BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wełnianka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wełnianka. Pokaż wszystkie posty

18 sierpnia 2026

Od Wełnianki do Lipieńka

Jeśli była jedna rzecz, której Wełnianka szczerze nie cierpiała – poza byciem ignorowaną przez starszych, zmuszaną do pójścia spać zaraz po zachodzie słońca czy jedzenia tych paskudnych, smakujących mułem ryb, które jej mamusia zwała karpiami (fuj!) – to była to nuda. Okropna, nieprzerwana nuda. Jej koledzy z miotu Sennej Łzy opuścili chwilowo żłobek, aby rozprostować łapki na spacerze z mamą. Królowa zabrała wraz z nimi Milczka, którego rodzeństwo w tajemniczych okolicznościach zniknęło niedawno ze żłobka. Wełnianka nie tęskniła za nimi szczególnie, nie zdążyła wszak nawiązać z nimi zbyt silnej więzi – ale jednak w ich legowisku zrobiło się przez to znacznie ciszej i trochę samotniej…
Biało-ruda miała plan, aby zaprosić do zabawy Drzemlika i, być może, również jego siostrę, ale niestety i oni byli tym razem nieobecni. Zgodnie ze słowami piastuna zabrani zostali do medyków na wizytę kontrolną – czy coś takiego. W każdym razie koteczka nudziła się okropnie, leżąc na swoim mchowym łóżeczku i licząc zabawki zawieszone pod sufitem kociarni. Za każdym razem ich ilość była inna, co niesamowicie ją frustrowało – jak i frapowało. Przecież nie mogły się przemieszczać, a nigdy nie widziała, aby ktoś je zrzucał lub zawieszał nowe!
W pewnym momencie ta niesamowicie pasjonująca czynność została jej przerwana. Zastrzygła uszami, słysząc ciche szuranie dobiegające z ich kącika w kociarni. Uniosła łebek, szeroko otwierając duże, brązowe ślepka. Och, jej braciszek w końcu się obudził! Uśmiechnęła się pod nosem łobuzersko. Przykucnęła nisko na łapkach, przygotowując się do skoku i – hyc! – wybiła się z piaszczystego podłoża, lądując tuż na nim.
— Cześć, leniuchu! — miauknęła rozbawiona, gdy ten jeszcze dość skonfundowanym, ledwo obudzonym wzrokiem przyglądał się jej z nieskrywaną konsternacją. — Te, no… Jasne coś już dawno wzeszło, a ty się wciąż leniłeś!
— Masz na myśli słońce? — zapytał, po czym zgrabnie zrzucił siostrę z siebie, prędko wstając i otrzepując się z ziemi. — Ale ty jesteś dzikuską, wiesz? Nawet nie dasz mi spokojnie wstać…
Brat wystawił psotnie język w jej stronę, po czym dał jej lekkiego kuksańca. Ta odwdzięczyła mu się tym samym, po czym oboje zaczęli się śmiać.
— Wiesz co, Lipieńku — zaczęła po chwili, zatrzymując się na moment, aby w głowie poszukać odpowiedniego słowa (które jak na złość nie chciało do niej przyjść!). — Zastanawiałam się nad…
— Nad? — Przechylił łebek w bok, siadając i owijając ogon wokół łapek, wylizując przy okazji sterczące niezgrabnie po spaniu futerko.
— No wiesz… Ach, nie lubię tego, że brakuje mi… Słów, tak. — Spuściła łebek, wpatrując się przez chwilę w podłożę, sfrustrowana. — Pamiętasz historie, które opowiadał nam Złocisty Widlik?
— Pewnie, że tak — odparł od razu, chociaż bez wielkiego entuzjazmu. Wełnianka nie spodziewała się po bracie innej odpowiedzi. On zawsze lubił wchodzić piastunowi w słowo i dopytywać o powód, dla którego dana opowieść potoczyła się tak, a nie inaczej. Był widocznie zirytowany, gdy kremowy zrzucał wszystko na karb tradycji.
— No, więc… Tam była taka jedna, o pochodzeniu małych kotów. I o tym, co je przynosi.
— O ptakach?
— Właśnie, tak, dziękuję! Tego słowa mi brakowało… — westchnęła cicho, po czym kontynuowała, na nowo ożywiona dzięki pomocy burasa. — W każdym razie, zastanawiam się, jak to działa. Skoro wszyscy mamy inne kolory… A każdy kolor przynosi inny ptak… To czy każde z nas przyniósł ktoś inny? — Zdawała się tym pytaniem szczerze przejęta, jakby odpowiedź udzielona przez kocurka miała nieść za sobą jakieś wielkie konsekwencje.

