BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borowik x Wrona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borowik x Wrona. Pokaż wszystkie posty

19 czerwca 2026

Od Borowika CD Wrony

Zamachałem nerwowo ogonem, energicznie skrobiąc ziemię łapą, patrząc uważnie na formującą się dziurę.
– O, Wszechmatko… Jestem… pod wrażeniem. Wrono – powtórzyłem. – Udało ci się. Dumny jestem… Dobrze, dobrze… – rzuciłem jej krótkie spojrzenie. – Na czym… polegał twój test na zwiadowcę?
Zadrżałem na samą myśl o moim teście, o posmaku mułu w gardle i bolącym brzuchu przez następne dni, o zacinającym deszczu, o walce z lisem o ochłapy, o niemal śmierci przez utopienie się…
– Musiałam ułożyć kamienie w wieże… – odparła, zmęczonym głosem. – Ale to było podchwytliwe zadanie, bo najpierw trzeba było wyciągnąć je wszystkie z rzeki, potem kombinować jak je skleić a na sam koniec i tak liczyła się przede wszystkim analiza polecenia…
Zamrugałem.
– Aaa… To znaczy…
– …Znaczy, ułożyłam jedną, zamiast kilku… Wyobrażasz sobie? – spojrzała na mnie. – Ale zdałam i tak! Bo użyłam soku, aby wieżę utrzymać w pionie. I znalazłam porzucone śmieci dwunożnych, które ułatwiły mi transport kamieni.
– Hmm… Ja bym na to nie wpadł. Uh. Pewnie w ogóle na nic nie wpadłbym, co by mi to ułatwiło. Ja bym wszystko zębami przytargał. I układał, aż każdy kamień znajdzie się w idealnie harmonijnej pozycji, co by nie spadł…
Wrona pokiwała głową, jakby wyobrażając sobie opisaną przeze mnie sytuację, jako wielce prawdopodobną biorąc pod uwagę mój charakter.
– A twój? Na czym polegał?? – zwróciła się do mnie.
– Uh. Musiałem… no. Przez rozlewisko przejść. Um. W burzy. W błocie po gardło. Walcząc z lisem. Topiąc się.
– Oj… – kotka skrzywiła się w dość widocznym niepokoju.
– No… Myślę, że twój test był lepszy. Pod względem merytorycznym. Lepiej się uczy, jak się nie walczy o przetrwanie. Uh. Nie wiem. To tylko świadczy o… upodobaniach naszych mentorów. O sposobie nauczania. Albo o humorze w danym dniu. No… Raczej to ostatnie. – mruknąłem, strzepując głową na boki.
Czarna kotka zaśmiała się cicho, po czym odkaszlnęła, próbując na powrót przybrać opanowany wyraz twarzy. Nie udało jej się do końca. Cień uśmiechu wciąż był widoczny na jej pysku.
– No, faktycznie twój test, Borowiku, był nieco bardziej… obfity we wrażenia...
– Oj był – pokręciłem głową. – To była niezapomniana noc. Nadal mam bliznę na łapie po tym, jak żem nastąpił na jakąś… trzcinę czy coś. Ale ci nie pokażę. Bo jest niewidoczna w słońcu.
Wrona uniosła brwi, przechylając głowę na bok.
– Niewidoczna w słońcu? – powtórzyła. – A w ciemności też jest niewidoczna?
Spojrzałem na nią z nowym błyskiem w oczach, wracając do energicznego machania ogonem.
– Ugh. To… to nie ma znaczenia. Nie, nie. Ani trochę. Bo. Jesteśmy zwiadowcami w tym samym stopniu, niezależnie od ilości blizn po teście. Znaczy… będziemy. Niedługo. Jak już… mianują cię. Wrono. Ja… cieszę się. Bardzo. Że mianują cię. Wiesz? Będziemy razem mogli na patrole chodzić albo… albo polować i… tak. Różne… rzeczy, tak w skrócie. Myślisz, że… fajnie by było… tak zwiadowcą być?

<Wrono???>

14 czerwca 2026

Od Wrony CD. Borowika

Przeszłość

Dymna uśmiechnęła się do Borowika.
– Obiecuję, nie zmartwię cię!

