BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 maja 2025

Od Jarowita (Strzępotkowej Łapy)

Jeszcze jako kociak

Odprężyłem się, gdy poczułem miękką powierzchnię pod moim brzuchem, na którą bezceremonialnie runąłem, pomimo, że zabawa jeszcze się nie skończyła. Jednak dla mnie przyjemniejsza teraz była trawa, na której usiadłem, i jej łaskoczące źdźbła. Zmęczyłem się tą jakże przyjemną dla moich towarzyszy aktywnością fizyczną. Tak zresztą i dla mnie, tylko przed tym, jak ogarnąłem, że z tej piątki, z którą się bawiłem, mam najgorsze umiejętności.
Prychnąłem przeciągle, kiedy Słonko rzucił się na mnie. W naszej zabawie był on wojownikiem Klanu Burzy, którego to ja miałem zaatakować, a on tylko musiał bronić swojego honoru i przynależności.
Pomimo, że miało to charakter zabawy, trochę mnie niepokoiło. Po co miałem to robić? Przecież walka to rzecz zła i brudna. Nie lepiej byłoby porozmawiać?
Po chwili zauważyłem Szakłakową Gwiazdę (Szakłaka). Kocur, mając u boku również Dziwaczka, miał ogromną przewagę nade mną i Marzannową Gwiazdą, którzy to reprezentowaliśmy Klan Wilka. Zwłaszcza, że mi w tym momencie zachciało się gadać. Potwornie wszedłem w tą rolę, przyznam szczerze.
Zrzuciłem z siebie kremowego kocura. Powstałem.
— Prosimy o spokój. — Chciałem uspokoić ich. — Prze...
W tym momencie Słoneczko znowu zaczął ze mną walczyć. Byłem niezbyt zadowolony, ale poczekałem, aż łaskawy przestanie aż tak bardzo próbować uniemożliwić mi ruchy i znowu go z siebie stoczyłem. A raczej wysunąłem się z pod niego; jak zwał, tak zwał.
— Naprawdę, przemoc nic nie pomoże… — mruknąłem do zaskoczonych pysków.
— Czy na prawdziwej bitwie z obcym klanem też byś to powiedział? — wtrąciła się moja siostra.
— Oczywiście.
— To nie zdziwiłabym się, gdybyśmy przez Ciebie przegrali.
Poczułem ukłucie w sercu. Taki wyrzut skierowany w jego stronę przez własną siostrę był jednak bolesny. Przyzwyczaiłem się trochę do jej krytyki, ale nadal było to ciężkie do przetrawienia.
Mlasnąłem językiem z poirytowaniem. Nie lubiłem ciszy.
Zabawa znowu wróciła na normalne tory. Ostatecznie (jak z resztą obstawiałem) i tak wygrał nasz piękny klan.

***

— Nie nauczysz się, że nie zawsze potrzebujemy twoich wyjaśnień i próśb o pokój w zabawie? — syknęła Marzanna, jeszcze tego samego dnia. Zabrała mnie na rozmowę w cztery oczy w jakiś kąt legowiska. Był już piękny zachód słońca. Niebo mieniło się tysiącem różnych kolorów. Gdyby nie fakt, że musiałem tu siedzieć, chętnie nacieszyłbym się jego wyglądem z wejścia do żłobka.
— Nie rozumiem, o co Ci chodzi — odparłem jak gdyby nigdy nic. Nie było to kłamstwo. Serio, nie wiedziałem.
— Oh… bo zrozum, że bitwa polega na walce, a nie na… — Pospieszyła mi z wyjaśnieniami.
— Na dyplomacji? — wtrąciłem.
— Na bezsensownym gadaniu do wścieklych kotów chcących najbardziej... żebyś zamilknął? Ale już na wieki. — Jej liliowe futro zmierzwilo się, gdy go dotknąłem. — Oh! Ja nie wiem, jak z tobą dłużej wytrzymam…
— Nie martw się, siostro, na pewno coś poradzisz. — Puściłem jej oczko i szturchnąłem ją w bok.
Ona jedynie pokręciła głową.
— Powinieneś się umyć, brudny jesteś — zasugerowała Marzanna. Jak zawsze…

Od Aster CD. Jeżynka

— Tak! To świetny pomysł! No chodź! — poganiałam brata, już stojąc obok wejścia do żłobka.
Kiedy mój braciszek w końcu się doczołgał, we dwójkę wkroczyliśmy do żłobka, w którym już czekała na nas Mamrok, z kolejną fantastyczną historią do opowiedzenia.

★ ★ ★ ★ ★

Kilka dni wcześniej

Leżałam obok mamusi, wpatrując się w ścianę, z nieodczytaną mimiką pyszczka. Jedyne, co mogło dać znać innym, że nie śpię, to moje jasnoniebieskie, szeroko otwarte oczka oraz pokasływanie, które samoistnie wydawało się z mojego pyszczka.
— Dlaczego tak bardzo się smucisz, siostra? Przecież prawie w ogóle nie znałaś Liściastego Futra. Nie rozumiem — powiedział kocurek leżący obok mnie. Zanim dałam radę odpowiedzieć, kociak zaczął kaszleć. Wzięłam płytki wdech, kiedy już jego oddech się wyrównał.
— Nieważne czy znałam Panią Liściaste Futro, czy nie. Była kotem, tak jak ja i Ty. Poza tym, wydawała się fajna… Chciałam ją poznać, może nawet zostać jej uczennicą… — szepnęłam cicho, nie odrywając wzroku od jednolitej ściany lecznicy.
— Ale jak to, zostać jej uczennicą? Ty chcesz być… medyczką? Nie chcesz walczyć o klan, przeżywać tego dreszczyku emocji, czuć krew wroga w pysku? Wolisz siedzieć w tej zapyziałej dziurze i być po sam nos w śmierdzących ziołach, w dodatku mając obok siebie jakiś chorych, zapchlonych wojowników? Serio?
Momentalnie odwróciłam głowę w stronę brata i zmierzyłam go lodowatym, niemalże morderczym spojrzeniem. Przez jedno, króciutkie uderzenie serca w jego oczach widziałam strach, jednak zaraz potem starał się to ukryć. Niezbyt mu to wyszło. Wpatrywałam się w niego przez dłuższą chwilę, po czym odezwałam się, nadal świdrując go wzrokiem, który z pewnością go przeszył, ponieważ ten zatrząsł się od dreszczy.
— Jeżynku, kocham Cię. Jesteś moim bratem, ale przysięgam, że jeśli jeszcze kiedykolwiek nazwiesz w ten sposób czyjąś pracę, to Cię trzepnę. Każda rola w klanie jest równie ważna, nieważne czy to uczeń, medyk, czy wojownik. Nie obrzydzaj mi czegoś, co lubię. To mnie bardzo zabolało; z resztą nie tylko mnie, bo jestem pewna, że nie ważne komu byś to powiedział, zabolałoby. Fakt, może i szkolenie się na wojownika jest fajne, ale to nie znaczy, że możesz mówić w taki sposób o innych rolach, dobrze?
Ten przez chwilę się we mnie wpatrywał z nieodgadnionym wyrazem pyska, a potem tylko polizał mnie między uszami, mówiąc:
— Dobrze już, dobrze, okej. Też Cię kocham, więcej tak nie będę, ale to nie znaczy, że rozumiem Twoją decyzję — powiedział, po czym pacnął mnie w ucho.
— Nie musisz rozumieć, wystarczy, że to zaakceptujesz. — mruknęłam miękko, przytulając się do niego.
Nawet, jeśli czekoladowy chciał coś jeszcze dodać, to nie miał jak, ponieważ nowa medyczka oraz jej asystentka stanęły przy naszym legowisku. Jeżynek zaczął pokasływać, a zaraz po nim Kukułka. Pani Ćmi Księżyc szepnęla coś na ucho do medyczki, a potem podeszła do koteczki.
Potem Pani Wieczne Zaćmienie spojrzała na nas i powiedziała:
— Zbadam Was, żeby wiedzieć, czy Wasz stan się nie pogarsza. Najpierw Mamrok.
Kiedy mamusia usłyszała swoje imię, otworzyła oczy, wstała i podeszła do byłej asystentki.
— Oddychaj głęboko i powoli — poleciła jej, przykładając głowę do klatki piersiowej.
Mama zrobiła co kazała jej Pani Zaćmienie, ale po chwili zaczęła kaszleć. Nie jakoś bardzo, ale tak trochę.
— Dobrze. Czy odczuwasz jakieś trudności w nabieraniu lub wydychaniu powietrza?
— Trochę, ale jest okej. Nie marnuj na mnie drogocennych medykamentów, zajmijcie się moimi kruszynkami — mruknęła, jednak zaraz później zaczęła kasłać.
— O tym zadecyduję ja — odpowiedziała tylko Wieczne Zaćmienie.
W tym czasie jej asystentka podeszła i znowu coś szepnęła. Potem skierowała swoją głowę w moją stronę, tak, jakby mogła mnie zobaczyć.
— Aster, podejdź do mnie.
— Dobrze, Pani Ćmi Księżycu — pisnęłam, zrywając się z posłania. Wesoło potuptałam do kocicy.
— Oddychaj powoli i mocno. Tak, jakbyś chciała zapaść w sen — mruknęła z zamkniętymi oczami, podczas przykładania ucha do mojej malutkiej piersi.
Grzecznie wykonałam polecenie, zaczynając spokojnie oddychać.
— Mhm… Boli Cię, jak oddychasz? — zapytała miękko, przykładając mi łapę do głowy.
— Nie. Już mi lepiej! Ale chyba mamusia i mój brat nadal się źle czują, niech Pani ich zbada.
— Możesz już usiąść. Teraz Ty, Jeżynku.
Czekoladowy podszedł do kotki, która zadała mu dokładnie to samo pytanie, co mi.
— Troszeczkę, ale to ni... — przerwał, aby kaszlnąć, ale zaraz potem dokończył: — nic takiego.
— Zaraz przyjdziemy — oznajmiła medyczka, wychodząc wraz ze swoją asystentką z lecznicy.
Po chwili obie kotki wróciły. Pani Ćmi Księżyc położyła między mną, Jeżynkiem, mamą i Kukułką po niewielkiej garstce medykamentów.
Następnie Wieczne Zaćmienie odezwała się.
— Zjedzcie to. Jutro powinniście poczuć się lepiej.
Wszyscy zjedli swoje porcje, a następnie w końcu zaczęło robić się ciemno.
Zanim kotki zdążyły odejść, podreptałam do Pani Ćmy i spytałam:
— Co to było za zioło?
Ta przez chwilę nie odpowiadała, a potem jedynie strzepneła delikatnie ogonem.
— Jutro ci powiem, a teraz idź spać.
— Dobrze, Pani Ćmi Księżycu… — mruknęłam trochę zawiedziona, wracając na posłanie.