< Lipieńku? >

16 sierpnia 2026

Od Wełnianki CD. Fiołka

Wełnianka przysiadła obok koleżanki, wbijając białe kiełki w obraną z łusek zdobycz. Ostrożnie przeżuła mięso, zgodnie ze słowami Złocistego Widlika uważając na obecne w nim ości. Połknęła kęs posiłku, oblizując pyszczek i mrucząc cicho z aprobatą. Ryby były nieco dziwne, znacznie różniły się od myszy czy ptaków, mając swój własny, niepowtarzalny smak, ale były… dobre. Koteczka dodatkowo cieszyła się, mogąc wreszcie spróbować jednej z nich — nieco głupiutko czuła, że czyniło to z niej lepszą Nocniaczkę.— Dobre! — Fiołek rzekła, przerywając obecną między nimi ciszę — Słyszałaś, co się działo na ślubie Ulewnego Szkwału i Liliowej Pieśni, teraz już w sumie Bagna? Przyszedł jakiś czekoladowy samotnik i pobił Złocistego Widlika! Jak on tak mógł!? Szkoda, że mnie tam nie było, to bym obroniła naszego piastuna. — Ze złością uderzyła ogonem o ziemię. Lubiła kremowego i nie chciała, żeby ktoś go atakował. — I okazało się, że to był jej brat. Brat Bagna. Tylko nadal nie rozumiem, po co przyszedł i przerwał ceremonię ślubną! Mówią, że to dlatego, że jest czekoladowy, że czekoladowi tak mają… Ale twoja mama nie jest taka, prawda? Wydaje się miła i zawsze jest grzeczna, z tego, co wiem.
Wydawało się, że cała frustracja i oburzenie szylkretki zniknęło dokładnie tak prędko, jak się pojawiło. Teraz wyglądała na zaciekawioną, jakby rzeczywiście zainteresowały ją tajniki zachowań błotnych kotów. Pewnie zresztą tak było. Dla większości Nocniaków czekoladowi pobratymcy wydawali się czymś egzotycznym, równie odrażającym, co fascynującym, dziwnym, brzydkim, pięknym, pociągającym przez to, że samo ich istnienie zdawało się nie na miejscu. Było błędem, było złe i skażone, jak wszystko, czego się tknęli. Wełnianka sama nie wiedziała, jak się z tym czuła. Wiedziała, że koleżanka zapewne nie miała na myśli niczego złego. Pochwaliła w końcu jej mamusię, stwierdziła, że na pewno nie była ona taka, jak inni. Jak inni…
Z niezrozumiałych dla niej powodów brązowooka koteczka poczuła, jakby skóra skryta pod jej krótkim futerkiem zajęła się żywym ogniem. Była tym zawstydzona. Sama nie należała do grupy kotów czekoladowych, mogąc pochwalić się biało-rudym futerkiem, ale przecież to wciąż byli jej bliscy! Ta wstrętna w oczach Klanu Nocy, mulista krew krążyła również w jej żyłach, przepływała przez jej serce i zapewne pozostawiała na niej swoje piętno — według wszystkich współklanowiczów. Przygryzła policzek, odwracając nieco wzrok od drugiej kotki, zastanawiając się, co powinna na to odpowiedzieć. W środeczku czuła smutek, rosnący i rozlewający się po jej tkankach, ściskający jej serduszko. Jednocześnie tuż obok niego kiełkował gniew, chociaż starała się tego po sobie nie pokazywać — co zapewne kiepsko jej szło. Pyszczek kotki zazwyczaj od razu zdradzał wszelkie rodzące się w niej uczucia, a ona nie potrafiła dobrze tego zamaskować.
— Nie wiem, Fiołku… — powiedziała cicho, owijając ogonek wokół łapek. Ryba nagle przestała jej smakować. Zyskała dziwny, mulisty aromat, który wywoływał u niej wyłącznie nudności — Chyba tak. Mama jest zawsze miła… Pomaga mi.
Nagle poczuła, jak jej małe ciałko przeszywa dreszcz. Jej głowa mimowolnie, gwałtownie przechyliła się w bok. Było to już coś, co znała dość dobrze — chociaż nie wiedziała, z czym było związane, to nie niepokoiło jej to szczególnie. Przynajmniej nie było to bolesne. Bardziej martwiła się, że w związku z tymi ruchami w oczach innych uchodziła za dziwaczkę.
— Nie wiedziałam nawet o tym ślubie — dodała po chwili, przełykając głośno ślinę. Miała szczerą nadzieję, że koleżanka nie zwróciła uwagi na jej niecodzienną przypadłość. — Ale to okropne! Dlaczego ktoś chciałby pobić naszego opiekuna? On jest… taki miły! Co za okropny kot. Dostał karę? — zapytała Wełnianka, spoglądając z powrotem na swoją towarzyszkę.
— Chyba tak. — Szylkretowa koteczka pokiwała ochoczo łebkiem. Znowu wyglądała na tak samo zbulwersowaną, jak przed chwilą, najwyraźniej rzeczywiście przejęta zaistniałą sytuacją. Sama rudo-biała nie do końca wiedziała nawet, o kim mówiła jej koleżanka. Jedynie ledwo kojarzyła liliową wojowniczkę, którą czasem widywała, gdy wyglądała ze żłobka, aczkolwiek nie była pewna, czy to rzeczywiście o niej mówiła Fiołek. — Mama mówiła, że sprawiedliwość go dosięgła… Ale nie powiedziała, o co dokładnie jej chodziło. Jak ty myślisz?
Wełnianka na chwilę się zastanowiła. W jaki sposób mogli ukarać tego łobuza?
— Może dali mu do zjedzenia taką paskudną… eee… piszczkę, właśnie, piszczkę. Wiesz, taką gnijącą, śmierdzącą i oblepioną muchami. Co sądzisz?

