodważniejsza z nas wszystkich.
Ruda kotka podniosła wyżej pysk zaskoczona, jej usta formowały kolejne słowo, ale w tym samym momencie Świergotek runął na wznak, głośno chrapiąc i tym samym, uważając dyskusję za zbędną. Płomykówka zaśmiała się lekko, a następnie wtuliła się w swojego brata.

Teraźniejszość

Wiatr podstępnie wdzierał się pod futro Świergoczącego Potoku, skutecznie pozbawiając go sił i energii na dalsze wyprawy. W takich momentach miał ochotę rzucić się na legowisko i spać niczym niedźwiedź zimą. Twardo, beztrosko. Wyczekując tych dni, kiedy słońce wita Cię z rana, oświetlając Twoje ścieżki i grzejąc Ci łapy. Nie wtedy, gdy zimno gryzie kończymy, a wojownicy ganią za lenistwo. W końcu nie jesteś starszyzną, żeby się tak ociągać!
— Co nie znaczy, że nie mogę marudzić — wymamrotał, niosąc w pysku mizerną mysz.
Wiedział jednak, że nadchodzą chude czasy i tym razem nie będzie beztroskim kociakiem z jedzeniem pod nosem. Tym razem to on będzie musiał zadbać o inne kociaki, nawet jeśli tak bardzo, bardzo mu się nie chciało. Naprawdę zaczynał żywić szczerą nienawiść do Pory Nagich Liści, niezwykłą dla jego osoby. Może jednak dobrze czasem na coś popsioczyć?
— Tu jesteś! — Z ponurego nastroju wybudził go znajomy głos, witający go niedługo po tym, jak odłożył zwierzynę na stos i ruszył w kierunku półek wojowników.
Zapewne zajmowałby jedną z wyższych półek, korzystając z dobrego punktu widokowego, sprawnych łap oraz wysokości, której obecność zawsze przyprawiała go o miłe mrowienie w brzuchu, ale dla swojej siostry zdecydował się ulokować niżej. Co było bardzo dobrą decyzją, pozwalającą im na regularne plotki, nawet jeśli przedłużający się trening Świergotka na chwilę ich rozdzielił.
— Znowu się spotykamy! — Uśmiechnął się rudzielec, przytulając się na moment do Płomykówki. — Często tu bywasz? — zażartował.
— Częściej od Ciebie. — Kotka wystawiła mu język, wprost nawiązując do jego niedawnego mianowania. Niemal się obraził! — Jak polowanie?
— Gdyby łapy mi nie odmarzały, to przyniósłbym więcej. — westchnął. — A jak Tobie poszło? Co dzisiaj robiłaś?

<Płomienne Serce?>

Od Pchełkowego Skoku CD. Nietoperzej Łapy

TW smutne myśli

Skip time do teraz, jeszcze jesienią

Pchełkowy Skok miała natłok obowiązków związany z nadchodzącą zimą. Ponieważ była całkiem świeżym wojownikiem, często gęsto inni się nią wysługiwali. Szylkretka nie miała w sobie za grosz asertywności, by odmówić, więc wykonywała w milczeniu to, co jej zlecono.
Tu wymieniła mech, tam zaniosła posiłek starszym. Wieczorny i od razu poranny patrol? Nie ma problemu! Ledwo stała na nogach, jednak dalej męczeńsko wręcz wykonywała swoje obowiązki. Zachowywała się tak, jakby nie ruszała jej obecna sytuacja jej rodziny. Jastrząb została ponownie królową i ma nowe kocięta, a Pchełka nawet do nich nie zajrzała. Nie mogła, powstrzymywała ją przed tym jakaś dziwna bariera. W końcu… To dziwne przecież. Jastrząb nie miała partnera, a i tak poświęcała się dla klanu i rodziła dla innych. Pchełka nigdy nie zdobyła się na coś takiego, a mimo to nie potrafiła zrozumieć swojej matki. Okaleczona, a jednak wciąż pełna determinacji. A może to były tylko pozory? Być może Jastrząb w środku jest roztrzaskana na milion kawałków, a mimo to wciąż próbuje skleić się od nowa? Czy Pchełkowy Skok była taka sama?
Może. Szylkretka dzięki natłokowi obowiązków zapominała o smutku, który gnębił ją od długich księżyców. Po skończeniu treningów przestała spędzać tyle czasu z Mirtowym Lśnieniem, który był jej taki drogi. Okazywał wiele wsparcia i współczucia…a teraz nie mogła być przy nim, by to otrzymywać. Nie potrafiła radzić sobie sama i przez to powoli wpadała w dziwną otchłań. Przygnębienie, zmęczenie, smutek, biegające po różnorodnych miejscach myśli nie pomagały. Nakręcały to wszystko i nie było nikogo, kto mógłby ją z tego wyciągnąć.
Jednak czy aby na pewno?
~*~