★ ★ ★ ★ ★

Ostatnie promienie słońca gasły, a kiedy ostatni promyczek zniknął, w medycznym kąciku, jak i w całym obozie zapadł półmrok. Powolutku pojawiały się niewielkie plamy światła, lecz tym razem o srebrzystych odcieniach. Księżyc powoli wschodził ku górze, a na dworze zaczął padać deszcz. Mój brat już spał, wtulony w mamę, a niewiele dalej pochrapywała Kukułka. Przyjemna, lekko chłodna bryza otuliła mnie jak miękki ogon mojej mamusi, jednak ja nie chciałam spać. Wpatrywałam się jedynie w jednolitą ścianę, rozmyślając nad tym, kim chcę być, przy okazji cichutko nucąc jakąś wymyśloną przez siebie melodię.
“Chciałabym być wojowniczką, czy może raczej medyczką? Obydwie opcje są bardzo kuszące. Życie wojownika wydaje się fajne i takie emocjonujące! Ale chyba jednak wolałabym pomagać innym i leczyć ich rany. Tylko czy ja w ogóle zasługuje na to, aby zostać uczennicą medyczki? Przecież jestem tylko małym, nic nie znaczącym kociakiem…”
Nagle usłyszałam jakiś niewyraźny mamrot.
Delikatnie podniosłam głowę i spojrzeniem przeleciałam wszystkich wokół. Wszystko wydawało się normalne, oprócz niespokojnego oddechu Jeżynka.
Lekko się do niego przybliżyłam i łapką pogłaskałam go po głowie.
“Chyba śni mu się koszmar…” — pomyślałam z troską, otulając go swoim małym ogonkiem.
— Cii… Już jest okej, jestem z Tobą, pamiętaj o tym. Zawsze. Kocham Cię.
Następnie ułożyłam się obok, a on wtulił się we mnie, mamrocząc coś niewyraźnie przez sen. Poczułam bicie jego serca, które powoli zwalniało, a jego oddech się w końcu wyrównał. Ponownie zaczęłam nucić, w końcu samej także zamykając oczy. Nuciłam tak, aż sama nie zapadłam w płytki sen.

★ ★ ★ ★ ★

Obudziłam się, kiedy na ścianach obozu tańczyły pomarańczowo żółte odcienie, a pierwsi wojownicy pewnie już wstawali na poranny patrol czy polowanie.
Zauważyłam, że Wieczne Zaćmienie spojrzała na mnie akurat kiedy otworzyłam oczy.
— Dzień dobry, Pani Wieczne Zaćmienie. Dzień Dobry Pani Ćmi Księżycu, gdzieś Panie idą? — spytałam, ciekawa dlaczego tak wcześnie wstały.
— To nic takiego, nie musisz się niczym martwić — powiedziała tylko medyczka, kiedy ogon jej asystentki zniknął w przejściu do lecznicy.
“Pewnie Pani Ćma poszła po zioła” — pomyślałam, zaczynając czyścić futerko.
W pewnym momencie zobaczyłam, że oczy czekoladowego kocurka powoli się otwierają i spoglądają prosto na mnie.
— Dzień Dobry, Jeżynku, jak Ci się spało? — mruknęłam, siadając naprzeciw niego.

< Jeżynku? >

Od Wężynki CD. Tojadu

Juniorka z wysoko uniesionym ogonkiem wymknęła się poza ściany żłobka. Kiedy lodowaty podmuch wiatru uderzył kotkę w pysk, straciła ochotę na zabawę w berka.
— Brrr! Ale zimno. — Delikatne płatki śniegu opadły na jej pyszczek.
Przez ciałko Wężynki przeszedł dreszcz, zaczynając od czubka nosa, aż po koniuszek puszystego ogona. Uh! Dlaczego musi być taka pogoda? Nagle kotka poczuła, jak traci grunt pod nogami, kiedy jej najmłodszy brat wpadł na nią. Szylkretka zaryła pyszczkiem w błoto, będące mieszanką roztopionego śniegu z piachem.
— Teraz ty gonisz! — Tojad szturchnął ją w bok, nie kryjąc dumy w głosie.
Dotychczasowy chłód, który gnębił kotkę, został zastąpiony nagłym ogniem gniewu. Jak. On. ŚMIAŁ! Juniorka dała upust swoim emocjom, wrzeszcząc z całych sił i wystawiła pyszczek ponad błoto. Do wnętrza jej buzi wpadła kropla gorzkiej mazi, skutecznie uciszając najstarszą z miotu. Posłała najbardziej mordercze spojrzenie, na jakie było ją stać w tym momencie, w kierunku Tojadu. Ten zamrugał parę razy i uśmiechnął się głupio.
— Ojć — mruknął króciutko.
Popatrzył przez chwilę na błoto i powoli położył się obok Juniorki. Łapkami zagarnął kupkę brudnego śniegu, po czym wcisnął w niego łebek. Chyba uznał, że jeśli zrobi to samo, co Wężynka, to ta przestanie się gniewać. To było głupie, ale… słodkie. Szylkretka psotnie uderzyła go ubrudzoną końcówką ogona, zostawiając na jego grzbiecie brązową kropkę. Ten oddał jej, znacząc bark kotki odciskiem swojej łapki - to rozpętało wojnę! Oba koty podniosły się na łapy i zaczęły skakać na siebie i brudzić się nawzajem coraz mocniej. Nagle ich gwałtowną zabawę przerwało oburzone warknięcie ich matki:
— Co tu się dzieje?!