< Fiołku? >

Od Wełnianki CD. Drzemlika

— Odsuń się, borsuku! Jestem dzielnym wojownikiem Klanu Nocy i muszę cię przegonić z naszych terenów! — powiedział donośnie, wywijając końcówką ogona na boki, gdy jego wąsiki falowały w rozbawieniu.
Wełnianka zachichotała pod nosem, prędko jednak powracając do swojej groźnej persony, szczerząc kiełki i wydając z siebie lekko nieudolny ryk. Kłapnęła zębami w powietrzu, pazurami orząc podłożę kociarni, po czym zjeżyła futro na karku. Tak właściwie nie wiedziała, jak wyglądały i zachowywały się prawdziwe borsuki. Z opowieści piastuna i niektórych starszych wiedziała jedynie, że były to straszne, ciężkie istoty o małych, złych oczach i potężnych szponiskach, za pomocą których przekopywały glebę i atakowały koty. Miała więc nadzieję, że jej imitacja wielkiego ssaka była wystarczająco przekonująca.
Nieco niezgrabnie ruszyła na niebieskiego kocurka, odbijając się od ziemi i skacząc na niego, znowu go przewracając. Tym razem jednak jej kolega spodziewał się ataku, prędko zadając jej cios łapą w brzuch, zrzucając ją z siebie zwinnie. Rzucił się do ucieczki, a gdy ona z pełnym przekonaniem ruszyła za nim, gwałtownie zawrócił, powalając ją na ziemię i przygniatając.
— Ha! Widzisz, borsuku? Dzielny wojownik właśnie cię pokonał! Poddaj się albo skończysz marnie! — miauknął dumnie, ledwo powstrzymując śmiech.
Zanim Wełnianka zdołała cokolwiek odpowiedzieć, Drzemlik pochylił się do przodu i postanowił odpłacić się pięknym za nadobne – zaczął również ją łaskotać, naśladując to, co koteczka zrobiła wcześniej. Młódka roześmiała się w głos, szamocząc się niezdarnie pod ciężarem drugiego kocięcia, chcąc odeprzeć ten brutalny atak.
— Nigdy, wojowniku! Raaaawr! — warknęła, powstrzymując kolejny wybuch śmiechu. Tak jak niebieski kociak próbowała wyglądać strasznie, ale im obojgu wychodziło to raczej kiepsko. Z boku wyglądali na nieporadne, urocze, kotokształtne kluski, a nie jak krwiożercze bestie, gotowe do rzucenia się sobie nawzajem do gardeł. — Nigdy mnie nie pokonasz!
Odepchnęła go tylnymi łapkami, odrzucając go w tył i wskakując na niego. Nie zdołała go jednak przyszpilić, przez co ten z łatwością znowu ją zrzucił – ale tym razem spodziewała się jego ruchu, prędko więc zareagowała, co skończyło się na ich wzajemnym wywracaniu się i toczeniu jak kula po podłożu kociarni. W końcu oboje opadli z sił, kładąc się obok siebie i łapiąc oddech. Wełnianka leżała rozpłaszczona na miękkim mchu, przypominając nieco solę, lub inną denną rybę. Uśmiechnęła się do kocurka szelmowsko, szczerząc białe kiełki, po czym pacnęła go delikatnie łapką.
— Fajnie się z tobą dzisiaj bawiło, wiesz? — mruknęła, mrugając koralikowymi oczkami, przechylając łebek w bok. — Chciałbyś to kiedyś powtórzyć? I w ogóle się zakolegować? Bo ja cię lubię i mam nadzieję, że ty mnie też!