Teraźniejszość

Wrona mościła posłanie, ugniatając liście pod jej łapami. Księżyc świecił jasno, blisko swej największej fazy. Inne koty przekręcały się na drugi bok, gdy ona postanowiła się zdrzemnąć. Wstała bardzo późno, Czereśnia oznajmił jej, że ze względu na przedwczorajszą sytuację z borsukiem i byłymi samotnikami treningu dziś nie będzie i dobrze zrobi, jak trochę się zregeneruje.
Jednakże kotka nie mogła zasnąć, nadal w głowie miała Mgiełkę. Niektórzy byli wdzięczni za to, że obroniła dwójkę kotów i zyskali młodszą krew w Owocowym Lesie, ale czy doświadczona wojowniczka była mniej warta od syna i nadopiekuńczej matki? W sumie, czemu ona myślała o nich, jak rzeczach do targu? Każdy kot był w jakimś stopniu warty i nie należało nim handlować. Nagle do legowiska wszedł jej mentor.
– Witaj, Wrono, czy wszystko w porządku? Widać przez gałęzie jak się wiercisz – zaśmiał się lekko
– Witaj, Czereśnio, wszystko w porządku, dziękuję. Po prostu myślałam o Mgiełce i nowych kotach.
– Posłuchaj – zaczął czekoladowy. – Wszechmatka ma ją w opiece, jej dusza to teraz jerzyk, który leci ponad chmurami. Ona ją wołała. Jednak w kręgu życia dała nam tę dwójkę, by walczyli u boku Owocowego Lasu.
Jeżeli w ogóle Płatek postawi swoją łapkę z pajęczyny na polu bitwy” – pomyślała Wrona, lecz potrząsnęła głową. To nie jego wina, że matka go tak wychowywała.
– Mam dla ciebie zadanie, jeśli chcesz oczywiście, na spokojnie może poczekać do jutra…
– Słucham zadania Czereśnio! – dymna się nagle ożywiła, jakby niedawno wstała z głębokiego snu.
– Na pewno masz siłę? – spytał
– Na pewno! – gdyby kłapoucha nie byłaby na gałęzi, podskoczyłaby z ekscytacji.
– W takim razie, chodź ze mną! – czekoladowy machnął ogonem i zszedł bokiem z drzewa. Uczennica też znalazła się już na ziemi. Ominęli stos zwierzyny, przeszli przez wyjście, nurkowali w krzewach, aż doszli do Owocowego Lasku. Kotka myślała, że to tutaj, ale szli dalej. Znajdowali się pomiędzy grotą strachu, a pięknie pachnącymi drzewami.
– Wrono – zaczął mentor. – Pilnie się uczyłaś, twoje osiągnięcia są godne podziwu, twoja determinacja, lojalność i odwaga są godne podziwu, dlatego uważam, że nadszedł czas, abyś została zwiadowcą.
Pomarańczowe oczy kłapouchej rozbłysły ze szczęścia i ekscytacji. Zostanie mianowana!
– Jednak zanim to się stanie, musisz przejść test. Nie chcę cię sprawdzać z czegoś, co doskonale umiesz, a więc…
Uczennica spięła mięśnie z gotowości.
Może chce, aby została szpiegiem i zinfiltrowała tereny Klanu Wilka? Albo miała przekazać niezmiernie ważną wiadomość do Klanu Burzy?
– Test będzie polegał na układaniu kamieni w wieże.
Że co proszę? Może się przesłyszała, co to miało znaczyć?
– Czereśnio, jak na układaniu kamieni?
– Będziesz musiała znaleźć błyszczące kamienie w rzece, przynieść je tutaj i ułożyć z piętnastu kamieni małe wieże do rana.
Wrona nie paliła się do działania. Została stworzona do większych rzeczy niż układanie kamieni! Ale skoro przywódca i mentor prosi, to niech tak będzie.
– Tak jest, Czereśnio! – odpowiedziała i ruszyła w stronę rzeki.
Przegrzebywała muł, jednak tam albo był żwir, albo otoczaki. Po długich poszukiwaniach kotka postanowiła pójść do drugiej, znacznie oddalonej rzeki. W drodze myślała nad najlepszym sposobem transportu kamieni, by to zabrało jej jak najmniej czasu. Gdy tak rozmyślała, prawie by wpadła do rzeki, na szczęście w porę się zorientowała i znowu przegrzebywała dno płynącej wody. Grzeb, grzeb i… jest! Pierwszy kremowy kamyczek, jeszcze czternaście.

***

Znudzona kotka szukała ostatniego kamienia, już miała się poddać i powiedzieć Czereśni, że jednak tego nie zrobi, bo albo idealnie, albo wcale. Nagle coś mignęło w blasku księżyca. Przyjrzała się i wyciągnęła to z wody.
Co to… Jest! Ostatni ka- a nie, to błyszczący wytwór Dwunożnych” – pomyślała i gdy miała rzucić to do wody, coś jej zajaśniało w głowie. To śmieć, nie powinna go tu wyrzucać.
No właśnie, śmieć… sterta śmieci! Tam powinno być coś, co pomoże mi zebrać kamienie!” – pomyślała i rzuciła się pędem. Gdy tam dotarła ostrożnie, weszła na górę, rozglądając się za lisami, odłożyła błyszczące coś i szukała coś giętkiego jak liść i pojemnego jak mech. Znalazła jakąś dziwną, wyblakłą skórę, która była niezwykle giętka. Tak! To jej pomoże! Wzięła to w pysk i ostrożnie zeszła na dół. Przeszła wzdłuż rzeki, podeszła do kamyczków, położyła skórę na ziemi, przełożyła na nią kamienie (przy okazji znajdując ostatni) i ruszyła w kierunku wyznaczonego miejsca. Łapy już ją bolały od tych wędrówek, lecz nie zamierzała się poddać. Gdy była na miejscu, położyła wyblakłą skórę, wyjęła kamienie i położyła jeden na drugi, trzymało się, lecz gdy dodała trzeci, wszystko się rozwaliło. To może trochę potrwać…
Próbowała na różne sposoby, pionowo, trójkątnie, z lepszą podstawą, nic nie działało. Zaczęła się denerwować, gdy kolejna wieża podupadała, kotka rozwaliła ją ogonem. “Ech! Co za durne zadanie!” Jakby jeszcze tego było mało, ogon jej się skleił od jakiejś mazi na podłożu. Zaczęła go czyścić, gdy wpadła na kolejny pomysł, coś klejącego! Może sok z owoców da radę? Popędziła do lasku, wspięła się na drzewo i strąciła jabłko. Przeniosła je, zgniotła i pokryła sokiem kamyczki. Tak! Już się aż tak nie przewracały! Może nie działało tak, jak chciała, ale teraz się nie ślizgały. Teraz wystarczyło je ułożyć jedno na drugim…

***

Pomarańczowa, lekko widoczna poświata pokazała się na horyzoncie, gdy kotka układała ostatni kamień. Jest! Udało się jej! Wtedy z zarośli wyskoczył Czereśnia. Czy on oglądał jej poczynania przez ten cały czas?
– Gratulacje, Wrono, ułożyłaś wieżę.
Dymna pękała z dumy, gdy to usłyszała. Zdała!
– Jednak zrobiłaś jedną wieżę.
– A… Miało być ich kilka? – kotka czuła, że za chwilę upadnie z rozpaczy. Cała ta robota na nic?
– Tak, powiedziałem małe wieże, chciałem sprawdzić, czy słuchałaś, jednak nie sądziłem, że ci się uda ta sztuka, którą dokonałaś, więc zdałaś, i to celująco.
Kotka była przeszczęśliwa. Zostanie zwiadowcą!
– Dziękuję, Czereśnio! – o mało nie pisnęła jak mały kociak.
– Podziękuj przede wszystkim sobie, sama na to zapracowałaś. Chodź, wracajmy do obozu, musisz odpocząć – kocur machnął ogonem w stronę domu i ruszyli w świetle wschodzącego słońca.