< Tojad? >




Od Wężynki CD. Lulka

Wężynka z niedowierzaniem wpatrywała się, jak się okazało, w żuczka. Czasami podsłuchiwała rozmowy Lulka z ich najmłodszą siostrą, Rosiczką - kocurek chwalił się swoją wiedzą na temat chociażby robali. Nie raz słyszała o żukach: potrafią latać, mają skrzydełka które chowają, są bardzo głośne… Uh dużo zbędnych informacji! Juniorka nie sądziła wówczas, że mogą być one takie śliczne!
— Jest ładny — wyznała koteczka, obserwując stworzenie.
Hmm… Wiedziała już, że to żuczek, ale jaki dokładnie? Młoda nie miała zbyt dużej wiedzy w tej dziedzinie, ale znała kogoś, kto wiedział wszystko!
— Myślisz, że mamusia wie, co to? — spytała z nadzieją. Lulek w odpowiedzi pokręcił z rezygnacją łebkiem.
— Mama jest bardzo mądra, ale nie lubi żuków. Uważa, że są brzydkie i brudne, i nigdy nie chce o nich słuchać — odpowiedział z rozczarowaniem w głosie, które kotka podzielała. — Co prawda lubi błyszczące rzeczy, ale raczej i tak nie wiedziałaby, co z tym zrobić…
Wężynka sama nie wierzyła w swoje słowa, ale... może jej brat wcale nie był takim dziwaczkiem? Może rzeczywiście te wszystkie robale były… fajne. Ta myśl jednak szybko zniknęła z główki szylkretki, niczym szron o poranku. Obiekt ich zainteresowań próbował im czmychnąć! Kotka odruchowo wyciągnęła łapkę, aby przesunąć go bliżej siebie, nawet, co dziwne, nie zważając na otaczające ich błoto.
— To może Kotewkowy Powiew będzie coś wiedziała? Skoro zna te wszystkie klanowe historie… — Juniorka próbowała wytrzeć ubrudzoną łapkę o trawę.
Kocurek potrzebował chwili na przemyślenie tej propozycji, ale najwidoczniej spodobała się mu, gdyż złapał chrząszcza w zęby. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia, jednak Wężynka szybko zniechęciła się do obserwowania brata. Mimo wszystko był to brudny robal, a Lulek trzymał go pewnie w pyszczku.
— Ona chyba jest w żłobku — uznała koteczka, przypominając sobie ich wcześniejsze spotkanie. — Ale tam jest też Wężyna; nie może zobaczyć naszego żuczka, bo go nam zabierze i będziemy mieć karę!
Ogon Lulka drgnął, świadcząc o zdenerwowaniu kocurka. Juniorka patrzyła na niego, próbując ominąć wzrokiem wymachującego odnóżami żuka, zwisającego z pyszczka jej młodszego brata. Jednak lśniące nóżki zwróciły jej uwagę i ciekawska z natury koteczka musiała wspiąć się na wyżyny swojego opanowania, aby przypadkiem nie zerkać w tamtą stronę. „Jeśli on się poruszy jeszcze raz, to chyba zwymiotuję…”
— Musimy wymyślić jakiś plan — wybełkotał Lulek; żyjątko w pysku z pewnością utrudniało mu komunikację.
— Co?
Lulek poirytowany wypluł robaka na ziemię, gdzie, aby nie uciekł, przygniótł go lewą łapką.
— Potrzebujemy dobrego planu! — powtórzył, tym razem bardziej zrozumiale. — Może… Odwrócisz uwagę mamy, a ja wtedy zapytam się Kotewkowego Powiewu co to jest?
Wężynce od razu nie spodobał się ten pomysł - oznaczało to, że nie mogła uczestniczyć w rozmowie z piastunką. Szukając lepszego pomysłu, uderzyła lapka drobny kamyczek, który poturlał się w stronę Tojadu. Kocurek właśnie… tarzał się w błocie. Juniorka szeroko otworzyła oczy z przerażenia, widząc poczynania brata. Zaintrygowany Lulek podążył za jej spojrzeniem, jednak widząc jedynie bawiącego się kocurka chyba musiał się rozczarować, ponieważ posłał siostrze spojrzenie mówiące „serio?”. To dało szylkretce pewien pomysł!
— A może powiemy mamusi, że Tojad bardzo się ubrudził i że przynosi jej wstyd? — Biało-czarny widocznie nie był zbyt zadowolony z pomysłu, w którym musiał ucierpieć ktoś z ich rodzeństwa, ale nie mieli innego wyjścia.
Lulek bez słowa podniósł stworzonko, które najwidoczniej straciło już siły, ponieważ przestało się tak wykręcać. Sierść na grzbiecie kotki zjeżyła się delikatnie, kiedy musiała przejść obok ubrudzonego brata - starał się pokryć całą powierzchnię swojego ciałka błotem, rozchlapując je przy tym dookoła.
— Nieładnie mu w brązowym — uznała Juniorka; przypadkowo, na głos.
Dwa koty powolutku zakradły się pod samo wejście do żłobka. Kotka zdała się na inteligencję swojego brata i zostawiła go sam na sam z robakiem, kiedy ona wślizgnęła się do środka żłobka. Zgodnie z tym co zapamiętała, biało-czarna kocica leżała na swoim posłaniu. Ochoczo dyskutowała z Wężyną o Porywistym Sztormie i Rysim Borze. Ich słowa nie przykuły uwagi młodej, gdyż ta miała swój cel.
— Mamo, Mamo! — Szylkretką dramatycznie rzuciła się w stronę seniorki. — Tojad jest calusieńki brudny! Oblepił się błotem chyba z caaałego obozu!
Wężyna westchnęła, przewracając oczami i od niechcenia machnęła łapą.
— Zawołaj go tu.
Koteczka oblizała ze zdenerwowania pysk, nie taki był plan! Musiała zacząć imprezować. Mocniej przycisnęła się do klatki piersiowej swojej mamy i schowała pyszczek z wielkiej kryzie. Piszczała coś, jednak futro Wężyny skutecznie tłumiło każde jej słowo.
— Yhhh, niech będzie. Poczekaj tu na mnie — warknęła w końcu matka, dźwigając się na łapy.
Oczy Wężynki zabłysły, kiedy udało się jej wykonać zadanie. Poczekała, aż jej rodzicielka opuści kociarnię i z wyczekiwaniem wpatrywała się w wejście do niej. Wtem do środka wkradł się Lulek z żukiem między ząbkami. Oboje podbiegli do Kotewkowego Powiewu i z wysoko uniesionymi ogonkami wyczekiwali pierwszych słów piastunki.

< Lulek? >

Od Koperkowej Łapy

Jakiś czas temu

Pora Nagich Drzew zawitała wśród wojowników i zwierząt leśnych z niemałym przytupem. Im było chłodniej, tym bardziej brakowało zwierzyny w każdym klanie. Co za tym idzie, zaczęło również brakować zwierzyny, ale także ziół, które nagle zaczęły być bardzo potrzebne w klanie. Koperkowa Łapa widziało, jak coraz to nowe koty wchodziły do legowiska medyka, aby leczyć swoje dolegliwości. Według kota, w klanie mogła pojawić się epidemia. Chociaż to akurat mógł stwierdzić każdy kot, który nieco bardziej przyjrzał się chaosowi panującemu ostatnio. Nie sposób było nie zauważyć znacznie większej niż zwykle ilości kotów wchodzących do legowiska. Jak zwykle na choroby byli najbardziej narażeni starsi oraz kociaki. Koperkowa Łapa nie spodziewało się jednak, że epidemia może być tak tragiczna w skutkach. Nie minęło dużo czasu, a przodkowie zabrali już do siebie Olszową Korę, a jej współlokatorzy, Szeleszczący Wiąz oraz Kukułcze Gniazdo, mieli bardzo podobne objawy. Liliowy kot obserwowało to wszystko w ciszy pod jednym z drzew, po raz kolejny wyrywając sobie z nerwów futro na grzbiecie.

Jakiś czas później

Pręgowany kot zauważyło swoją byłą mentorkę, Cisowe Tchnienie, kręcącą się w pobliżu krzewu, w którym spała Jarzębinowy Żar. W sercu Koperkowej Łapy nagle rozpaliła się pewna pocieszająca myśl, która została ugaszona równie szybko, co pojawiła się w jego umyśle. Kot przecież nie miało na co oczekiwać. W końcu to normalne, że medyczka przyszła po swoją asystentkę. Do tego tą lepszą. Koperkowa Łapa nie czuło jednak zazdrości. Wiedziało, że jeno miejsce zawsze było gdzieś poza wszystkimi kotami. Gdzieś w cieniu. Nigdy nie będzie czyimś faworytem. Zawsze będzie tylko substytutem faworytów. Substytutem jeno siostry, Brukselkowej Łapy, substytutem Jarzębinowego Żaru, substytutem jako medyk, substytutem w każdej znanej jeno relacji między kotami. Z tą nieprzyjemną myślą ułożył się na ziemię, kładąc głowę na łapach, po czym swój pyszczek schował we własne łapy, piszcząc bardzo cicho z rozpaczy i kuląc się jeszcze bardziej w dziurze wykopanej przez niego pod drzewem.