Kolejny z wielu jesiennych dni, podczas których piętrzyła się przed wojowniczką wielką sterta rzeczy do zrobienia. Pchełka wstała ociężale, nie kłopocząc się czyszczeniem futra. Wyszła żmudnym krokiem, idąc ku wyjściu z obozu. Szum wody zachęcał, by wróciła do posłania, w którym mogłaby zwinąć się w kłębek i zniknąć… Jednak Jastrząb wpoiła jej, że musi pracować ciężej niż inni. Była niewolnikiem samej siebie.
Czekała w ciszy na resztę porannego patrolu. Dwa koty podeszły w jej stronę, jasny kocur, Promieniste Słońce, oraz jego uczennica Nietoperza Łapa. Oboje byli całkiem głośni.
— Hejka! — Uczennica zwróciła się do szylkretki. Pchełka podniosła wzrok. Pamiętała ją, gdy była kociakiem.
— Hej — mruknęła tak cicho, że nie była pewna czy czarna ją słyszała.
Cała trójka wyszła z obozu. Podczas drogi mówił głównie Promieniste Słońce, stale doszkalając swoją uczennicę.
Pchełka szła tylko obok i jednym uchem słuchała, a drugim pozwalała, by wszystko wyleciało. Włóczyła łapę za łapą. Promieniste Słońce odszedł na bok, by oznaczyć granicę, a kotki zostały we dwie. Pchełkowy Skok ruszyła bez słowa dalej, a za nią uczennica, mimo że nie dostała takiego polecenia.
— Jaki kolor jest Twój ulubiony? — Usłyszała nagle wojowniczka. — A co lubisz jeść? Umiesz pływać? Jak szybko biegasz? Co sądzisz o ostatnich plotkach…
Pchełka nie mogła znieść przytłaczającej kotki, więc podniosła głowę.
— Proszę, przesta– zaczęła, lecz urwała, potykając się o wystający korzeń drzewa.
Ciche chrupnięcie w tylnej łapie świadczyło o urazie. Przewróciła się z hukiem i stęknięciem, ryjąc pyskiem w wielobarwnych liściach.
Nastała cisza, jednak niedługa. Nietoperza Łapa zaczęła się śmiać.
— Ahahaha jak Ty komicznie wyglądasz! — oznajmiła pomiędzy salwami śmiechu.
Pchełka zagryzła wargi, bo ból był tak silny, że miała ochotę zwymiotować. Podniosła się chwiejnie. Słysząc śmiech, komentarze, zamknęła się w sobie.
No tak. Jestem tylko pośmiewiskiem. Czymś, czym można się wysługiwać. Można się ze mnie śmiać. Popychadło. Nic nie warta, nie zadbana, wiecznie smutna i zmęczona.
Łzy same napłynęły do jej oczu, a Pchełka mimo urazu, rzuciła się biegiem przed siebie. Uciekła stamtąd, przerywając swój poranny patrol i zostawiając dwójkę kotów zupełnie samych.