***

Doszli do obozu, kotka miała ochotę przespać cały księżyc w ciepłym legowisku. Gdy szła do legowiska, Borowik z niego schodził. Chciała się mu pochwalić tym, że zostanie niedługo mianowana.
– Cześć, Borowiku! Co u ciebie?
– Cześć, Wrono. Bardzo dobrze. Och, wyglądasz na wyczerpaną, znowu bolał cię kręgosłup? – kocur rozszerzył oczy ze strachu.
– Nie, spokojnie, miałam test na zwiadowcę! – kocur się uspokoił.
– Och, to gratulację! – Borowik dotknął końcem ogona jej barku.

[1025 słów]

[21%]

Od Borowika CD. Wrony

Stałem obok kotki, patrząc, jak pochłania ostatni kawałeczek królika.
Ja nie byłem aż tak głodny. Hm. Inaczej. Odczuwałem głód, którego zaistnienie jest bądź co bądź uzasadnione o tej porze dnia i po tak intensywnym treningu. Ale nie miałem siły jeść.
Czułem się zagubiony. Nie wiem, co się stało tam, podczas treningu. Nie mogę wyrzucić z mojej głowy obrazu Wrony drżącej z bólu… Niby powiedziała, że to nie przeze mnie. Zapewne ma rację. Mam nad wyraz rozwiniętą umiejętność samokontroli i w stu procentach panuję nad moimi ruchami w czasie walki, ale… nie łagodzi to w żaden sposób irracjonalnego poczucia winy. Czułem, jak od tego wszystkiego pulsuje mi skroń. Biedna Wrona…
– Uh… Napić…? Jasne, jasne… – mruknąłem, zerkając w bok. – Albo… albo nie. Chwila… poczekaj, przyniosę ci.
Zerwałem się na równe nogi i truchtem przebiegłem cały obóz w poprzek, zostawiając uczennicę z otwartym pyskiem, nim zdążyła mnie powstrzymać. Poczułem ulgę, bo wreszcie mam konkretne zadanie do wykonania. Mogłem pomóc smutnej Wronie stać się mniej smutną Wroną, nie musząc przy tym wysilać się na słowa pocieszenia (które w moim wykonaniu nierzadko mają efekt wręcz przeciwny od zamierzonego).
Kilka susów później, wróciłem, niosąc w pysku nasiąknięty wodą mech. Ułożyłem go na ziemi u łap kotki, spoglądając w dół.
– Hm. Trzymaj. Zdobyłem go dla ciebie. Ryzykując przy tym zdrowie i życie. No bo… zawsze po drodze mogłem zginąć… – mruknąłem.
Wrona uśmiechnęła się słabo.
– Dziękuję, Borowiku, ale naprawdę nie trzeba było.
Nic nie odpowiedziałem. Usadowiłem się przy niej lekko zgarbiony i najeżony, świdrując ją szeroko otwartymi oczami, gdy skupiała się na piciu. Nadal odczuwałem szok i niepokój, jakby w każdym momencie sytuacja z treningu miała się powtórzyć.
Zauważyłem, że od śmierci matki zacząłem o wiele bardziej martwić się o inne koty i drżeć o ich życie, mimo że wcześniej zawsze kierowałem się wyłącznie logiką… Ugh. Nie podoba mi się to. Muszę się poskładać do kupy, bo bez logiki zwariuję.
– Co? Mam coś na pysku? – spytała Wrona, odwracając do mnie głowę. Najwyraźniej dostrzegła moje spojrzenie.
– Um… Nie, nie. Nic nie masz. Tak tylko… – zerknąłem na jej pysk dla pewności, a potem z powrotem na ziemię. – Co… właściwie ci się stało…? Bo… wyglądało to dość… niedobrze. I się troszkę… przestraszyłem.
Nie podnosiłem głowy. Na ostatnim słowie załamał mi się głos. Mnie się nigdy głos nie załamuje. Tak być nie może…
Otrzepałem głową na boki.
Wrona obserwowała mnie bacznie, po czym odparła.
– Ah, spokojnie, to nic takiego. Po prostu muszę rozciągać kręgosłup i ból minie, będzie w porządku. Naprawdę.
– Naprawdę…? No dobra. Może i… tak – spojrzałem w przeciwną stronę od Wrony. – Okej. Uh. Dobrze… dobrze walczyłaś dziś. Naprawdę. I nie tylko dlatego, że jesteś silniejsza i twój rozmiar jest adekwatny do twojego wieku… nie to, co u mnie, ale… dużo się nauczyłaś. Tylko… uważaj. Bo ja nie chcę się przestraszyć znowu jak dzisiaj.

<Wrono???>
[462 słowa]

[9%]

08 czerwca 2026

Od Wrony CD. Borowika

Wrona schyliła głowę na znak podziękowania za tę cenną wskazówkę.
– Dzięki, na pewno się przyda.
Następnie usiadła i razem z burym zaczęli jeść swoje gryzonie.