Kilka dni później

— Wstawaj. I już przestań się tak nad sobą użalać. Spójrz, jak ty wyglądasz — mruknęła kotka, której na początku najwyraźniej liliowy kot nie poznało.
Gdy zobaczyło niebieskie futro, nastroszyło lekko te pozostałe jeno, śmiesznie odstające kępki futra i uniosło uszy.
— Dlaczego? — zapytało, choć nie do końca wiedziało, o co pyta. W końcu jaki problem miało, aby wstać z ziemi?
— Będziesz przemywało oczy chorym. I przez pewien czas przebywało wśród nich — mruknęła kotka, na co Koperkowa Łapa spojrzało na nią jakby odrobinę wystraszone. — Chyba, że się boisz? Jak zachorujesz, to najwyżej też się wyleczysz. Oczywiście, o ile ci pozwolą… — dodała kotka z niezbyt przyjemnym wyrazem pyska. Widać było, że fakt, iż potrzebuje pomocy był jej bardzo nie na łapę.
Poza tym cętkowany kot już dawno wiedziało, gdzie w rzeczywistości często leżał problem. Kotka bowiem po prostu wolała mieć legowisko dla siebie, niżeli dzielić je z dwójką innych kotów, za którymi wyraźnie nie przepadała.
Liliowy kot poszło za kotką, aby przemywać pyszczki chorych. Niektórzy wydawali się powoli zdrowieć, tak, jakby kotka już podała im zioła, a niektórzy wyglądali na całkowicie zaniedbanych, choć w rzeczywistości nie byli wcale pozostawieni na tak długo. Kot nie narzekało jednak na swoją pracę. Miało tylko ostrożnie przemywać zaropiałe oczy kotów. Przyglądało się jak Cisowe Tchnienie podaje kotom wrotycz, tym samym zapobiegając dalszemu rozwinięciu się epidemii wśród kotów, co nie było jednak łatwe, gdyż zmarła ich kolejna trójka – Szeleszczący Wiąz, Kukułcze Gniazdo oraz Zabielone Spojrzenie. Nagle Koperkowa Łapa usłyszało głos swojego ojca. Miało ogromną ochotę pójść w jego stronę, aby porozmawiać, czego w praktyce nigdy nie robili, jednak zatrzymało się w ostatniej chwili. Przecież nie mógł. Ojciec nie byłby z jeno dumny, bo przecież jest zdrajcą, które zabiło przywódczynię… Cętkowany kot załkał na tą myśl, kuląc lekko ogon i uszy. Usłyszało tylko jak kocur skarży się na jakąś swędzącą infekcję. Nie minęło dużo czasu, a cętkowany kot usłyszało, jak kocur dziękuje medyczce i wraca do swojego legowiska. Pokrzywowy Wąs spojrzał na odchodne w stronę swojego dziecka, jakby zawiedziony, a liliowy kot skuliło się w sobie.
“Czy naprawdę teraz każdy mnie nienawidzi?” — pomyślało i wróciło do zajmowania się chorymi.

Wyleczeni: Pokrzywowy Wąs

[650 słów]

Od Chomiczej Łapy CD. Barszczowej Łodygi

Kotka siedziała sobie na wolnej przestrzeni, rozmyślając o swojej wtopie z przeszłości. Doskonale pamiętała, jak pierwszy raz spotkała Pietruszkową Błyskawice. W pewnej chwili zobaczyła Barszczową Łodygę na horyzoncie, co skutecznie wyrwało ją z rozmyślań. Przypomniała sobie, że nigdy nie zapytała go, jak on i Pietruszka się poznali! I tak chciała z nim miło pogadać, więc podeszła do swego mentora.
— Tutaj jesteś, Barszczowa Łodygo! — zagadała radośnie szylkretka.
— Bardzo dobrze dziś ćwiczyłaś — pochwalił ją w odpowiedzi kocur. — Masz potencjał na zostanie wielką wojowniczką!
Kotka poczuła się doceniona.
— Dzięki! Za to ty możesz być najlepszym mentorem. Idzie nam dobrze jako zespół — Współpraca z czekoladowym zawsze była owocną i Chomik czuła, że mogła z nim pogadać luźno bez żadnych sztywnych zajawek, jak zapewnie u innych, nudnych mentorów. Barszcz był jednak inny, zwłaszcza w szkoleniu.
— A jeśli mogę spytać cieszysz się, że w przyszłości spotkasz swego potomka w Klanie Burzy?
Czekoladowy poruszył wąsami w zamyśleniu.
— Miło mi, że masz o mnie takie zdanie – odpowiedział najpierw. Następnie, ruszając do marszu, dodał:
— To dla mnie troszkę… stresujące. Wiesz, trzeba będzie wytłumaczyć temu małemu słodziakowi, dlaczego mama jest w innym klanie i jak to wygląda… boję się trochę, że nie podołam. A co, jeśli mnie nie polubi? Albo gorzej: uzna, że wolałoby zostać w Klanie Klifu? Nie przeżyłbym tego!
— Jesteś najmilszym i najfajniejszym kotem tego klanu, twój kociak na pewno cię pokocha! Skoro ja mogłam, to i on może. W końcu chyba nie ma kotów, które cię nie lubią; chyba, że o czymś nie wiem! — powiedziała na końcu żartobliwie, drocząc się z nim. Pomyślała przez chwilę o tym, co powiedziała. Barszczowej Łodygi nie dało się nie lubić! Miał dobre kontakty nawet z kotami spoza Klanu Burzy. Nie wyobrażałaby więc sobie, aby ten kociak nie lubił własnego ojca. Gdyby miała mieć tatę, chciałaby mieć takiego, jak on. — Nie mogę się doczekać, gdy przyjdzie! Pokaże mu najlepsze miejsca w obozie i w Klanie Burzy! Oczywiście, jeśli pozwolisz!
Barszcz poruszył wąsami.
— Haha, nic mi nie wiadomo o jakichś kotach, które by mnie nie lubiły — odpowiedział. — Zawsze staram się żyć z każdym w zgodzie, ale jednocześnie przestrzegać kodeksu. Jeśli któryś z moich przyjaciół złamałby go, to prawdopodobnie i nasza znajomość rozpadłaby się. Klan jest dla mnie najważniejszy.
Po chwili namysłu Barszcz dodał:
— A co do kociaków, to pewnie. Pójdziemy wszyscy na fajny spacer. Może jak zdążysz ukończyć szkolenie, to Tobie przypadnie uczenie mojego potomka?
— Byłby to dla mnie zaszczyt, uczyć go! Zwiedziłabym z nim wszystkie granice, nauczyłabym go polować i walczyć. To byłoby wspaniałe. — Chomicza Lapa wyobrażała już sobie, jak uczy potomka Barszczowej Łodygi. Sam fakt, że chciał powierzyć jej jedynego kociaka było jakimś wyróżnieniem. Dlatego nie chciała go zawieźć. Chciała pokazać, że zrobiłaby to najlepiej. — Nie mogę się doczekać tego dnia, gdy zostanę wojowniczką i dostanę własnego ucznia. Może kiedyś będę go uczyć tak, jak ty mnie — stwierdziła z sentymentem.
Barszcz poruszył wąsami w rozbawieniu.
— Idziemy? – zapytał z uśmiechem.
— Oczywiście! — Chomik nie mogła się doczekać, aż wróci do obozu i będzie mogła pochwalić się Motylkowej Łapie treningiem. W końcu to była jej jedyna siostra, bo już nie było z nimi Mysiej Łapy. Idąc razem z Barszczem przypomniała sobie, że miała zapytać go, jak poznał Pietruszkę. –—Właśnie, mam do ciebie pytanie; wspomniałam, że nawet koty spoza klanu cię lubią. Powiedz mi, jak poznałeś Pietruszkową Błyskawicę? Kiedyś spotkałam ją na granicy i wołała twoje imie, więc musiała cię znać.
Barszcz zerknął na nią zdziwiony.
— Och, pewnie jestem jedynym znanym jej kotem z Klanu Burzy — zaśmiał się cicho. – Poznaliśmy się na zgromadzeniu, jest bardzo mądrą kotką i wydaje się obiecującą wojowniczką! Jest z Klanu Klifu, więc przy okazji będę mógł ją zapytać o Jastrzębi Zew… Może coś wie na jej temat, skoro mieszkają w jednym klanie. — Wojownik widocznie się zamyślił.
— Jest bardzo miła, prawda? Wiesz, poznałam ją bardzo dawno temu i było to całkowicie przypadkowo, ale nie żałuje spotkania z nią. — Chomicza Łapa przypomniała sobie, jak dostała reprymendę od patrolu, gdy wróciła do obozu w wieku sześciu księżyców, po tym, jak sama pałętała się po otwartych terenach. — Dzięki temu spotkaniu zachciałam poznawać więcej kotów! Nawet niedawno nauczyłam się od kotów z Owocowego Lasu budować ołtarz! Jeśli nie wiesz, czym, to jest, to mogę ci o nim opowiedzieć — pochwaliła się nowo nabytą umiejętnością. Czuła się dumna z tego, że poszerza swoją wiedzę, dzięki nowym znajomościom pozaklanowym.
Barszcz zmarszczył brwi.
– Och…? Jasne, czemu nie? A po co się robi takie „ołtarze”? Koty z Owocowego Lasu są ciekawe, czyż nie? Co klan to obyczaj, haha.
Kotka wyprostowała się dumnie, po czym zaczęła opowiadać:
—Robi się je, żeby uczcić pamięć po zmarłym kocie; do ich budowy używa się kamieni, patyków lub innych materiałów. Wiesz, brzmi to trochę dziwnie, ale też chciałabym mieć coś takiego na swoim pochówku. — Uczennica pomyślała o swoim przyszłym wielkim ołtarzu. W końcu przyszły najlepszy wojownik powinien mieć najlepszy ołtarz! — Owocowy Las jest jedyny w swoim rodzaju! Szkoda, że nie mamy z nim bliższego sojuszu, tak jak z Klanem Klifu; też są według mnie warci uwagi. — Chomik odczuwała, że owocniaki nie były doceniane, a miały według kotki naprawdę wielki potencjał.
Barszczowa Łodyga pokiwał głową ze zrozumieniem.
— Może nie śpiesz się tak z umieraniem, Chomicza Łapo! — odparł jej mentor. Mimo to lekko się uśmiechnął. — Myślisz, że powinniśmy nawiązać z nimi sojusz? Jak tak pomyśleć, to chyba nie mają z żadnym klanem jakichś większych problemów, jednak z tego, co słyszałem, nękają ich lisy.
— To świetnie! Skoro nie robią problemów, to tym bardziej powinniśmy mieć z nimi lepsze stosunki, są przyjaźni i kreatywni, a mottem naszego klanu jest poszerzanie horyzontów, także oni mogą nam w tym pomóc. — Srebrna pomyślała o bezwojennej przyszłości. W końcu im więcej sojuszy, tym mniej wrogów, a to Klanowi Burzy się przyda, zwłaszcza, że sąsiadują z każdym klanem. Dlatego Chomicza łapa sądziła, że nie ma lepszego pomysłu. Byli w fatalnym położeniu, sąsiadowali z każdym, więc w teorii każdy klan mógł na nich najechać. Tak mieliby święty spokój. — A co do lisów: przegoni się je; to takie jakby szkodniki, tylko większe. Ja mogłabym być nawet ochotnikiem, by jednego załatwić. Przynajmniej przysłużę się Klanowi Burzy i im.
— Chomicza Łapo, nie wiesz, o czym mówisz — mruknął w odpowiedzi kocue. — Lisy to nie byle jaki przeciwnik. Zabrały bardzo wiele kocich żyć, zarówno z naszego klanu, jak i Owocowego Lasu.
— Może, ale nie chcę się przed nimi uginać! Mam zapał wojownika i nie zamierzam się poddawać. Jeśli są tam zagrożeniem, to się nie ugnę, byleby już dały tym kotom spokój. — Te słowa były dość szalone, ale czego, by nie zrobiła dla swego klanu. Fakt, chciała je wybić w Owocowym Lesie, ale jakby przegoniła je, to owocówki miałyby u niej dług wdzięczności, dlatego możnaby było to ciekawie wykorzystać dla Klanu Burzy. Może jakiś sojusz terytorialny? Brzmiało spoko! Chętnie odwiedziłaby owocniaków, zwłaszcza tych, których spotkała niedawno, czyli Cierń i Wiciokrzewa. Może przy okazji poznałaby jeszcze kogoś?
Barszcz westchnął ciężko.
— Dobrze, jeśli spotkamy lisa następnym razem to chętnie zobaczę, jak się z nim rozprawiasz. A tymczasem wracamy do obozu? — zapytał. — Mam plan dla nas na jutro, na bardzo intensywny trening walki, co o tym myślisz? Może, jeśli będziesz chciała, to jakiś sparing zrobimy?
— Oczywiście! Jeszcze wszystkim pokażę moje tajne techniki walki! Niech te rudzielce się mnie strzegą! — Chciała już takiemu wgryźć się w gardło, lecz mentor jeszcze ją zapytał czy wracają. Musiała więc na chwilę zapomnieć o swojej żądzy krwi. — Chętnie wróciłabym już. Całego dnia raczej nie spędzimy poza obozem.
Koty poszły przed siebie w stronę domu; czekoladowy zapytał, co myśli o następnym treningu poświęconym walce. W Chomik od razu uwolniła się dusza wojownika, który miał ochotę każdego pokonać na swojej drodze.
— Myślę, że bardzo chętnie poćwiczę, zwłaszcza intensywnie. W końcu jako przyszły wojownik Klanu Burzy chciałabym lepiej walczyć! A sparing dobrze nam zrobi, chętnie zobaczę, jak walczysz, Barszczowo Łodygo. — Ciekawiło ją, jakie znał tajne techniki jej mentor. Powinna się ich wszystkich nauczyć i udoskonalać. Jak będzie miała w przyszłości ucznia, to będzie musiała go nauczyć, jak być najlepszym z najlepszych.
— Haha! Nie jestem aż taki stary, abyś mnie pokonała! Walczę jak młody wojownik, jestem w pełni sił i zamierzam je użyć przeciwko Tobie! — Zaśmiał się.
— Przekonamy się, może cię pokonam jako twój pierwszy uczeń? W końcu nie jestem już małym kociakiem. — Kotka była już gotowa na wszystko. Miała nadzieję, że Barszczowa Łodyga nie będzie jej dawał ułatwień podczas walki; chciała przetestować, czy już jest gotowa na wszystko.