~*~

Początek zimy

Malutkie drobinki białego puchu spadały na ziemię, by stworzyć piękną, grubą okrywę. Mróz się zaostrzył, woda zaczęła zamarzać, a zwierzyna skryła się we własnych norkach. Pchełkowy Skok leżała ciasno skulona na swoim legowisku. Nie poszła do medyka z tym urazem łapy. Za bardzo się bała. Nie chciała, by ją taką zobaczyła matka. Co by powiedziała? Że jest beznadziejną niezdarą? Nie potrafi patrzeć pod nogi? Nie, pewnie coś gorszego…
Szylkretka co noc przez kilka wschodów słońca zaciskała zęby i łykając własne łzy, zasypiała z wycieńczenia. Starała się nie odstawać od reszty, nie wyróżniać, nie pokazywać, że coś jej dolega. Że boli, a bolało bardzo…chociaż z czasem opuchliznę zastąpiło dziwne uczucie. Jakby…odrętwienie.
Wojowniczka była w obozie, na skraju, chcąc stać się ścianą, gdy nagle para niebieskich oczu dostrzegła ją w gąszczu kotów.
— To Ty! — Usłyszała głos Nietoperzej Łapy. — Co Ci jest w łapę?
Pchełka zacisnęła powieki, stawiając obolałą kończynę na ziemi.
—N-Nic — mruknęła.
— Nie wierzę Ci, przecież widać! — upierała się uczennica.
—N-Naprawdę… s-serio… — mówiła dalej kotka.
— Taka duża a jaka nierozsądna! — podsumowała Nietoperza Łapa, podchodząc niebezpiecznie blisko kulki pełnej nerwów. — Idziesz do medyka. Już!
Złapała ją za sierść i zaczęła ciągnąć. Pchełkowy Skok chciała się zaprzeć, ale bolała ją łapa… i bała się konsekwencji. Co uczennica mogłaby jej zrobić, gdyby znowu uciekła?
Tym sposobem obie skończyły u medyka. Pchełka dostała diagnozę zwyrodnienia, masę ziółek i zaleceń, a Nietoperza Łapa czekała na zewnątrz. Szylkretka wyszła ze wzrokiem wbitym w ziemię.
—P-przepraszam — oznajmiła w kierunku czarnej kotki. W końcu narobiła jej tylko problemów… O tyle dobrze, że dzięki kotce łapa szylkretki wróci do normy.

<Nietoperza Łapo?>

Wyleczeni: Pchełkowy Skok

Od Figi CD. Przepiórki (Orchidei)

Skip time do teraz, zima

Pieczarka została liderką, Czereśnia zastępcą (co bardzo nie cieszyło Figi, bo z kocurem miała takie se relacje). Czekoladowa kotka, wracając z nieudanego polowania, zastanawiała się, jakby mogła zapunktować u nowej przywódczyni. Znały się przecież od zawsze, jednak wciąż Figa zbyt mało znaczyła w oczach starszej kotki.