***

Kłapoucha przewróciła się na drugi bok w posłaniu. Miała znów pójść spać, gdy nagle przypomniała sobie o treningu. Szybko wstała, zeskoczyła i podreptała do wyjścia z obozu. Nie było to dla niej zaskoczeniem, gdy czekał na nią Czereśnia, czego nie mogła powiedzieć o Kurce.
– Witaj, Czereśnio! Witaj, Kurko! – zaraz po niej przybył Borowik, który stanął zaraz obok niej.
– Dzień dobry, Kurko! O, dzień dobry, Czereśnio – dodał, gdy zobaczył przywódcę.
– Witajcie, Wrono oraz Borowiku – odpowiedział czekoladowy. – Pewnie się dziwicie czemu ja i Kurka siedzimy razem, otóż będziecie dziś razem ćwiczyć techniki walki. Borowiku, poćwiczysz siłę, a ty, Wrono, kompulsywność.
– Chodźmy na polanę, im więcej czasu, tym lepiej – miauknął pomarańczowoki kocur.

***

Słońce grzało niemiłosiernie, promienie padające na jej długie, ale i czarne futro sprawiały, że czuła się jak w środku ognistej żółtej kuli. Jak dobrze, że na terenie Owocowego Lasu z każdej strony rosły drzewa, ale i pod nimi było nieco duszno. Kurka stanął, odwrócił się do uczniów i rzekł:
– Tu będziemy się uczyć. Borowiku, ty będziesz broniącym, a ty, Wrono, atakującym.
– Dobrze, Czereśnio! – odpowiedzieli w tym samym momencie i poszli na pozycję.
Wrona ruszyła do biegu i odbiła się od ubitego gruntu. Borowik odsunął się na bok, a kotka wylądowała na ziemi. Bury kocurek chciał wskoczyć na nią, lecz kłapoucha przeturlała się i zabiła wzrokiem ucznia. Ona była mniej doświadczona i porywcza, ale też silniejsza i bardziej zdeterminowana. Zrobiła zamach jakby do skoku, uczeń podniósł głowę, zapewne jakaś taktyka, której się wcześniej nie uczyła, ale bury zrobił dla niej miejsce, by walnąć w łapę i go przewalić, jednakże on w porę się zorientował i schował brzuch, przygniatając przy tym łapę Wrony. Kotka syknęła, wyrwała łapę, lecz Borowik ją złapał za kark. Nie mocno, by ją zagryźć, lecz to ją unieruchomiło. Zanim udało jej się wyrwać, bury uderzył ją łapą, a ona poleciała do tyłu. Oczy jej były lekko otworzone, lecz nie na tyle, by pokazać, że się przestraszyła. O nie, nie ma takiej opcji, aby tak łatwo została pokonana, o nie! W jej oczach zapalił się demon z podziemi i szybko wróciła do ataku. W tym harmidrze nie było słychać Czereśni i Kurki rozmawiających ze sobą.
– Czereśnio, powiedz mi, dlaczego chciałeś, by Wrona i Borowik walczyli ze sobą? Ona jest młodsza o pięć księżyców!
– Chce jej pokazać, że porażki nie są czymś złym, a Borowik jest dobrym walczącym, ale nie jest brutalny. Dobrze go wyszkoliłeś.
– Dziękuję – mruknął liliowy i wrócili do oglądania treningu uczniów. Obecnie dymna przyczepiła się do ucha burego, a on próbował ją z siebie zrzucić. Borowik zamachnął się i odczepił od siebie uczennicę. Szybko zareagowała i zgrabnie wylądowała na cztery łapy. Znów ruszyła na kocurka, gdy poczuła przeszywający ból w kręgosłupie, zatrzymała się oraz zacisnęła zęby. Zaniepokojony mentor podbiegł do niej.
– Wrono, co się dzieje? Zostałaś zraniona?
– Chyba nie – wydyszała. – To ten ból, lecz większy.
– Musimy iść z tym do uzdrowicieli – rzekł czekoladowy i mruknął jeszcze do dymnej. – Możesz chodzić?
– T-tak, dam radę.
– Nie zmuszaj się, jeżeli bardzo cię boli, poniosę cię na plecach.
– Nie, n-naprawdę, dam radę – powiedziała i ruszyła w kierunku obozu.

***

– Dzień dobry, Wiciokrzewie, nie przeszkadzamy?
– Dzień dobry, Czereśnio, proszę, wejdź.
– Wrona ma nawracające bóle kręgosłupa, ten był silniejszy od poprzedniego. Obejrzysz ją?
– Oczywiście.
Wrona weszła do legowiska cała spięta z bólu.
– Połóż się na brzuchu, zobaczę twój kręgosłup.
Wiciokrzew lekko dotknął pleców uczennicy.
– Ała! – syknęła kłapoucha.
– Hmm… połóż się na boku – rzekł uzdrowiciel.
Gdy uczennica to zrobiła, kocur lekko ucisnął bok.
– Pomaga?
– Nie.
Wiciokrzew przechylił głowę na bok. Po chwili rzekł:
– Rozciągnij się jak po drzemce.
Dymna od razu się posłuchała.
– A może teraz lepiej?
– Tak, lepiej – miauknęła z wielką ulgą.
– W takim razie musisz rozciągać kręgosłup, jakieś kilka chwil powinno wystarczyć. Ćwiczenia powinny pomóc.
– Och, dziękuję, Wiciokrzewie! – zamruczała czarno-biała i wyszła od medyka.
– I jak, Wrono? – zapytał zmartwiony Czereśnia.
– Wszystko dobrze, dziękuję – odpowiedziała.
– Na dzisiaj koniec treningu, możesz coś zjeść – rzekł przywódca.
– Dobrze, do widzenia, Czereśnio! – machnęła ogonem na pożegnanie i odeszła do stosu zwierzyny.
– Wrono, wszystko dobrze? – zapytał zmartwiony Borowik. – Nie zraniłem cię?
– Nie, to nie twoja wina – położyła ogon na barku burego.
– Uf, to dobrze. Królika? – zaproponował.
– Chętnie, jestem głodna jak wilk! – zaśmiała się i zatopiła zęby w zadzie zwierzyny.
– Ładna pogoda, ale niemiłosierna – wystękał kocur.
– To prawda. Napiłabym się. Idziesz ze mną?