[1642 słów]

<Co powiesz na to, Barszczowo Łodygo?>

Od Kremika (Poziomkowej Łapy)

TW: atak paniki, samookaleczanie

Minęły około dwa księżyce, odkąd dzieci Mrocznej Wizji i Makowego Nowiu opuściły żłobek. Nadchodził więc czas, aby dwie płowe znajdki do nich dołączyły. Po białym śnieżnym puchu pozostały tylko wspomnienia. Temperatura wzrosła, jednak dalej było dość chłodno. Co jakiś czas padał deszcz, śnieg lub oba jednocześnie. Niebo było przysłonięte chmurami, tylko naiwne koty mogłyby wierzyć, że w najbliższym czasie przebiją się przez nie jakieś promienie słońca.
Przez to wszystko futro Kremika przez większość czasu było całe posklejane i ubrudzone. Może nie było bardzo długie, lecz też niekrótkie i pozwalające utrzymać się w czystości. Kociak starał się je myć regularnie, jednak warunki pogodowe nie pozwalały na to, by przez dłuższą chwilę nie miał na całym ciele dodatkowych brązowych łat. Kolejnymi, nawet ważniejszymi, problemami w tej sytuacji było ciągłe uczucie bycia mokrym, którego nienawidził, szczególnie po tym, co przeżył, oraz potęgowane przez wilgoć uczucie zimna.
Odkąd został sam z siostrą, mógł trochę odpocząć od walk. Pustułka raczej zajmował się swoimi nowymi uczniowskimi obowiązkami, a Plamka nie była skłonna do bicia go. Spędzał więc czas przy wyjściu z kociarni. Znalazł w miarę suchy kąt, z którego mógł obserwować życie obozu. Czasem rozmawiał z innymi kotami, Koperkiem lub Brukselką. Słuchał uważnie ich opowieści, głównie dotyczyły one klanu gwiazdy. Za to od innych często słyszało o mrocznej puszczy.
Tworzyło to mętlik w głowie kocurka. Swoje poglądy opierał zazwyczaj na zdaniu innych. W momencie, gdy słyszał ciągle co innego, nie miał stałego światopoglądu. Starał się dopasowywać nim do kota, z którym aktualnie rozmawiał. Nie był w stanie rozstrzygnąć, który z jego pobratymców mówił prawdę. Który ma racje i przedstawia właściwe wartości. Według którego kodeksu moralnego miał postępować?

* * *

Stopniowo zaczęło się ściemniać, było jeszcze zimniej niż w ciągu dnia. Większość kotów już zjadła wieczorny posiłek, część z nich powoli układała się do snu w swoich legowiskach. Kremik był jednym z nich. Położył się obok siostry, wtulił w jej miękkie futro i starał się zapomnieć o wszechobecnym chłodzie. Zamknął oczy i zapadł w sen.

Nad lasem zapanowała całkowita ciemność, w tym momencie jakiś kot wszedł do żłobka. Zakradł się do szylkretowego kocurka i wyciągnął go na zewnątrz. Kociak był zdezorientowany, nie rozumiał co się dzieje, czemu został obudzony?
— Przepraszam, kim jesteś? — zapytał niepewnie.
Nie uzyskał odpowiedzi.
— O co chodzi, co się dzieje? — spytał trochę głośniej, może nieznajomy go nie usłyszał?
Znów nic.
— Zrobiłem coś nie tak? — skulił się, niemal przyklejając się do podłoża. Zaczęła przepełniać go panika.