I wtedy Figę olśniło. Przecież zna się z partnerką liderki, Orchideą! Ona na pewno będzie wiedziała jak pomóc zwiadowczyni. Może nawet szepnie dwa słówka na jej temat?
Długowłosa wróciła pospiesznie, brodząc w śniegu i nanosząc go do obozu. Jakieś koty narzekały, bo dopiero co uprzątnęły wejście, a tu już wredna baba naniosła znowu. Zielonooka machnęła ogonem i otrzepała malutkie sopelki z sierści.
Wzrokiem przeszukała koty będące w obozie, jednak nie dostrzegła nigdzie liliowego futra. Przez ostatnie księżyce nie miała w ogóle okazji, by rozmawiać ze starszą kotką. Dużo się działo, wiele kotów odeszło i mimo wszystko każda z nich była zajęta swoimi obowiązkami. Teraz, jednak gdy czas nieco zwalniał, a Owocowy Las wracał na właściwe tory, mogła trochę odpuścić pracę i skupić na ploteczkach.
Podeszła do Kaczki, ciemnej kotki, która na sam widok zwiadowczyni pokwaśniała na pyszczku.
— Siema Kaczucha — zaczęła Figa.
— Uch, dzień dobry Figo. — Kotka uciekła wzrokiem w bok. Wyraźnie nie chciała brać udziału w tej konwersacji. Na jej nieszczęście, Figa była uparta.
— Widziałaś gdzieś Orchideę? — zapytała bez zbędnych ceregieli.
Kaczka spojrzała na nią, a następnie rozejrzała się po kotach nieopodal. Wyglądała, jakby próbowała sobie przypomnieć, czy widziała dzisiaj wojowniczkę.
— Wyszła na patrol niedawno — odpowiedziała w końcu.
Figa była wtedy na polowaniu i kotki musiały się minąć. Czekoladowa sprzedała Kaczce klepnięcie w bark w “podziękowaniu”, a następnie jak burza rzuciła się w stronę wyjścia z obozu.
Dotarła na granicę, brodząc po brzuch w śniegu. Mroźne powietrze drażniło jej płuca, jednak wciąż była w stanie złapać zapach kotki. Była tu niedawno! Figa ruszyła dalej, niczym rasowy myśliwy, z nosem węszącym dookoła. W końcu na horyzoncie dostrzegła grupkę kotów, które odbywały patrol. Była wśród nich liliowa, więc zwiadowczyni przyspieszyła.
Wypadła jak burza przez zaspę, poślizgnęła się na zamarzniętym śniegu i wylądowała tuż przed wojowniczką wyraźnie zaskoczoną jej obecnością. Figa natychmiast się podniosła, gromiąc spojrzeniem ciekawskie koty z patrolu. Odwróciła się do Orchidei ze swoim zwyczajowym pewnym siebie wyrazem pyszczka.
— Siemka — zaczęła. — Masz chwilę?