<Borowiku?>
[727 słów]

[15%]

31 maja 2026

Od Borowika CD. Wrony

Usiadłem na ziemi i strzepnąłem głową na boki. Spojrzałem na nornicę, którą uczennica upuściła pod moje łapy.
– Ojej. Obiadek. Dziękuję, Wrono. Obiadek dobry. Zjem sobie. Ale to później, później… – zmarszczyłem brwi i zamyśliłem się na chwilę. – Dawno nie jadłem nornicy, w sumie…
– A no tak, bo ty jesz prawie same wiewiórki. Zauważyłam – zaśmiała się lekko kotka, przechylając głowę na bok.
Ugh.
Wrona miała rację. Jak ja nie cierpię wiewiór… Ale nie jestem w stanie przestać. Być może dzięki hojności uczennicy w końcu uda mi się wyrwać z tego błędnego, destrukcyjnego koła…
Położyłem się na ziemi, kładąc pysk na łapach, oczami świdrowałem nornicę.
– Uh. No. Ogólnie… dobrze, dobrze jest. Chyba. Wydaje mi się... – kontynuowałem myśl. Kiwnąłem głową. – Hm. Wydaje mi się, że biorąc pod uwagę mój poziom początkowy i porównując go z obecnymi umiejętnościami, można z łatwością dojść do wniosku, że… uh… no. Że jest… dobrze. Po prostu – przewróciłem nornicę do góry brzuchem. – Kurka… też mówi, że jest dobrze. Wszyscy tak mówią. Więc na około siedemdziesiąt procent tak właśnie jest. Lub też… lub też nie – zamrugałem i przekręciłem głowę lekko na bok. – Myślę, że w takim tempie bardzo prawdopodobne jest, że zwiadowcą… zostanę. Tak, tak. To na pewno. I… yyy… no… tyle mam… do przekazania na ten temat. Tak. Ale ty to masz jeszcze duuużo czasu. I… słyszałem, że radzisz sobie… też dobrze – spojrzałem jej na chwilkę w oczka. – Cieszy mnie to… naprawdę. Bo ty… bo ty taka miła. Zasługujesz, żeby ci… dobrze szło też.
Oczy uczennicy zabłysły lekko z radości. Wyprostowała się lekko.
– O, dziękuję, Borowiku! Też mi się wydaje, że robię postępy. Czereśnia to naprawdę najlepszy mentor!
– Uh. Zapewne, zapewne… Dużo cię nauczy. Bardzo dobry wojownik… to – mruknąłem, próbując skupić wzrok na małym kamieniu przede mną. – Ja pamiętam, jak ty jeszcze kociaczkiem przed chwilą byłaś. A za niedługi stosunkowo czas razem będziemy już zwiadowcami. Hm… A… ty to, co trenowałaś już…? Mogę ci… podpowiedzieć różne rzeczy ciekawe. Do których doszedłem drogą bolesnych prób i jeszcze boleśniejszych błędów – poddałem się i położyłem się na boku obok mojego potencjalnego obiadu. – Uh… No bo… wiem, że na przykład do tego rozpoznawania tropów lisa, to… nie chodzi tylko o patrzenie na jeden konkretny ślad. Ułatwia bardzo sprawę jak się… no, patrzy na całość tropu. Typ chodu. Lisy chodzą tak, że... zostawiają niemal równy łańcuch pojedynczych odcisków. Tak można rozpoznać szybko… No.

<Wrono?>
[379 słów]

[8%]

Od Wrony CD. Borowika

Przeszłość

Wrona śledziła wzrokiem omszoną kuleczkę, która poleciała poza obóz.
– Dobra, tego nie było. Yyy… czas na nową grę – rzekł Borowik, rozglądając się dookoła, szukając inspiracji do nowego zajęcia. Wrona, zamiast być smutna, zaczęła się śmiać. Przekręciła się na plecy i nie mogła przestać. Bury uczeń popatrzył się na nią, nie spodziewając się takiej reakcji ze strony kotki. Aby przełamać niezręczność, nagle się odezwał:
– Hej, co powiesz na zabawę w lisa?
– W lisa? Super! – kociak skoczył i wszedł w rolę. – O ty wredny, paskudny lisie! Za chwilę pożałujesz, że postawiłeś łapę na naszym terytorium!
– A może ty pożałujesz, że chcesz ze mną zadzierać! – miauknął Borowik niskim głosem.
– Zobaczymy! – odpowiedziała Wrona i skoczyła na ucznia.