Kot w końcu zareagował, chociaż nie tak jak oczekiwał. Pochwycił Kremika za kark i podniósł z ziemi. Następnie odwrócił się tyłem do niego, ogonem pokazał, że ma za nim podążać i ruszył przed siebie. Młodziakowi z lęku łapy zaczęły się trząść i odmawiać posłuszeństwa, jednak starał się dotrzymywać kroku. Poszedł za nieznajomym z prostego powodu, pachniał klanem, a wobec pobratymców, szczególnie starszych musiał być w pełni posłuszny.
Wyszli z obozu, w ciemności ledwo widział, przez co ciągle o coś haczył, pewnie zostawił kilka kłębków futra na jakiś krzakach. Pod łapami czuł głównie błoto, czasem wdepnął do jakiejś kałuży, rozpryskując brudną wodę na wszystkie strony. Zdarzało się też, że jego łapy natrafiły na jakąś szyszkę lub kamyk.
Starał się nie zgubić z oczu swojego, jak miał nadzieję, przewodnika. Szedł za nim posłusznie, w aktualnej sytuacji najgłupszym co mógłby zrobić, byłaby ucieczka. Bał się przeraźliwie, ale nie był nigdy poza obozowiskiem, a teraz dodatkowo wszędzie było czarno. W tej sytuacji oddalenie się mogło oznaczać tylko jedno, śmierć.
Wędrowali tak przez dłuższą chwilę, lecz w końcu dotarli na niewielką polanę. Chmury rozsunęły się, a nikłe światło księżyca rozświetliło miejsce. Tak jak aktualnie wszystkie tereny, ten również był pełen błota i kałuż. Plac otaczały krzewy i drzewa, oczywiście jeszcze pozbawione liści czy choćby pędów. W jednym miejscu było kilka większych głazów. Nic specjalnego, chociaż blask światła odbijający się od nich nadawał specyficznego klimatu. Dla Kremika wyglądało to dość mrocznie.
Kociak usłyszał huczenie sowy, przestraszony rozejrzał się po okolicy, lecz nigdzie nie dostrzegł potencjalnego niebezpieczeństwa. Wyostrzył wszystkie swoje zmysły, jednak początkowa chwila rozproszenia dała okazję Wilczakowi, który go tu przyprowadził na rozpłynięcie się w otchłani lasu i samotny powrót do obozu.
Młodzik trząsł się ze strachu, słyszał opowieści o potężnych nocnych ptakach będących w stanie zabić kota. W poszukiwaniu oparcia spojrzał w kierunku, w którym przed chwilą był jego przewodni. Przestraszony zauważył, że zniknął. Co-co się dzieje? – pomyślał całkowicie zagubiony. Podczas wędrówki starał się znaleźć jakieś wytłumaczenie jej celu. Jednak teraz nie rozumiał już niczego.
Zaczął biec przed siebie, niemal na oślep. Nawoływał przy tym dawno już nieobecnego przewodnika.
— Hej! Zaczekaj! Proszę! Wróć! Błagam! — Oczy zaczęły zachodzić mu łzami. — Ja... Ja nie wiem, co zrobiłem nie tak, przepraszam, wybaczcie. — Jego głos zaczynał się łamać. Pośpiech, ograniczona widoczność i śliskie podłoże zrobiły swoje, kociak poślizgnął się. Przednie łapy podwinęły mu się pod brzuch i zarył pyskiem w ziemię. Chwilę leżał w błocie, może tak miało być? Zawiał chłodny wiatr, powiew zimna zamiast dobić kociaka otrzeźwił mu na chwilę umysł.
Wpadł na jakiś pomysł, nie lepszy od tego, co było przed chwilą, ale zawsze coś. Wstał i zaczął krążyć spokojnie po polanie, zataczał coraz większe koła wokół niej. Wołał:
— Jeśli mnie słyszysz, odpowiedz proszę! Jest tam ktoś? Proszę, pomóżcie mi, zgubiłem się. — Miał nadzieję, że nawet jeśli Wilczak go porzucił, to jakiś inny kot się nad nim zlituje. Była to też jego modlitwa, chyba do Klanu Gwiazdy, ale w sumie sam nie był pewien.
Jego głos zaczął słabnąć, stwierdził, że skoro do tej pory nikt go nie usłyszał, to nikt już tego nie zrobił. Zaczął sobie szukać jakiejś kryjówki, jak robił to w domu, by ukryć się przed nękaniem brata. Wybrał na nią pobliskie krzaki, na drzewo raczej nie umiałby się wspiąć, a kamienie go przerażały. Ostrożnie wszedł pod plątaninę gałęzi, położył się na obrzydliwym błotnistym podłożu. Jego poza pozwalała na ucieczkę w każdej chwili, obawa o własne życie była widoczna w każdym włosku kociaka. Niewyspanie się nie poprawiało jego sytuacji, sen traktował również jako formę ucieczki przed przerażającą rzeczywistością. Przymknął na chwilę oczka, to wystarczyłoby usnąć.
On może spał, lecz nocne stworzenia panoszył się po lesie i nie zamierzały w najbliższym czasie wracać do swoich jam, nor czy gniazd. Nagłe skrzeczenie jakiegoś z nich wybudziło go z płytkiego snu. Zerwał się z miejsca do biegu i zaczął w pośpiechu szukać kolejnej kryjówki. Wybrał na nią przerażające wcześniej skały. Bał się ich, nie mógł być jedynym, który miał wobec nich takie odczucia. Dzięki straszności tych kamieni nikt tutaj nie przyjdzie – próbował przekonywać sam siebie. To on był tym płochliwym, który bał się wszystkiego, a nie jego potencjalni mordercy.
Wszedł do luki między dwoma głazami, było tam przyjemnie sucho. Starał się zasnąć, lecz tym razem nie było to takie proste. Widział oczy nocnych żyjątek wpatrujących się w niego. Próbował ignorować ich przenikliwe spojrzenia, jednak nie był w stanie. Skulił się tak mocno, jak umiał. Po pewnym czasie w końcu zaczął przychodzić do niego sen, kiedy już miał zaznać odpoczynku, usłyszał przeraźliwe zawodzenie. Czuł, że serce wystrzeli mu z piersi.
Ponownie wybiegł z kryjówki. Zatrzymał się pośrodku polany, rozejrzał się wokół. Otworzył szeroko oczy i ciężko dyszał. Z każdego, dosłownie każdego miejsca gapiły się na niego różnego kształtu i rozmiaru płonące ślepia. Oczy, oczy były wszędzie. Gapiły się. Przeszywały. Mordowały. Oceniały. Szykowały się do skoku.
Były na niebie. Były na ziemi. Na drzewach i w krzakach. Zabiją go. Nie zabiją go. Zniszczą. Ocalą. Klan Gwiazdy. Mroczna puszcza. Widział oczy zmarłych wojowników. Widział oczy zwierzyny. Widział oczy morderców.
WIDZIAŁ OCZY.
Wydał dźwięk będący połączeniem wycia mordowanego kota i pisku kocięcia oddzielonego od matki.
— Plamko, Pustułko, Makowy Nowiu, Mroczna Wizjo, mamo, Pierniku, Koperku. KTOKOLWIEK, błagam pomocy. Pomóżcie mi! Mroczna Puszczo, Klanie Gwiazdy. Błagam, błagam, błagam — nawoływał, starając się unikać spojrzeń ślepi, jego głos początkowo był błagalny i pewny, z czasem coraz słabszy i płaczliwy. — Uratujcie mnie, proszę — dodał cichym, zmęczonym głosem.
Jego organizm zmęczony brakiem snu, płaczem, krzykiem nie miał już siły walczyć. Położył się tam, gdzie stał i przykrył głowę łapkami, byle nie widzieć oczu. Ciało się poddało, ale umysł dalej go dręczył. Dlaczego się tutaj znalazł? Co takiego zrobił? Czym zawinił? Starał się uciec w sen, ale wtedy znów nawiedzały go fale myśli. Spotka kiedyś jeszcze siostrę? Zdradził klan w jakiś sposób? Był zbędny?
Zaczęło mu się robić niewygodnie we własnej skórze, wcześniej bezpieczna przestrzeń przestała taka być. Otworzył oczy, licząc, że może chociaż reszta świata wróciła do normy. Wystarczyło uchylenie powiek i przekonał się, jak bardzo się mylił. Natychmiastowo je zacisnął, jednak tak chwila wystarczyła, aby potworne ślepia wpełzły również do jego umysłu.
W głowie wirowały mu pytania, wątpliwości oraz wizje oczu penetrujących jego wnętrze. Zaczęło mu robić się niedobrze. Czuł, że traci zmysły. Oczy, oczy, oczy. OCZY! Ponownie zawył. Nie wiedział już co robić. Wysunął pazury i wbił je sobie w głowę, nie wiedział, czemu to zrobił. Początkowo był przerażony swoim zachowaniem, myślał, że do reszty oszalał. Jednak po krótkiej chwili poczuł, poczuł dziwny spokój.
Nie rozumiał, co się dzieje, ale, ale jego umysł w końcu się uciszył! Schował pazury, głowa go bolała, wyczuł zapach krwi. Ale oczy zniknęły! Lęki zniknęły! Czuł, że to, co się stało, nie było dobre, że nie powinien tego robić. Jednak nie to było ważne w tej chwili, teraz mógł w końcu spokojnie zasnąć, może się zamartwiać w jakikolwiek inny dzień. Zmęczony, dalej niespokojny, z bólem fizycznym zagłuszającym ten psychiczny w końcu zasnął.
Leżał w miejscu, w którym został opuszczony poprzedniej nocy. Wyglądał, jakby przeżył wojnę. Miejscami miał powyrywane przez chaszcze kępki futra, na pyszczku resztki zaschniętej krwi. Do tego cały był w błocie. Wycieńczenie dawało o sobie znak, żaden z odgłosów lasu nie był w stanie go obudzić. Zrobiło to dopiero przybycie wojownika Klanu Wilka, który szturchnął go łapą.
Kremik wstał oszołomiony, gdy zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje, zaczął przepraszać wojownika.
— Przepraszam, nie wiem, czym zawiniłem, ale nigdy więcej się to nie powtórzy. Błagam, pozwól mi wrócić do obozu. Poprawię się, obiecuję. — Starał się przekonywać kota, ten jednak tak samo, jak wcześniej wstał, dał ogonem znać, że ma za nim podążać i milcząc, ruszył przed siebie.