<Orchidea? Weź coś szepnij żonie o mnie>

Od Łezki do Pomrocznej Łapy

Przed wyprowadzką z Klanu Wilka
Na zewnątrz pogoda dziko szalała, jakby to sam świat pragnął zmyć Klan Wilka z powierzchni ziemi, a las starał się wymyć brud zbrodni kotów zamieszkujących te tereny. Tego nie można było określić zwykłym deszczem; była to cała ściana wody lejąca się z nieba, tłukąc o ziemię bezlitośnie, rozbijając się o ściany legowisk i wsiąkając we wcześniej ciepłe i suche zawiniątka z mchu. Wiatr głośno wył w koronach drzew, taki głośny i zawodzący, że przypominał głos matki opłakującej śmierć swojego kocięcia. Wszystko wydawało się takie dziwne, takie obce, gdy wiatr uderzał w ściany lecznicy, jakby chciał dostać się do środka i rozrzucić cenne zioła po całym pomieszczeniu. Były takie momenty, gdy wszystko nagle ucichało, wzbudzając w niej tę nadzieję, że to już koniec, tylko aby powrócić parę uderzeń serca później z podwójną siłą. Łezce momentami wydawało się, że między zawodzeniem wiatru coś słyszała, takie ciche, takie ukryte, różne głosy kotów, jedne krzyczące, jedne szepczące, jednak one zawsze znikały z następnym podmuchem wiatru. Było to jasne, że deszcz nie zamierzał ustawać. Z każdą chwilą przybierał on na sile, a jedynym bezpiecznym miejscem od tej ulewy była lecznica. Panował w niej półmrok, a jedynym źródłem ciepła w tej chwili był suchy mech pod łapami kociaka. Łezka jak zwykle siedziała w swoim kącie, skulona i okryta ogonem. Może i mech pod jej łapami był suchy, taki miękki w dotyku, to i tak nie przynosił on jej szczęścia. Patrzyła smutno w jeden punkt na ścianie, jakby starała się dostrzec w nim coś więcej. Koteczka szeptała cicho do samej siebie, mamrocząc słowa, które były ledwo słyszalne dla niej samej, a w jej oczach błyszczało coś dziwnego, choć nic nowego, to samo spojrzenie przepełnione zmęczeniem i strachem oraz czymś jeszcze, czego ona sama nie potrafiła określić jednym słowem. Gdy wiatr ucichał, to głosy poza lecznicą stawały się głośniejsze, jakby nie chciały robić nic innego, tylko uprzykrzać jej życie z każdym kolejnym uderzeniem serca.
— Daj mi spokój... — wymamrotała koteczka, zaciskając łapy na uszach, aż poczuła, jak pazurki dotykają jej skóry. Dopiero wtedy rozluźniła swój chwyt. Cisza jednak nie nadeszła, a wiatr i deszcz jedynie się nasiliły, jakby ignorując jej błagania. Koteczka powoli odkleiła łapki od swoich uszu, gdy wśród rytmicznego bicia deszczu o ziemię rozległy się kocie kroki, takie ciche, ale z każdym uderzeniem serca stawały się one głośniejsze. Łezka powoli uniosła głowę, a jej zmęczone oczka rozszerzyły się, gdy do środka wpadła kotka.
Futro jej było czarne i dymne, pokryte odrobiną rudych plam i bieli, a oczy jej były brązowe. Woda ściekała z niej strużkami, tworząc na podłodze lecznicy lodowatą kałużę, od której Łezka odsunęła łapki. Futro kocicy wręcz się kleiło do jej ciała. Oddychała ona ciężko, tak nierówno, jakby właśnie przebiegła cały maraton, gdy w rzeczywistości jedyne, czego pragnęła, to skryć się przed burzą, która najprawdopodobniej złapała ją w środku treningu.
— Czy... — wydyszała kocica, a głos jej zadrżał. Przerwała na moment, próbując uspokoić swój oddech, który rozrywał jej płuca. Serce starszej biło tak mocno, że ta miała wrażenie, iż zaraz wyskoczy z jej piersi. Dopiero gdy odzyskała kontrolę nad swoim ciałem, podjęła kolejną próbę odezwania się. — Czy macie coś... na przeziębienie? Lub coś takiego... — spytała, podnosząc swój wzrok z łap. Zrobiła parę kroków w głąb lecznicy, pozostawiając za sobą kałużę i mokre ślady łap ciągnące się po podłodze. Dopiero kiedy wzrok jej przyzwyczaił się do panującej tam ciemności, dostrzegła tam jedynie dwa drobne kociaki skulone w swoich legowiskach. Nie było tam nikogo innego, żadnego medyka, który powitałby ją na wyjściu, wyjrzał z zaplecza lecznicy bądź zapytał, czego ta może potrzebować. — Gdzie są medycy..? — wymamrotała niepewnie, speszona obecnością kociąt.
— Nie wiem — cicho miauknęła szylkretowa koteczka, jej głos ledwo przebijając się przez szum deszczu. — Gdzieś poszli — dodała krótko. Głos jej był taki cichy, jakby się bała, że ktoś inny ją usłyszy.
<Pomroczna Łapo?>