***

Teraźniejszość

Dymna kotka przeciągnęła się w legowisku uczniów i szybciutko z niego wyszła, by wyjść na spotkanie z jej mentorem. Czereśnia dziś miał ją nauczyć tworzenia legowisk na gałęziach drzewa, a perspektywa takiej umiejętności sprawiała, że popędziła do wyjścia z obozu najszybciej, jak tylko to było możliwe. Czekoladowy jak zawsze czekał na nią, siedząc z łapami owiniętymi ogonem.
– Witaj, Czereśnio! Już jestem! – miauknęła kłapoucha uśmiechając się.
– Witaj, Wrono! Jak ci się spało?
– Bardzo dobrze, dziękuję. Mam nadzieję, że tobie również!
– Tak, też dziękuję. Jak zapewne pamiętasz, mieliśmy się uczyć robienia legowisk na drzewach, ale postanowiłem zmienić plany, gdyż pomiędzy rozlewiskiem a złomowiskiem został znaleziony świeży trop lisa, więc dziś nauczysz się jak rozpoznawać tropy i zapach lisa – powiedział kocur. To nie to samo, co robienie kociego gniazda na drzewie, ale i tak było to czymś fajnym. Wyszli żwawym krokiem z obozu, przez całą drogę Wrona myślała o niebieskich jabłkach, aż o mało nie weszła na Czereśnię, który nagle się zatrzymał przed konającym bukiem.
– Czereśnio, czy coś się stało? – spytała.
– Woda w rzece lekko opadła. Cóż się dziwić, jest strasznie gorąco, a od dawna nie padało. Jeśli tak dalej pójdzie, to poziom w niej będzie zbyt niski i może to skutkować problemami z nawodnieniem pobratymców. Ale nie czas się teraz nad tym użalać, ruszajmy dalej.
Nie minęło dużo czasu, gdy Wrona wyczuła jakiś smród.
– Na Wszechmatkę! Co tak pachnie?
– To właśnie zapach lisa. Niezbyt przyjemny, prawda? A tu masz jego ślad – mentor wskazał ogonem na odciśniętą łapę w rozmokniętej ziemi. Była ona podobna do odcisku kota, lecz był większy, szerszy i było wyraźnie widać pazury. Ponadto, gdy przybliżyła nos do niego, czuła silny smród zwierzęcia.
– Zapamiętaj jego szczegóły. Otóż czasami zapach może być czasami zwietrzały lub zmieszany z innym, a ślad niemal nienaruszony – miauknął czekoladowy.
Dymna popatrzyła na niego wyraźnie, nie wiedziała, co zamierzał zrobić Czereśnia, ale wolała się przygotować na test mentora. Gdy była gotowa, skinęła głową i lider poprowadził ją dalej, na małą polankę otoczoną drzewami. Kocur usiadł, pokazując łapą na dwa ślady w ziemi. Gdy Wrona przyszła się im bliżej przyjrzeć, ziemia była wokół nich sucha, a z nich nie było czuć ani trochę zapachu lisa, czy innego zwierzęcia. Wtedy Czereśnia odparł:
– Jeden z nich to ślad lisa, a drugi nie. Twoim zadaniem jest odróżnić, który z nich jest lisa. Czas start.
Dymna lekko zestresowana popatrzyła na oba odciski. Wiatr i pył zatarły w większości ślady pazurów i poduszek, więc musiała patrzeć na ogólny kształt.
– Dziesięć, dziewięć… – zaczął odliczać Czereśnia. Kłapouchą złapał stres i zaczęła szybciej myśleć o tym, który należy do rudzielca.
– Pięć, cztery… – ciągnął dalej. Na słowo “dwa” w końcu rzekła:
– Ten po prawej!
Lider popatrzył się na nią.
– Przykro mi, to ślad kuny.
Uczennica stanęła jak wryta. Zawiodła go! Teraz pewnie myśli, że jest słaba! Kotka opuściła głowę i wymruczała:
– Przepraszam.
Czereśnia spojrzał na nią zaniepokojonym, pomarańczowym wzrokiem.
– Nie martw się, znalazłem jeszcze inne podobne ślady, ale musimy się przejść do śliwowego gaju.
Dymna kiwnęła głową i ruszyła za przywódcą. Myślała przez całą drogę (krótką drogę, ale jednak przez cały czas) o tym błędzie, małym, ale dla niej ogromnym. Bardzo się bała, że straciła w jego oczach. Kiedy doszli, kotka się otrząsnęła i z determinacją w oczach podeszła do kolejnych śladów.
– Tu musisz zrobić to samo. Jeden z nich należy do lisa, a drugi do innego zwierzęcia.
W tych odciskach nie było już widać szczegółów takich jak pazury czy poduszeczki, ale same kształty łapy bardziej się różniły od poprzednich.
– Dziesięć, dziewięć…
Popatrzyła się na pierwszy, a potem na drugi. Ten był dłuższy od pierwszego, jego kształt był też podłużny, a drugi okrąglejszy.
– Sześć, pięć…
– Ten! – krzyknęła uczennica i wskazała na drugi ślad.
– Dobrze, Wrono. Pierwszy jest wilka, a drugi lisa.
Kotka się uśmiechnęła. Udało jej się! Jeżeli wcześniej straciła w jego oczach, to teraz na pewno to naprawiła, albo i nawet zyskała!
Słyszała też nutę zadowolenia w jego głosie, więc to musiało być na plus!
– Jeśli chcesz, możemy jeszcze pójść do Owocowego Lasku powspinać się na drzewa – zaproponował czekoladowy.
– Oczywiście! – mruknęła dymna.
W trakcie kolejnej drogi Wrona zebrała się na odwagę, by powiedzieć do mentora:
– Czereśnio, przepraszam, że cię zawiodłam za pierwszym razem.
– Czemu mnie przepraszasz? – spytał się przywódca.
– Bo wybrałam złą odpowiedź! – oznajmiła.
– Wrono – zaczął. – Jesteś uczniem, bo się uczysz nowych rzeczy, a błędy są tego częścią. Obwinianie się za wszystko, co nie wyjdzie, nie jest dobre. Musisz być dla siebie bardziej wyrozumiała, a jak by ci po kolejnym razie nie wychodziło, to ja tu jestem, żeby ci pomóc.
Kłapoucha wtuliła się w futro na piersi mentora.
– Dziękuję, Czereśnio! Jesteś najlepszym mentorem!
– Nie ma za co, Wrono – odpowiedział, odwzajemniając jej gest muśnięciem ją w głowę jego dwukolorowym nosem. – No dobrze, chodźmy, bo nas zachód słońca zastanie! – powiedział, machając ogonem, dając jej znak, by poszła za nim.

***

Dzień chylił się ku końcowi. Kotka leżała, jedząc ryjówkę. Kątem oka zauważyła Borowika wchodzącego do obozu. Wzięła ostatni kęs gryzonia, oblizała się, wzięła nornicę dla kocurka i poszła do niego.
– Witaj, Borowiku! – miauknęła do niego.
– Witaj, Wrono, co u ciebie? Jak treningi?
– Dobrze, dziękuję. Dzisiaj Czereśnia uczył mnie odróżniania śladów lisa od innych odcisków! – mruknęła kłapoucha. – A co u ciebie? Kiedy zostaniesz zwiadowcą i jak tam treningi z Kurką? Podobają ci się?