< Drzemliku? >

13 sierpnia 2026

Od Wełnianki CD. Żabiego Oka

Wełnianka przycupnęła naprzeciw młodej wojowniczki, owijając swój ogonek wokół łapek. Przyglądała się jej z ciekawością, czekając, aż ta rozpocznie opowiadanie historii. Och, jak ona kochała ich słuchać! Zawsze były takie ciekawe! Zwłaszcza gdy opowiadał je ich piastun. Kiedy srebrna w końcu zaczęła mówić, koteczka przechyliła łebek na bok, delikatnie kiwając się na boki.
— Dobra. To słuchaj. Kiedyś była ciemność. Jak oko sięgnęło i widziało, nic. Jak w nocy. Dopóki niebo nie zaczęło się kruszyć i opadać na ziemię. Z odłamków czarnego nieba powstały koty. Koty czarne jak czarny był świat wokół. Z okruchów Srebrnej Skórki powstały koty białe, a opadający na ziemię księżyc zamienił się w koty srebrne. Tak przyszli na świat nasi potomkowie na samym, samym początku. Czarny i biały, dwa kolory, które górowały nad wszystkimi i zapoczątkowały wszystko wokół. One dały krew i futro swoim dzieciom, czarno-białym dzieciom, które poniosły ich wiarę i nadzieję na lepszy świat dalej. Ale nadal było ciemno. Nie długo już jednak! Spomiędzy szczelin na niebie wydobywa się światło, a z nimi spadły złote koty. To one są powodem, dla którego istnieje tyle kocich maści! Liliowa powstała ze słońca i kwiatów, niebieska z błękitów okalających poranek, a kremowe kolory wyszły z kłosów oblanych złotem. Potem powstały koty cynamonowe, zrodzone z żyznej gleby i na końcu… czekoladowe. Ich przodkowie wyszły z mułu i błota, ich sierść ubrudzona od samego początku i świadcząca o ich miejscu na świecie. — Zerknęła kątem oka na jej mamę, a Wełnianka poczuła ukłucie w swoim małym serduszku. — Urodziły się nieczyste, brudne i niegodne. Nie były ani silne, ani odważne. Urodziły się jako zdrajcy lub problemy. — Żabie Oko westchnęła cichutko. — Jak ci się podobało? Chcesz usłyszeć coś jeszcze, czy wolisz może, żebym przyniosła wam kulkę mchu do zabawy?
Młódka przez chwilę siedziała cichutko, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Czy to dlatego wszyscy inni w Klanie Nocy tak patrzyli na jej matkę? Na Komara, Bzyczka i Pyzę? Bo oni… byli brudni? Nieczyści? To dlatego Siwa Czapla uważał, że Fląderka wypchała ich pyszczki błotem? Przecież to nie mogła być prawda! Żadne z nich nie było złe! Wszyscy byli mili i kochani! Zresztą… jaki to miało sens? Przecież ona pochodziła z tej samej rodziny, ze skalanej linii, a jej futro nie miało brązowej barwy. Jak to miało niby działać? Od czego to zależało?
Siedziała przed swoją rozmówczynią zupełnie skołowana, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Tak właściwie to nawet nie próbowała, nie chciała tego zrobić. Czuła, jakby przez ten czas trwała w zawieszeniu, w jakimś ulotnym, a jednocześnie nieskończonym stanie. Został on przerwany przez głos starszej kocicy.
— No, więc? Przynieść ci coś? — spytała nieco ponaglającym tonem. Wełnianka mogła zauważyć, że końcówka jej ogona drgała ze zniecierpliwieniem. Pewnie chciała już wracać do swoich super-ważnych, wojowniczych obowiązków.
— Nie… To znaczy… — Koteczka zaczęła niepewnie, drapiąc w piasku nerwowo łapką. Cała radość i energia z niej uleciały, a ona poczuła się jak więdnący, smutny kwiatek. — Czemu? Czemu tak jest… Że ja… Ja tak nie wyglądam, a moja… — Zawiesiła na chwilę głos, usilnie starając się przypomnieć sobie brakujące słowa. — … Moja mama. Komar. Czemu oni są przeklęci?
Wełnianka na chwilę zamilkła, wpatrując się w swoją rozmówczynię wyczekująco swymi ciemnymi, koralikowymi ślepkami. Zanim Żabie Oko zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, na ponów zaczęła jednak mówić sama, wstając z ziemi i chodząc dookoła, zataczając małe kółka.
— No bo… Przecież to nie ma sensu! Mamusia jest super! A Komar, Komar to mój… braciszek, tak? Zresztą… inni też są fajni? Czy ja jestem… też brudna? Ja nie chcę taka być! — pisnęła poddenerwowana, kopiąc leżący przy jej łapie otoczak. Kamień potoczył się gdzieś, znikając z jej pola widzenia, a ona jedynie fuknęła, jeszcze bardziej się irytując. — Ale oni pewnie też nie chcą! Bo kto by chciał? — zapytała, ale odpowiedziała jej głucha cisza. Ona sama chyba nie oczekiwała na to pytanie żadnej odpowiedzi.
Spojrzała z powrotem w stronę srebrnej, mrugając. Starała się nie rozpłakać, chociaż w jej oczy były zaszklone. W pewnym momencie tama pękła, sprawiając, że koteczka padła na ziemię, chlipiąc.
— Wytłumacz mi to! — miauknęła zapłakana.