Droga powrotna minęła im spokojnie, mimo to kociak szedł, ciągnąc ogon po ziemi i kuląc się na najmniejszy szelest. Po dotarciu na miejsce zobaczył swoją siostrę i inne koty, które zebrały się w centrum obozu. Chciał podejść do siostry, ale bał się tego zrobić. Ciągle uważał, że ostatnie wydarzenia były karą za jego słabość lub uprzykrzenie życia współklanowiczom. Usiadł i zaczął czyścić sobie futerko, aby zająć jakoś czas i uniknąć niewygodnych pytań o krwawe ślady.
Nagle usłyszał swoje imię z ust przywódcy, na ich dźwięk podszedł pod pień, z którego przemawiał. Początkowo był przerażony, myślał, że dodatkowo zostanie publicznie ukarany. Zamiast tego został mianowany uczniem! Dostał nowe imię Poziomkowa Łapa, od teraz był Poziomkiem. Czy całe cierpienie przeżyte ostatniej nocy było tego warte? Trudno to ocenić, jednak miał nadzieję, że tak.
Na mentora dostał Kosaćcową Grzywę, ładnego i dobrze zbudowanego w większości białego kocura. Podszedł do niego i dotknęli się nosami. Nauczyciel powitał swojego pierwszego w życiu ucznia.

Rozpoczynał się nowy etap w życiu Poziomkowej Łapy.

[1824 słowa]

[przyznano 36%]

Od Rysiej Łapy (Rysiego Tropu) CD. Jarzębinowej Łapy

Dawno, dawno temu…

Zimny wiatr sprawiał niektórym ból, a innym złe myśli. Taka była Pora Zielonych Liści - zmienna, ale zawsze do przewidzenia. Mimo złej pogody kwiaty rosły w samą porę, więc wokół Klanu Wilka osadził się przyjemny zapach. Rysi Trop cały czas czeka na tę porę, dlatego, że kochała zbierać kwiaty.
— Rysi Tropie! Długo jeszcze? — Usłyszała. Szylkretka mozolnie wyciągnęła się z łóżka. Otrzepała się z kurzu, po tym prędko wyszła z legowiska.
— Co tak długo! Powinnaś reagować szybciej! — krzyknął głos.
— Hej, jak może-! — syknęła kotka. Jednak urwała się w połowie zdania, podniosła głowę i zobaczyła Zabłąkaną Łapę.
— Ach… Przepraszam, możemy już iść — powiedziała. Szylkretka razem ze swoim uczniem opuściła obóz, poprowadziła go na polanę, gdzie miał zacząć się trening.
— Co będziemy dziś robić? — wymruczał. Srebrny kocur kręcił się w miejscu, jakby nie mógł spokojnie siedzieć. Mentorka cały czas była zajęta czymś innym, spoglądała wprost na czarną istotę.
— Cały czas siedzisz strasznie cicho, coś ci jest? — zaczepił ją uczeń. Wojowniczka miała pokiwać głową, jednak przypomniała sobie, że srebrny jest ślepy.
— Tak… Wszystko jest w porządku! — odparła. Nagle zza krzaków wyłoniła się jedna z kotek. Swym szylkretowym futrem i grzywką potrafiła przykuć uwagę.
— Kogo wyczuwasz? — zapytała mentorka.
— Jarzębinową Łapę… — wymruczał. Ryś sama nie wiedziała, czy kocur powiedział prawdę. Bo ona sama nie widziała kotki za często, a szczególnie poza obozem.
Kotka spojrzała się w Jarzębinową Łapę, rozmyślając co powiedzieć. Jej spojrzenie wręcz piekło Rysią Łapę w skórę.
— Wiesz co?... Muszę już iść… Hehe, pa! — wymruczała uczennica. Jarzębina zmierzyła ją wzrokiem i syknęła coś pod nosem. Kotka prędko wycofała się z legowiska i zapomniała co miała zrobić, dlatego udała się wymienić legowiska starszyźnie. Ze spuszczonym łbem powędrowała do ich legowiska, rozejrzała się i zajrzała łbem do środka. Szeleszczący Wiąz i Kukułcze Gniazdo wymieniali się językami, a rozmawiali tak zamulonym i głębokim głosem, że z ich pyska wydobywało się ciche mruczenie.
— Przepraszam! Chciałam wymienić wam legowiska, możecie na chwilkę wyjść? — zapytała. Starsi spojrzeli się na nią i pokiwali głową.
— Lodowy Omen przyniosła ci trochę mchu, pierza i gałązek — odpowiedziała szylkretce.
Ryś pokiwała głową i zobaczyła kupkę przedmiotów do wykonania legowiska. Rysia Łapa westchnęła i zaczęła tworzyć i układać legowisko dla Kukułczego Gniazda.

Teraźniejszość

Rysi Trop zaczęła grzebać się w legowisku, po treningu z Warczącą Łapą miała dość. Cały czas czuła ucisk w płucach, z trudem nabierając powietrze. Wojowniczka zaczęła cicho mruczeć, przyglądając się stosie zwierzyny. Była głodna jak wilk, ale nie miała sił, by wstać. Uporczywie machała kończynami, żeby chociaż usiąść, ale to nie pomagało. W końcu do legowiska wkroczyła znana jej kota – Jarzębinowa Łapa. Szylkretka rozejrzała się po legowisku i westchnęła.
— Zabieram cię na przegląd. Widać, że sobie nie radzisz — rzuciła cicho. Uczennica pomogła kotce wstać i razem udały się do legowiska medyka. W Klanie Wilka doszło do epidemii, większość kotów chorowała na łzawy kaszel. Ryś nie przypuściła, że mogłaby nosić to w sobie. Chociaż mogła przyznać, że strasznie bolały ją płuca i miała przyduszone oczy. Cisowe Tchnienie sobie nie radziła w pojedynkę, dlatego Nikła Gwiazda tymczasowo przywrócił Koperkową Łapę i Jarzębinową Łapę na asystentów.
— Usiądź — powiedziała Jarzębina. Szylkretka kiwnęła głową i tak jak młoda powiedziała, tak wojowniczka to zrobiła. Chwilę później uczennica medyczki wygrzebała zioło, które Ryś nie było dobrze znane.
— Co to jest? — zapytała.
— Wrotycz — odpowiedziała krótko. Później akcja toczyła się szybciej, jak Rysi Trop zażyła zioło zapanował chaos. Cisowe Tchnienie wyłoniła się z ziołowego spichlerzyka, a na jej pyszczku widniała panika.
— Jarzębinowa Łapo! Przynieś szybko jagody jałowca i wrotycz! Zabielone Spojrzenie, Kukułcze Gniazdo i Szeleszczynowy Wiąz słabo się czują! — krzyknęła. Jarzębina kiwnęła głową i wyjęła potrzebne zioła. Niestety było już za późno, medyczki chwilę się tam pokręciły. Jednak Ryś nie miała zamiaru dalej tam siedzieć, bo była już wyleczona.

* * *

Nazajutrz Rysi Trop mogła już spokojnie oddychać. Jednak trójka pozostałych kotów nie miała takiej możliwości. Nikła Gwiazda rano ogłosił okropną nowinę, ponieważ trójka kotów chorych na łzawy kaszel odeszła. Klan Gwiazdy dał im jeden wyrok. Śmierć. Szylkretka czyściła sobie futerko, jednak coś przykuło jej uwagę. Większość kotów zebrana w legowisku medyka. Wynosili ciała zmarłych, a śmierć młodej wojowniczki najbardziej przeżywali Blade Lico i Topielcowy Lament. Obydwaj wojownicy wynosili białą kotkę z obozu, ze spuszczonym wzrokiem patrzyli jej w zimne i braku duszy oczy. Ryś podbiegła do kotów, akurat, kiedy wynosili Szeleszczący Wiąz. Kotce udało się znaleźć Jarzębinową Łapę. Jej brązowe oczy spojrzały się w nią, a później uczennica znalazła jej zgubiony wzrok.