Od Figi

Były ostatnie dni jesieni, gdy wieczorami robiło się chłodno, woda zamarzała, a zwierzyna zaczęła chować w norach i nie wychodzić. Figa leżała na drzewie, leniwie obserwując cały obóz. Dzięki grubemu futru nie bała się żadnej zimy ani śniegu, chociaż musiała przyznać, że wkurzały ją te bryłki lodu, które przyklejają się czasami do łap.
Zielone ślepia nagle zauważyły rudego kota, który wszedł do obozu. Kolendra niosący dwie piszczki w pysku, rozejrzał się. Prawdopodobnie szukał właśnie zwiadowczyni, dlatego Figa z łaski swojej wstała, a następnie zeszła z drzewa. Podeszła do rudego, wyraźnie zmęczonego kocura. Uśmiechnęła się krzywo.
– Och, obie dla mnie? Jesteś taki wspaniałomyślny! – wypaliła złośliwie.
Została obdarzona doprawdy zirytowanym spojrzeniem.
– Utnij to Figo – burknął, dając jej jedną piszczkę. –  Za pół księżyca kończy się nasza umowa i wtedy nie oczekuj więcej, że będę dla ciebie polował.
– Ranisz moje lodowate serce – odpowiedziała, biorąc ledwo ciepły posiłek. – Ja również czekam na narodziny twoich kociąt, Kolendro. W końcu to one będą przyszłością naszego klanu, a ja jako dobra zwiadowczyni muszę zadbać, by otrzymały odpowiednią edukację.
Odwróciła się na pięcie. Słyszała uderzenie o zmarzniętą ziemię ogonem.
– Cóż, nie zabronię ci ich odwiedzać – zaczął. Figa zatrzymała się. – Jednak jeśli zrobisz coś dziwnego albo im, albo Szafran to mnie popamiętasz.
Figa odwróciła głowę w jego kierunku. Puściła mu oczko.
– Nic się nie martw tatuśku.
Po czym odeszła zostawiając Kolendrę ze zgorszeniem na pysku.
Czekoladowa zwiadoczyni z wielkim apetytem wciągnęła przyniesiony obiad, siedząc na uboczu. Kątem oka dostrzegła Miodunkę z wyraźnie zarysowanym brzuchem, a obok niej idącego Czerwca. O mały włos, a by się rozpłynęła z tej niewątpliwej rozkosznie wyglądającej dwójki. O mały włos.
Na szczęście serce Figi było zimne niczym nadchodząca Pora Nagich Drzew, a sama kotka nie garnęła się do szukania drugiej połówki. Miała przecież siebie, najlepsze towarzystwo.
Zaczęła myć wąsy, łapy i klatkę piersiową. Wylizała dokładnie każdą kępkę sierści, a następnie wstała, by przejść się po obozie.
Zajrzała do legowiska medyków, a właściwie uzdrowicieli, które bez Świergot w środku było bardzo puste. Kotka ruszyła dalej, dziwnie zamyślona. Czereśnia, jej mentor, został nowym zastępcą po odejściu Sówki. Cały klan wydawał się żyć w napięciu jakby w strachu. Kto mógł być kolejny? Czy wydarzy się następna tragedia? Umrą jakieś koty? Zbliżała się zima, więc nasuwały się do tego pytania, czy dadzą radę ją przetrwać. Gęb do wypełnienia wciąż było dużo, a zwierzyna nie chciała się mnożyć. No i cóż, najwyżej pozbędą się kilku zbędnych balastów… wszystko po to, by przetrwać.
Dotarła do żłobka, w którym siedziała Szafran. Partnerka Czerwca również niedługo powinna do niej dołączyć. Figa weszła, a wraz z nią wpadł do środka chłodny podmuch wiatru. Bura szylkretka podniosła na nią wzrok.
– Potrzebujesz czegoś? – Przerwała ciszę królowa.
Figa myślała chwilę.
– Absolutnie niczego. Może ty czegoś potrzebujesz? – zapytała zwiadowczyni.
– Nie trzeba. – Kotka odwróciła wzrok.
– Ten twój Kolendra to padnie niedługo z wyczerpania. Może dasz mu spokój z tymi zachciankami? –  Figa zmrużyła oczy.
– Nie twój interes. Wyjdź już stąd Figo, proszę. – Królowa ucięła dialog.
Czekoladowa wyszła, nie mając pewności, po co zaczynała rozmowę z kotką. Może po prostu chciała mieć byłą samotniczkę na oku? Tak samo, jak jej partnera? W razie, gdyby coś planowali, odpowiednio wcześniej to zwęszyć?
Wzruszyła ramionami sama do siebie. To już bez znaczenia. Czekała tylko na narodziny ich kociąt, by sprawdzić, czy nie będą chcieli zabrać bachorów i uciec. Owocowemu Lasowi są potrzebne te kocięta. W końcu Mróz i Gruszka odeszli na tamtą stronę. Kto będzie walczyć w ich miejsce?
Zakończyła swój obchód, wchodząc z powrotem na drzewo. Była wyznaczona na poranny patrol, tak więc należałoby się wyspać. Ziewnęła przeciągle, kładąc głowę na miękkim mchu.