< Żabie Oko? >

11 sierpnia 2026

Od Wełnianki CD. Fiołka

Wełnianka była nieco zbita z tropu potokiem słów, który opuścił przed chwilą pyszczek jej nowej koleżanki. Przez chwilę patrzyła tylko na nią z głupią miną, mrugając. Och, ona też by chciała mówić tak zwinnie, tak sprawnie, jak Fiołek! To musiało być wspaniałe. Bardzo chciałaby wiedzieć, jak to jest… Czy to przychodziło koteczce naturalnie? A może musiała się postarać?
Biało-ruda trzepnęła łebkiem, rozpędzając kłębiącą się w jej główce chmarę myśli.
— Jasne! Możemy pobawić się w ganianego, dobrze? — spytała, na co szylkretka entuzjastycznie pokiwała głową, uśmiechając się szeroko.
Obie radośnie wybiegły przed żłobek, zatrzymując się na mokrej, świeżo zroszonej deszczem ziemi, niemal wpadając do pobliskiej kałuży. Podobne do niej mikro-źródełka pokrywały teraz całą okolicę. Woda wypełniała każde zagłębienie, jakie tylko mogła, zmieniając obozowe podłoże w bagnistą papkę. Idealne warunki dla dwóch niesfornych kociąt.
Wełnianka zrobiła nikczemną minę, klepiąc Fiołek w bok ciała.
— Ty gonisz! — miauknęła wesoło.
Czym prędzej rzuciła się do ucieczki, korzystając z chwili zdezorientowania swojej towarzyszki. Szybko jednak poczuła, że druga koteczka biegła tuż za nią, ewidentnie wykazując się większą zwinnością i prędkością niż ona. Ostatecznie zdołała ją dopaść po kilkunastu uderzeniach serca, szybko zawracając, aby samej nie paść ofiarą zemsty biało-rudej. Wełnianka ruszyła w pogoń, kilka razy ledwie unikając poślizgnięcia się na mokrym błocie. W pewnym momencie jej to jednak nie wyszło — jedną łapką wpadła w kałużową dziurę, tracąc równowagę i czystym ślizgiem wpadając wprost w Fiołek, tym samym ją przewracając. Obie zatrzymały się tuż obok żłobka, częściowo zanurzone w mulistej wodzie, całe umorusane błotem, gliną i brudem. Po chwili bezczynnego leżenia spojrzały na siebie zdezorientowane. Fiołek momentalnie wybuchła śmiechem, a Wełnianka zaraz do niej dołączyła, ciesząc się, że ta nie była zła ze względu na ten mały wypadek. Podniosła się, otrzepując się z gęstej ziemi, po czym wsparła koleżankę w tym samym.
— Wybacz za to — mruknęła, chociaż widziała po zachowaniu drugiej koteczki, że ta nie chowała do niej urazy.
— Nie ma sprawy! Było i tak fajnie! Śmiesznie się poślizgnęłaś… Nie wiedziałam, co zrobić! Wpadłaś na mnie tak szybko, to było tylko “zium” i obie leżałyśmy!
— Tak. — Wełnianka pokiwała łebkiem, wciąż się uśmiechając. — Jesteś bardzo szybka, wiesz? W ogóle nie mogłam cię… no, złapać. — Zakłopotana niedoborem słownictwa położyła po sobie uszy, chwilowo odwracając wzrok od towarzyszki, wbijając go w podłoże, gdy obie przekroczyły znowu próg kociarni. Czy ona myślała, że jest dziwna? Pewnie tak… Sama tak pięknie wszystko mówiła, och! Gdyby tylko ona tak potrafiła…
Po chwili podniosła jednak główkę, ukradkiem zerkając na szylkretkę.
— Będziesz chciała się pobawić ze mną jutro? — zapytała, przechylając łebek w bok. — Postaram się już więcej na ciebie nie wpadać — dodała po chwili namysłu, szczerząc ząbki.

< Fiołek? >

09 sierpnia 2026

Od Wełnianki do Drzemlika

Wełnianka rozpoczęła swój dzień dość zwyczajnie – podniosła biało-rudy kuper z mięciutkiego posłanka, przeciągnęła się leniwie, wtulając jeszcze do końca w ciepłe futerko mamy, po czym wstała, mało co nie wywracając się o własne łapy. Już jakiś czas temu w kociarni pojawiło się nowe towarzystwo – dzieci tej dziwnej, cichej kocicy, która zawsze wciskała się w najciaśniejszy żłobkowy kącik, aby przypadkiem nie było jej widać. Początkowo miała zakaz podchodzenia do nich, bo według Fląderki i ich piastuna były jeszcze zbyt małe, aby się z nimi bawić. Dość niechętnie przyjmowała te tłumaczenia, omijając dwie kuleczki szerokim łukiem – chociaż czasami było to ciężkie…
Ucieszyła się, więc gdy poprzedniego wieczora zauważyła, jak szkraby bawiły się z którymś ze starszych od niej kociąt. Co prawda było już zbyt późno, aby sama dołączyła do ich gry w berka, ale postawiła sobie za cel zaprzyjaźnić się z nimi od razu następnego dnia!
Dlatego też, gdy tylko słońce wzniosło się ku górze, a jego skąpe promienie oświetliły jej mały, słodki pyszczek, ona już wiedziała, co powinna zrobić.
Spojrzała w kierunku miejsca, w którym zazwyczaj odpoczywała Świteziankowe Jezioro. Karmicielka leżała jeszcze na swoim posłaniu, wyglądając dość smętnie, jak zresztą zawsze, gdy tylko Wełnianka ją widziała. Nie miała pojęcia, co tak dręczyło starszą kocicę, ale jej samej czasami udzielał się jej smutek. Zmarszczyła nieco brwi, troszkę rozczarowana – początkowo nie zauważyła bowiem w tamtych stronach żadnego ruchu. Miała już ogłosić kapitulację i zaakceptować swoją porażkę, uznając, że kocięta prawdopodobnie jeszcze spały, ale nagle zauważyła ruch w kąciku oka. Odwróciła się w tym kierunku prędko. Wzrok jej nie mylił!
Powolnym, nieco sennym jeszcze krokiem, poruszał się po żłobku błękitny kocurek, którego sierść upstrzona była licznymi ciapkami. Futerko to przypominało kotce nieco niebo z gwiazdami w bezchmurną noc.
Uśmiechnęła się pod nosem, po czym przykucnęła. Nowy kolega nie zdążył jej jeszcze zauważyć – był to więc idealny czas na jej niespodziewany atak! To znaczy, na zaproszenie go do wspólnych harców.
Wełnianka przygotowała się do natarcia. Naprężyła mięśnie nóg, po czym wyskoczyła, lądując praktycznie na drugim kociaku i przewracając go na ziemię.
— Cześć! Jestem Wełnianka, a ty? — zapytała radosnym głosem, zupełnie nie przejmując się faktem, że malec leżał wbity w ziemię z jej białą łapką prosto na swoim pysku.