<Jarzębina?>

Wyleczeni: Rysi Trop

Od Lulka CD. Wężyny

W przeciwieństwie do Juniorki Lulek uważnie przyglądał się wydobytym przez siebie znaleziskom, pełen ekscytacji. Szylkretka wykrzywiła się teatralnie, kiedy kocurek zanurzył łapkę w warstwie błota w celu wygrzebania zamarzniętego kwiatka. On jednak był zbyt zajęty, by zawracać sobie głowę jej humorkami. W przeciwieństwie do niej nigdy nie przerażała go możliwość zabrudzenia futerka - tak właściwie, to nawet lubił ten charakterystyczny, ziemisty zapach, którym zdążyła już przesiąknąć jego sierść. Z uporem maniaka odgarnął kolejną plątaninę liści, korzeni i innych, bliżej niezidentyfikowanych części roślin, aby dotrzeć do kryjących się pod ich warstwą precjozów. Jego wzrok przykuło jednak zupełnie co innego - wielobarwny kamyczek. A przynajmniej tak zdawało się na pierwszy rzut oka, gdy kocurek wygrzebał go i położył na błotnistym gruncie, chcąc lepiej się mu przyjrzeć. Odkryty "skarb" mienił się licznymi kolorami, od niebieskiego aż po zieleń, a jego powierzchnia była chropowata, z widocznymi karbami. Lulek dość prędko rozpoznał więc w tym obiekcie żuczka... Takiego, którego nigdy wcześniej nie widział na oczy. Wyglądał fantastycznie, jak jakieś magiczne zwierzę - coś, o czym Kotewkowy Powiew opowiadała im czasem, gdy nie chcieli iść spać!
— Co to takiego? — Nagle dobiegł go zza pleców głos Juniorki. Zielone oczka jego siostrzyczki rozbłysły, kiedy ów "kamyczek" się poruszył i rozłożył odnóża.
Kotka zeskoczyła zgrabnie ze swojego miejsca na głazie i przylgnęła do boku braciszka, podekscytowana niezwykłym żyjątkiem. Ostrożnie dotknęła go łapką, na co ten, przestraszony, znowu schował odnóża. Oba kociaki wpatrywały się w niego jak zahipnotyzowane, oczarowane ślicznym stworzonkiem naprzeciwko.
— Żuczek — odpowiedział Lulek, tak, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem — Ale na pewno nie taki zwykły, no wiesz… Wygląda jak jakieś magiczne coś. Może spełnia życzenia? Błyszczy się jak ta ryba, o której opowiadała Kotewkowy Powiew… Albo ma jakieś inne moce… Pewnie czyta w myślach…
Kocurek opowiadał o tym z przejęciem, jakby był przekonany o cudowności insekta, ze względu na jego kolor. Przecież główna piastunka mówiła o różnicach między kotami ze względu na ich umaszczenie - a skoro całość świata i wszystkie inne żyjące istoty zostały stworzone tak, jak koty, to dlaczego ta zasada nie miała tyczyć się również ich? Tak piękny chrząszcz musiał zapewne posiadać jakieś specjalne cechy, w związku ze swoim prawdopodobnym szlachetnym pochodzeniem!
— Jest ładny — przyznała mu rację Wężyna.
Szylkretka kiwnęła kilka razy główką, pokazując swoją aprobatę. Wciąż przyglądała się stworzonku, które, wbrew jego obrazowi w oczach kociąt, poruszało się dookoła dość niezgrabnie, chybocząc się na boki. Nie było więc w nim niczego szczególnie dostojnego. Był okrągły, niezgułowaty, ale to nie przeszkadzała rodzeństwu zachwycać się jego wyglądem.
— Myślisz, że mamusia wie, co to? — spytała, patrząc na brata. Ten jedynie pokręcił na to głową.
— Mama jest bardzo mądra, ale nie lubi żuków. Uważa, że są brzydkie i brudne, i nigdy nie chce o nich słuchać — odpowiedział z nieskrywanym rozczarowaniem w głosie — Co prawda lubi błyszczące rzeczy, ale raczej i tak by nie wiedziała, co z tym zrobić…
Juniorka westchnęła cicho, a jej ogonek zadrgał ze zdenerwowania. Widząc, że owad powoli się oddalał, znowu zagarnęła go bliżej nich.
— To może Kotewkowy Powiew będzie coś wiedziała? Skoro zna te wszystkie klanowe historie…
Kocurek zastrzygł uszami, słysząc sugestię siostry i przekręcił łebek w bok, jakby ją rozważając. Potem pokiwał ochoczo głową, uznając ten plan za dobry. Schylił się i delikatnie chwycił chrząszcza w pyszczek, między kiełki, po czym wstał i posłał szylkretce znaczące spojrzenie, chcąc wraz z nią wybrać się na poszukiwania piastunki.

Od Lulka CD. Tojadu

Lulek wpatrywał się w brata, mrugając kilka razy, próbując wyczuć, czy Tojad był poważny, czy jedynie żartował. Przecież nawet mama już im to wytłumaczyła! Nie było opcji, żeby tego nie zrozumiał, prawda..?
— To nie ryba… — odpowiedział, chociaż dość niepewnie. Nie był przekonany, czy rudzielec nie zastosował przypadkiem czegoś, co Żmijowiec nazywał sarkazmem. Już nie raz się na to złapał i nie chciał znowu wyjść na mysiego móżdżka przed swoim bratem.
— Co jak nie ryba? — zapytał Tojad, co sprawiło, że biało-czarny kocurek zaczął poważnie rozważać, czy aby nie przecenił jego inteligencji. To chyba było oczywiste, że kot…
Wolał się jednak nie odzywać, nie chcąc przypadkowo wywołać kłótni. Już i tak nie czuł się do końca pewnie w tej rozmowie. Wbił więc wzrok w ziemię i zaczął odruchowo przegrzebywać ją łapką, po czym zwyczajnie odszedł, sądząc, że drugi kociak nie zwraca na niego uwagi. Skierował się w stronę krzaków za żłobkiem, planując powiększyć swoją kolekcję insektów. Wcisnął łebek między gałązki, poszukując jakiegoś ciekawego okazu, w ogóle nieświadomy faktu, że brat jednak za nim podążał. Dowiedział się o tym dopiero w momencie, gdy ponownie usłyszał jego głos.
— Wiesz przecież, że ja tylko żartowałem — prychnął rozbawiony, pacając go końcówką ogona po grzbiecie.
Lulek wygrzebał się z zarośli, spoglądając na rudego i mrugając kilka razy. Więc miał rację? Na Klan Gwiazdy (czy jakkolwiek nazywało się to, o czym mówiła Kotewkowy Powiew), jak zwykle się zbłaźnił… Czy mógłby chociaż raz zrozumieć, kiedy ktoś tylko się z czegoś śmieje? To zaczynało być już naprawdę irytujące - nie tylko dla niego, ale przede wszystkim dla innych kotów…
Zaśmiał się więc jedynie nerwowo na słowa swojego chwilowego kompana w ekspedycji, czując, jakby pod grubą warstwą futra zaczął płonąć. Wymamrotał coś niezrozumiałego, kiwając głową w geście zgody. Wygłupił się już wystarczająco. Pewnie teraz Tojad miał go za durnia, huh?...
Chcąc otrząsnąć z siebie zażenowanie, wrócił z powrotem do przegrzebywania się przez gęstwinę krzewu, zaglądając w każdy zakamarek, w którym coś interesującego go mogłoby siedzieć. W końcu coś przyciągnęło jego uwagę - obok pieńka dostrzegł ślimaczą muszelkę. Po głębszym zbadaniu doszedł do wniosku, że już od dawna nikt jej nie zamieszkiwał. Mimo to uznał, że wydobycie jej nie będzie złym pomysłem. Delikatnie podniósł ją i w pyszczku wyciągnął z krzaka, upuszczając ją u łapek wciąż czekającego na niego brata. Może danie mu prezentu sprawi, że tej zapomni o lulkowej wtopie. Taką miał przynajmniej nadzieję!
— To dla ciebie… — mruknął cicho kocurek, podsuwając mu skorupkę tuż pod nos — … No wiesz, za to, że tu ze mną siedzisz. Chyba.
Czy zrobił dobrze? Jak dotychczas tylko Rosiczka wyrażała jakiekolwiek zainteresowanie tym, czym Lulek się zajmował. Co, jeśli tylko pogorszył sytuację?... Posłał mu spojrzenie, które (miał nadzieję!) wyglądało wystarczająco serdecznie. Czuł się dość niezręcznie, jak zwykle, gdy skopał coś w interakcjach z innymi kotami. Starał się jednak nie dać tego po sobie poznać - to przecież nie był nikt obcy, byli z jednego miotu! Odchrząknął więc cicho, ubijając ziemię łapkami i biorąc głęboki wdech. W razie czego też przecież mógł powiedzieć, że tylko żartował! Co nie?...

<Tojad?>