29 października 2025

Od Lekkomyślnej Łapy do Słońca

Kremus otrzepał grzbiet z paprochów, podniósłszy się z łoża. Miał futro ulizane pod włos w niektórych miejscach, a wyraz pyszczka adekwatny do tego, co stało się parę uderzeń serca temu. Przebudzony, odniósł wrażenie, jakby jeszcze śnił. Wyglądało to dość zabawnie. Ziewnął przeciągle, prostując kończyny. Dzisiaj czekały go odwiedziny w żłobku, dokładniej upewnienie się, czy posłania karmicielek nadal są wystarczająco ciepłe, a jeśli nie, to dorzucenie im materiałów. Chłody nadciągały wielkimi krokami, takie zadanie miało dużo sensu. Mimo to – zdziwił się, raczej ciężko było nazwać to karą, ale nie zamierzał narzekać. Bardzo mu to odpowiadało.
— Dzięki Klanowi Gwiazdy — pomyślał. Uwielbiał odwiedzać starszych, jednak od tego też czasami potrzeba było przerwy. Nie chciał doprowadzić do sytuacji, gdzie przesiadywałby u nich całe swoje dnie, nie robiąc nic więcej, niż wyciąganie kleszczy oraz słuchanie ich historii, z czego większość z nich była marudzeniem na jego technikę usuwania pasożytów i nietypowe krzywienie się, zamiast uśmiechu, jeśli coś go rozbawiło. Nie mógł ich winić, pewnie, gdyby sam był takim staruszkiem, to też by mu się nie widziało powierzać zdrajcy opieki nad swoim futrem. Aczkolwiek, oczywiście, gdyby mu rozkazano, to by nie miał wiele do gadania, siedziałby i łuskał. Jednak dobrze było mieć coś innego do roboty od czasu do czasu. Podobnie było z jedzeniem. Zwierzyna mogła się szybko przejeść, jeśli jadło się w kółko to samo.
Może poznałby kocięta, które przyszły na świat zaledwie księżyc temu? Podczas pierwszych paru dni czuł się obco w Klanie Klifu, a to wszystko przez to, że wiele się pozmieniało.
Powoli było coraz lepiej. Przyzwyczajał się do obecnych Klifiaków, zresztą oni do niego chyba też. Już nie patrzyli na niego z taką niechęcią jak tamtego dnia. Oczywiście nadal zdarzały się takie koty, niestety nie mógł za wiele z tym zrobić. Priorytetem było dla niego teraz to, by Kukułczy Wdzięk nie spozierała na niego tak krytycznie.
Zajrzał do żłobka, wewnątrz leżała jedynie Jastrzębi Zew, a obok niej bawiły się trzy małe kłębuszki. Zielonooki uśmiechnął się do niej, jednak musiała go przeoczyć albo umyślnie zignorować. Gdy stanął na miękkiej ściółce, ciepło i zapach mleka momentalnie w niego uderzyły. Poczuł się nagle tak, jakby to on był znowu kociakiem. Pamiętał, jak mu było dobrze w żłobku, u boku swojej mamy i braciszka, wiecznie ciekawskiego całego świata. Potrząsnął łbem, chcąc pozbyć się na razie nostalgii. Nie mógł się tak rozpraszać.
Poczuł, jak ktoś wpada mu na łapy. Spojrzał na dół, a jego oczom ukazał się mały, liliowy kocurek. Rozmasowywał sobie miejsce na głowie łapką, a nieopodal stała Promyk, dużymi zielonymi oczkami wpatrując się w brata. Po chwili wycofała się z radosnym piskiem, chowając się za bokiem matki.
— Nic ci nie jest? — zapytał niewyraźnie Lekkomyślna Łapa, z dostrzegalnym niepokojem przypatrując się kocurkowi.
Kociak podniósł łeb, odrobinę zdziwiony. Chyba już go nie bolało, bo przestał się masować w miejscu, w którym przyrżnął o łapy starszego.
— Nie! Wszystko w porządku — odparł energicznie, z zaciekawieniem patrząc mu na pysk. — Co niesiesz? — zapytał, chcąc dosięgnąć do materiałów, jakie trzymał kremus. Podskakiwał niczym prawdziwy królik.
Lekkomyślnej Łapie udawało się sprytnie unikać małych pazurków liliowego, były niczym igiełki.
— To po to, by wam nie było zimno w nocy — wyjaśnił z lekkim uśmiechem. Miał w pysku trochę suchych paproci, mchu, a także parę innych rzeczy, które by się nadały do tego zadania.
— Ale super! Dasz mi jedną? — poprosił niebieskooki z dosłyszalną nadzieją.
— Tak, ale to dopiero, jak wam wplotę je w posłanie. Będziesz mógł sobie wtedy sam wziąć, co tylko ci się spodoba — odparł starszy, drepcząc w kierunku Jastrzębiego Zewu. Pochylił przed nią łeb z szacunkiem, szybko wyjaśniając, po co tu przyszedł. Kotka kiwnęła głową, robiąc mu na chwilę miejsce, jednak nie spuszczała go z oka. Mimo że była dość pogodna i może pozytywnie nastawiona, to nie ufała mu w pełni, co dobrze rozumiał.
< Co sobie wybierzesz, Słońce? >