<Drzemliku?>

06 sierpnia 2026

Od Wełnianki do Fląderki

Wełnianka leżała wtulona w mięciutkie, wielobarwne futerko mamy, drzemiąc spokojnie, jak to na kociego maluszka przystało. Cicho chrapała, otoczona nie do końca namacalną, acz stale wyczuwalną, ciepłą miłością. Co jakąś dłuższą chwilę przewracała się tylko na drugi bok, delikatnie wierciła w miejscu lub mruczała coś, co sens miało zapewne jedynie w kontekście jej barwnych marzeń sennych. Przynajmniej do czasu.
W pewnym momencie jej maleńkie, wciąż słabe, bezwładne ciałko przeszył dreszcz. Silny, niekontrolowany skurcz niemalże wszystkich mięśni. Bezbronna koteczka wyprostowała się niczym struna, szeroko otwierając duże, brązowe ślepka, nie do końca rozumiejąc, co tak właściwie miało miejsce. Była w szoku. Mrugała prędko, końcówka jej rudego ogona drgała nerwowo, pazurki wbijały się w mchowe posłanko, a drobne serduszko biło tak silnie, że sama Wełnianka przez moment obawiała się, czy nie chciało wyskoczyć z jej piersi.
Jednak… nic jej nie bolało, choć z zewnątrz mogło to tak wyglądać. Spojrzała na swoje łapki, tułów, tył. Wszystko było na miejscu, w jak najnormalniejszym porządku. Mimo to wciąż odczuwała niepokój. Czy to jej się tylko śniło? Może to był zwyczajny koszmar? Złocisty Widlik mówił, że czasami mogą zdarzyć się złe sny… Tak, to na pewno było to! Kryzys zażegnany, można się rozejść.
Uczucie ulgi minęło prawie tak szybko, jak się pojawiło, gdy tylko Wełnianka zerknęła na mordkę swojej rodzicielki. Fląderka wyraźnie posmutniała. Położyła po sobie jedyne posiadane ucho, rozglądając się po żłobku nerwowo — choć tylko przez moment. Po kilku uderzeniach serca jej spojrzenie znowu skupiło się na biało-rudej pierworodnej. Wyglądała na zmartwioną, zatroskaną. Otoczyła córeczkę ciasno ogonkiem, jak gdyby zastanawiając się, co powinna była w tej sytuacji zrobić.
— Mamusiu — zaczęła cicho, przekrzywiając łebek w bok, zbita z tropu zachowaniem mamy. — Co się stało...?