<Borowiku?>
[976 słów + rozpoznawanie tropów lisa]

[20% + 5%]

22 maja 2026

Od Borowika CD. Wrony

Wrona popchnęła kulkę w moją stronę.
Przypadłem odruchowo do ziemi. Gdy zamszona piłeczka dotknęła mojego noska, podrzuciłem ją lekko i odbiłem w stronę Wrony przy pomocy głowy. Co jak co, ale zamszone piłeczki umiem odbijać, nie tylko turlać. Kiedyś bardzo dużo to ćwiczyłem.
Wrona otworzyła szerzej oczka, zatrzymując piłeczkę łapką.
— O łał! Ja też tak chcę! Naucz mnie odbijać wysoko!
Spojrzałem na Wronę i przekręciłem głowę lekko na bok.
— Uh. No nie wiem. To wymaga księżyców praktyki, odpowiedniej proporcji ciężaru głowy do tułowia, wyważonej siły... — wyliczałem na głos.
Nie no. Nie mogę jej odmówić przecież. Będzie smutna. Nie chcę, żeby była smutna. Z drugiej strony jak jej się nie uda, to też będzie raczej smutna. Ale na to drugie jest mniejsze prawdopodobieństwo. — …ale no, dobra. Możemy spróbować. W sumie.
Wrona niemal podskoczyła z radości, ale szybko się opanowała. Przyczołgałem się do niej i przysunąłem do siebie kulkę.
— Hm. Możemy to zrobić tak. Ja ją podrzucę. A ty… musisz z całej siły wyskoczyć w górę i ją odbić. Okej?
— Okej! — Wrona stanęła w pozycji bojowej, nerwowo poruszając ogonkiem w wyczekiwaniu.
— Uh. Dobra — wziąłem kłębek do pyska. — No to... na trzy. Raz... dwa... uh... i trzy.
Podrzuciłem piłeczkę i cofnąłem się lekko. Wrona w idealnym momencie wyskoczyła i odbiła piłeczkę główką. Było to lekko nieporadne. Niewyćwiczone. Ale jej się udało. Nie, żebym się nie spodziewał sukcesu. Wręcz przeciwnie… I nie będzie smutna. Moje obliczenia więc były trafne.
Widząc lecącą w moją stronę kulkę znowu odruchowo przypadłem do ziemi i... również nie do końca świadomie wybiłem się. Nieco za mocno. Piłka wystrzeliła hen hen wysoko, przeleciała nad legowiskiem starszyzny, po czym zniknęła za granicą obozu.
Ja i Wrona staliśmy tak i patrzyliśmy w miejsce, gdzie chwilę temu zniknął główny element naszej zabawy.
Zamrugałem.
— Ugh… — mruknąłem, odwracając wzrok lekko zażenowany. — Dobra. Tego nie było. Yyy… Czas na nową grę.

<Wrono?>
[305 słów]

[6%]

13 maja 2026

Od Wrony CD. Borowika

Wrona popatrzyła na ucznia z promyczkiem szczęścia w pomarańczowym oku.
– Naprawdę tak uważasz? – spytała.
– Oczywiście, że tak. Jesteś zwinna, silna i energiczna – odpowiedział koteczce Borowik.
– Za niedługo i ja zostanę uczniem! Ciekawe, jakiego mentora mi wybiorą! Podziwiam Pieczarkę, ale po tym, jak wzmocnili sojusz z Klanem Burzy i jak dowiedziałam się, że trenowała moją super mamę, to chyba ją jeszcze bardziej podziwiam! – miauknęła dymna, podskakując, jakby nie mogła ustać w miejscu.
– Mam nadzieję, że więzy międzyklanowe przetrwają wiele księżyców. Też nie mogę się doczekać zobaczenia słodziaków Purchawki! Rohan również! – odmruknął jej.
– Borowiku, czy mógłbyś ze mną pobawić się kulką mchu? Puchacz poszedł po zawał dla Topoli.
Uczeń popatrzył się na nią z pytaniem w oczach. W sumie koteczka się nie dziwiła, że on tak zareagował. Pamiętała, jakby to było wczoraj, gdy on udawał potwora dwunożnych, wydając ich dźwięki i przewracając się o cudze ogony. Chociaż czasami jego pomysły wydawały się irracjonalne, to nie wyobrażała sobie bez niego życia (nawet jak torturował jej ogonek).
– W sumie, czemu nie. Jeszcze nie mam treningu – odszedł kilka kroków, podszedł do głazu porośniętego mchem, zdjął go z niego i uformował w zieloną kulkę. – Do ciebie! – mruknął i poturlał lekko piłkę.
Dymna koteczka naskoczyła na kłębek, przytrzymała go i odepchnęła go.