Od Słońca do Promyk

Już odkąd pojawił się na świecie, wiadome było, że będzie nosił za sobą mnóstwo chaosu. Jastrzębi Zew po porodzie miała za sobą kilka nieprzespanych nocy przez to, że ktoś, a dokładniej Słońce, nie potrafił zamknąć swojego pyszczka. I nic nie było w stanie go uciszyć, nieważne co. Sam się uspokoił po pewnym czasie.
A gdy tylko nauczył się chodzić, to już wszędzie się panoszył. Tam, gdzie nie spojrzałeś, tam widziałeś liliową kulkę pełzającą po obozie. Prawdopodobnie jedynym kotem, który był w stanie zatrzymywać jego wybryki, był Rozświetlona Skóra, który dreptał za nim krok w krok, obawiając się, że coś może mu się stać. Czasami nawet robił to z ukrycia i pojawiał się znikąd, łapiąc Słońce za kark, odciągając go od czegokolwiek, co tylko próbował zrobić (co liliowemu kociakowi nigdy się nie podobało!)
— Tato! Puść! Przecież umiem chodzić! — zawsze krzyczał i próbował się wyrywać, co za każdym razem kończyło się niepowodzeniem.
— Oczywiście. Skąd mam potem wiedzieć, czy jak cię nie puszczę, nie znikniesz mi zaraz sprzed oczu i do głowy nie przyjdzie Ci inny, gorszy pomysł, hm? Nie mogę pozwolić, by stała Ci się krzywda, dobrze o tym wiesz! — odpowiadał Rozświetlona Skóra, a na to odpowiedzi Słońce już nie miał. Jasne, burczał coś niezadowolony pod nosem, ale na tym się kończyło.
***
Dokładnie sprawdził, czy nie był przypadkiem śledzony przez Rozświetloną Skórę. Nie mógł przecież pozwolić na to, by zniszczył mu kolejną z jego przygód! Zdarzyło się to zbyt wiele razy i Słonko był pewien, że wyjdzie z siebie i stanie obok, gdy to tylko się powtórzy.
Wracając do jego eskapady — to nawet nie wiedział, gdzie dokładnie idzie. Po prostu dreptał sobie po obozie, węsząc wokół i szukając czegoś do zabawy. Uwagę młodzika przykuła kulka mchu (która była tutaj zapewne pozostawiona przez kogoś na później, by móc po nią wrócić i zrobić to, co chciał z nią zrobić), a Słońce, jak to on, nie zastanawiając się nawet ani razu, z impetem rzucił się do przodu, łapiąc mech pomiędzy swoje szczęki. Nim ktokolwiek zdołał go przyłapać na kradzieży, liliowy już uciekał z miejsca zbrodni wyraźnie z siebie zadowolony. Miał już nawet pomysł, kogo przymusi do zabawy.
Tak jak się spodziewał, Promyk znajdowała się w żłobku. Uśmiech sam pojawił się na jego pyszczku i od razu popędził w jej kierunku.
— Hej, Promyk, łap! — krzyknął i nie dając jej nawet czasu na reakcję, rzucił kulką mchu do przodu, by ją chwyciła.
<Promyk?<3 >