<Fląderko?>

31 lipca 2026

Od Wełnianki do Złocistego Widlika

Pierwsze kilka wschodów słońca Wełnianki było… dziwne. To znaczy, poniekąd zwyczajne. Jak każdy świeżo upieczony kociak nie mogła jeszcze nawet otworzyć oczu, a co dopiero brać udziału w jakichś bardziej wyszukanych aktywnościach – każdy dzień mijał jej więc dość szybko. Głównie spała, budziła się, piła mleko, ziewała, piszczała i tak na okrągło, aż znowu nie przysnęła. Czuła ciepło ciała swojej rodzicielki, przylegającego bezpośrednio do jej własnego – i kilka innych, równie małych kulek, które co jakiś czas wydawały z siebie różne odgłosy. Wtulała się w jej miękkie futro, zwijała w kuleczkę. Na pierwszy rzut oka prezentowało się to więc całkiem standardowo, ale jednak… coś ewidentnie nie grało. Czuła, że coś było nie tak. Jakieś niewyjaśnione napięcie – stres matki, dziwne szepty dookoła i coś, co po prostu… wisiało w powietrzu.
Gdy w końcu otworzyła duże, brązowe ślepka, otaczający ją świat począł stawać się nieco bardziej zrozumiały – chociaż wciąż jedynie na poziomie, na jakim zrozumiały mógł być dla takiego szkraba. Stawiając swoje pierwsze mikro-kroczki, uważnie rozglądała się po otoczeniu, czyniąc przy okazji nowe, fascynujące odkrycia. W końcu dowiedziała się, jak wyglądały inne istoty, żyjące wraz z nią w żłobku – przynajmniej taką nazwę miejsca, w którym obecnie przebywała, zasłyszała – i było tu znacznie tłoczniej, niż wcześniej przypuszczała! Mogła też wreszcie poprawnie dopasować głosy współlokatorów do ich wyglądu, pyszczków, zachowań. Cóż, przynajmniej przy większości z nich, bo niektórzy wcale nie byli rozmowni – chociaż ona sama nieszczególnie wiedziała dlaczego. Pod innymi względami nie byli wcale wycofani czy nieśmiali. Zwłaszcza jej kemowy kolega, Milczek, którego wszędzie było pełno. Z chęcią z nią brykał, zawsze z uwagą słuchał historii opowiadanych kociętom przez piastuna. Wydawał się taki energiczny i żywy, a jednak… jakby całkowicie brakowało mu głosu, prawie tak samo, jak jej siostrzyczce, Centurii! Wełnianka głowiła się nad tym przez jakiś czas, ale ostatecznie zaakceptowała ten fakt jako coś normalnego, uznając, że zapewne część kotów naturalnie nie była w stanie mówić. Nie przejmowało jej to, nawet gdy one częściej od reszty opuszczały ich przytulną kryjówkę wraz z rodzicielkami, aby odwiedzić legowisko medyków – a ich matki zawsze wracały z tych spotkań z nietęgimi minami. Ona sama zresztą również pewnego dnia wybrała się z nimi. Cóż to była za frajda! Dymna kocica o mądrych oczach zadała jej kilka pytań, wyraźnie zastanawiając się nad jej przypadkiem, chociaż ona nie miała pojęcia, czemu. Nie zrozumiała ani słowa z tego, co uzdrowicielka przekazała Fląderce. Nie wiedziała też, dlaczego czekoladową tak bardzo zmartwiła ta informacja. Przecież ona mówiła zupełnie normalnie! Prawda...?
Zmieniło się to dopiero, gdy do kociarni pewnego dnia zajrzał starszy, jednooki wojownik.
Wparował tam z uśmiechem na pysku i radosnym tonem przywitał całą ferajnę małych kulek, podrzucając im przy okazji zwierzynę. Następnie niby przypadkowo zagaił rozmowę z ich piastunem, uprzednio jakby nerwowo rozglądając się dookoła, po czym wymamrotał coś konspiracyjnie ściszonym głosem. Wełnianka, jak każdy ciekawski kociak, nadstawiła opędzelkowanych uszek, przysłuchując się tej ściśle tajnej konwersacji.
— Ale pomyśl, Widliku — niebieski zaczął tonem wyraźnie przejętym, nawet gdy emocje przykryte były przez szept. — To nie może być przypadek...! Dwoje kociąt, niespokrewnionych, oboje od brązowych matek? I oboje nie potrafią mówić? To musi być jakiś spisek… Co, jeśli one napchały ich pyski tym błotem, z którego wypełzły? Może przez to tego nie umieją? A ta jedna… — Ukradkiem zerknął na młodą koteczkę, która starała nie dać po sobie poznać, że od początku przysłuchiwała się tej konwersacji. — Może jeszcze da się jej pomóc? Jakby tak to wykaszlała…
— Siwa Czaplo… — przerwał mu w połowie zdania kremowy piastun, wzdychając cicho. Następnie wskazał coś wzrokiem drugiemu kocurowi i oboje opuścili kociarnię, co pozostawiło Wełniankę z ogromem pytań i mierną ilością odpowiedzi.
Muł? Błoto? I co miał z tym wspólnego kolor jej rodzicielki? Dlaczego miała kasłać? O czym oni w ogóle mówili? Fląderka, jej mama – przecież ona by jej nigdy nie skrzywdziła! Czyż nie?... Zawsze tuliła ją do snu, karmiła, mówiła do niej tym kochającym tonem…
Pręgowana czym prędzej opuściła żłobek, licząc, że zdoła jeszcze złapać starsze koty i zapytać je o znaczenie tego wszystkiego, ale niestety się spóźniła – jednooki kocur najwyraźniej już odszedł, a ona sama wpadła wprost na Złocistego Widlika, delikatnie odbijając się od niego i przewracając, po czym… zwyczajnie zaczęła chlipać, jak to na zagubionego malucha przystało.

< Widliku? >

29 lipca 2014

Wełniankowa Łapa

Autor grafiki: baroksi
OGÓLNE
WEŁNIANKOWA ŁAPA
*Poprzednie imiona: Wełnianka
Płeć: Kotka
Orientacja: Nieokreślona
Przynależność: Klan Nocy
Ranga: Uczeń

- - - -

Właściciel: weepingloti (dc)
CHARAKTERYSTYKA

APARYCJA
Opis ogólny - Wełnianka to średnich rozmiarów kotka o smukłej sylwetce. Ma długie – na chwilę obecną nieco nieproporcjonalnie – łapki, przez co wygląda nieco karykaturalnie, trochę jak sarna lub łania, zwłaszcza w połączeniu z okrągłymi, ciemnymi ślepkami i sporych rozmiarów uszkami, zakończonymi pędzelkami. Można powiedzieć, że w pewien sposób pobłogosławiona została przez żyjących na Srebrnej Skórce przodków – jej półdługie, zazwyczaj dokładnie wyczyszczone i niesamowicie zadbane futro niemalże w całości przybrało barwę białą, jedynie na ogonie i uszach ustępując miejsca rudemu. Dzięki temu szczęśliwemu rozłożeniu kolorów uniknęła, przynajmniej pozornie, “klątwy” czekoladowej maści. Często w sierści nosi wplecione różnych gatunków kwiaty, zazwyczaj takie w najżywszych kolorach.
Cechy szczególne - Pędzelki na uszach, ciemne plamki na nosie, kolorowe kwiaty wplecione w futro.
Kolor sierści - Czekoladowy szylkretowy (calico) pręgowany dziko z akcentami van
Długość sierści - Półdługa
Kolor oczu - Brązowe
Problemy zdrowotne - Napady padaczkowe, afazja amnestyczna, tiki ruchowe

CHARAKTER

Wełniankę, jak niemalże każdego kociaka, cechuje ogromna ciekawość wobec świata. Uwielbia zwiedzać i odkrywać nowe zakamarki obozu, podnosić kamyki w poszukiwaniu dziwacznych, pełzających istot czy atakując starszych wojowników istną lawiną pytań. Zresztą, kotka ta wszystkie emocje przeżywa bardzo intensywnie. Radość to u niej euforia, złość niesamowicie szybko przeradza się w nieokiełznaną furię, a zwykłe przygnębienie potrafi zmienić się w przebijającą rozpacz. Jej stany emocjonalne są dodatkowo nietrwałe, prędko przechodząc z jednego w inny pod wpływem najmniejszych drobnostek. Jest wciąż naiwna i dość niedomyślna, jak każde kocię –  ale mimo wszystko potrafi dostrzec, że nie każdy wojownik darzy ją sympatią  – nie do końca rozumiejąc, z czego wynika ich zachowanie. Czasami wręcz ma wrażenie, że niektórzy z nich spoglądają na nią z nieskrywanym obrzydzeniem. Takie reakcje ze strony współklanowiczów zazwyczaj głęboko ją smucą, co często kończy się tym, że młódka rozpamiętuje każde niemiłe spojrzenie czy negatywny komentarz. Na co dzień jest to jednak prawdziwe żywe srebro, kocię bardzo żwawe, śmiejące się i generalnie radosne. Nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu, zawsze biegając żwawo dookoła i rozmawiając z każdym, kto chce (lub też nie, to nie ma większego znaczenia) jej słuchać. Wszędzie jej też pełno – zwłaszcza w miejscach, w których liczba wymaganych Wełnianek wynosi okrągłe zero, co może być częściowo powodem takich reakcji starszych wojowników na jej osobę…

MORALNOŚĆ

Wełnianka to wciąż tylko mały, głupiutki jeszcze kociak, który niewiele wie o otaczającym ją świecie. Jest podatna na wpływy i będzie robić tak, jak powiedzą jej starsze, “mądrzejsze” koty. Na ich opinii budować też będzie swój światopogląd. Chwilowo więc wierzy w Klan Gwiazd (aczkolwiek nie jest to wiara szczególnie mocna czy głęboka – nie czuję z przodkami silnej więzi, ot, po prostu uważa ich za magiczne, latające cosie, które żyją na niebie i na pewno są super”) i podąża za wewnętrznym kodeksem Nocniaków – chociaż nie do końca rozumie, dlaczego ma gardzić choćby swoją mamą…

CIEKAWOSTKI

- Bardzo lubi kolorowe kwiaty, ale wyłącznie ze względów estetycznych; 
- Zazwyczaj śpi na plecach;
- Lubi słuchać żabiego rechotu wieczorami;
- INFORMACJE DLA OSÓB PISZĄCYCH OPOWIADANIA:  napady padaczkowe Wełnianki nie ujawnią się aż do późnego dzieciństwa, więc proszę o nich na razie nie wspominać; zaburzenia mowy oraz tiki widoczne będą od razu – w jej przypadku zaburzenia mowy koncentrują się głównie na “zapominaniu” oraz myleniu nazw obiektów, zazwyczaj więc określa je ich funkcją (np. żaba to “zielone skaczące zwierzę”, a nie “żaba”); tiki występujące u niej są czysto ruchowe, a nie wokalne; Proszę z żadnej z tych przypadłości nie robić comic reliefa w opowiadaniu!!

UMIEJĘTNOŚCI

Poziom medyczny: ///
Poziom wojownika: ///
Słabe strony: Komunikacja z innymi, utrzymanie równowagi, koordynacja psychoruchowa, pływanie (w związku z atakami padaczkowymi – chyba łatwo się domyślić, czemu).
Mocne strony: Szybkie myślenie w sytuacjach stresowych, zapamiętywanie, siła fizyczna.

RELACJE

RODZINA

Ojciec - Don Lotario –  nie zna
Matka - Fląderka – Mamusia! Kocha ją, ale z jakiegoś powodu ma wrażenie, że większość klanu nie podziela tej sympatii wobec jej rodzicielki...
Partner - ///
Potomstwo - ///

INNE

///

SZKOLENIE

Uczniowie obecni - ///
Uczniowie dawni - ///
HISTORIA
Wełnianka urodziła się w Klanie Nocy za czasów panowania Mandarynkowej Gwiazdy, jako owoc przelotnej relacji Fląderki i bliżej jej nie znanego pieszczocha.