<Borowiku?>

Od Borowika CD. Wrony

— Uh… No… no dobra… Opowieść…
Trochę się wkopałem. Opowieść. Oczywiście, mój trening był jednym wielkim ciągiem niefortunnych zdarzeń i dramatycznych przygód, na pewno by się coś znalazło wartego opowiedzenia… tylko teraz nie mogłem sobie niczego przypomnieć. Nie mogę też powiedzieć, że moje umiejętności gawędziarskie są specjalnie wybitne… bo nie są. Za to ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, jak uwielbiam kociaki. A konkretniej uśmiechnięte kociaki. I zrobię wszystko, żeby takie były jak najczęściej. To mój kolejny życiowy cel. Poza zostaniem dyktatorem wszechświata.
— Hmm… No dobra. Mam coś — usiadłem na ziemi i potrząsnąłem głową na boki. Wrona ułożyła się przede mną i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, czekając na moją epicką historię. — Pewnego razu… uh… podczas jednego z treningów, ćwiczyłem kamuflaż. Byłem już w tym całkiem… prawie… niezły. Choć mistrzem bym siebie nie nazwał… aczkolwiek nie mogę też powiedzieć, że byłem beznadziejny czy nawet średni… uh…
Troszkę się zagubiłem, próbując oszacować mój ówczesny poziom. Ale Wrona nie zwróciła uwagi, obserwowała mnie z wyczekiwaniem.
— I co? I co się stało??
Zmarszczyłem brwi.
— No… Zaczęło się jak… zwykły trening, Kurka kazał mi sam sobie wymyślić kamuflaż, a potem się schować, on miał szukać. Ale… pech chciał, że… nie do końca rozróżniam kolor gliny od koloru błota. Może dlatego, że mają ten sam kolor w pewnych okolicznościach. No i… w skrócie… wlazłem do gliny. Wlazłem na drzewo. Glina zaschła. I się przykleiłem. I… nie mogłem zleźć. Koniec.
Wrona otworzyła szeroko oczka w prawdziwym przerażeniu, które jednak szybko udało jej się opanować.
— O jejku! I… I jak w końcu zszedłeś?? Kurka… ściągnął cię?
— No… w sumie, to nie zszedłem. Kurka miał szukać, więc szukał, ale tylko Wszechmatka wie gdzie. Nie znalazł mnie na tym drzewie, bo mimo wszystko… kamuflaż był dość dobry. Pod wieczór spadł deszcz. Glina się rozpuściła. I ześlizgnąłem się po pniu w dół. No i… no, mentor mnie znalazł wtedy. I przegrałem. Nie mam na to… dowodów, ale jestem pewien, że obserwował mnie od dłuższego czasu i specjalnie czekał, aż sam zejdę…
— To naprawdę straszne, Borowiku… — mruknęła cicho.
— No… Dlatego dam ci taką radę. Jak coś pachnie jak glina i ma konsystencję jak glina…najprawdopodobniej jest to glina. I lepiej w nią nie włazić.
— Ohhh… Tak bym chciała już być duża! I mieć mianowanie i też takie przygody! No… może nie konkretnie takie, ale… przygody! Będę najlepsza na całym świecie!
— Hmm… — mruknąłem.
Nie uśmiechnąłem się. Ale… było blisko. Zawsze, gdy jestem przy kociakach, czuję, że moje serce staje się co najmniej o dwie trzecie większe. Mam nadzieję, że to tylko złudzenie lub metafora, bo inaczej jest to sygnał poważnych problemów zdrowotnych…
— Na pewno będziesz. Musisz tylko ciężko pracować. Ja w ciebie nie wątpię, Wrono.

<Wrono?>

12 maja 2026

Od Wrony CD. Borowika

Wrona popatrzyła na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był żuk. Następnie zerknęła na Borowika i wymruczała:
— Dziękuję.
Uczeń się uśmiechnął i podniósł łapę.
— Nie ma za co!
Dymna popatrzyła na niego swoimi małymi oczkami.
— A jak to jest być uczniem zwiadowcy? — spytała.
— Bardzo dobrze. Kurka to dobry mentor. Lubię chodzić po drzewach, więc nie mam problemu z tym.
— Ja też bym chciała kiedyś spróbować! — pisnęła z ekscytacją kotka. — Byłabym prawie ptakiem!
— Ale nie próbuj z niego zeskakiwać… — mruknął Borowik.
— Oczywiście, że nie będę! — parsknęła zwisłoucha. — Wskoczę na ptaka i polecę!
— Cóż, ja nie wiem, czy to dobry pomysł… — rzekł uczeń z zakłopotaniem.
— Och, no dobrze, nie będę, ale możesz mnie czegoś nauczyć? Proszęęęę?
Borowik się zastanowił, w końcu udzielając odpowiedzi:
— No dobrze. Nauczę cię skradania blisko — mruknął, przybliżając brzuch do ziemi. — Rób to, co ja — rzekł, posuwając się do przodu. — Delikatnie stawiaj łapy do przodu. Uważaj też na kruche gałązki czy suche liście. A kiedy jesteś blisko celu… Odbij się od podłoża i wysuń łapy! — powiedział, zaraz po tym to czyniąc. Zaatakował liścia przed sobą i nabił go na jeden z pazurów.
— Ale fajne! Ja też chcę! — mruknęła kotka i mocno wybiła się w powietrze. Co prawda nie aż tak jak Borowik, ale udało jej się złapać malutką gałązkę. — Jej! Udało mi się! — wykrzyknęła dymna i pobiegła do ucznia.
— To twoja pierwsza zdobycz! — zaśmiał się kocurek. — Czy teraz chciałabyś posłuchać jakichś opowieści?
— Tak! Opowiedz mi, proszę!

<Borowiku?>

11 maja 2026

Od Borowika Do Wrony

Był wczesny ranek. Nie spałem już od dłuższego czasu, mentalnie przygotowując się na wyzwania nowego dnia i kolejne próby unicestwienia mnie przez wszechświat. W końcu, gdy się trochę rozjaśniło, zlazłem z drzewa dość zwinnie. Nabrałem już w tym wprawy i robiłem to niemalże odruchowo. Jestem prawie że usatysfakcjonowany.
Faktycznie, było już jasno, ale wciąż za wcześnie na śniadanko. Niefajnie. Bo głodno mi troszkę. Nie pozostało mi więc nic innego jak tylko usiąść na środku obozu i…czekać. Na odpowiednią porę. Na śniadanko.
Usiadłem więc. Skupiłem wzrok na drzewach w oddali. Wziąłem głęboki oddech. I zamarłem. Od dawna próbowałem opanować sztukę siedzenia nieruchomo jak głaz. Bez oddychania jak najdłużej. Też coraz lepiej mi wychodzi.
Jednak mój spokojny poranek zakończył się tak szybko, jak się zaczął. To znaczy…dość szybko.
Zacząłem słyszeć…dziwne dźwięki, które najprawdopodobniej powinny mnie zaniepokoić albo co najmniej wzbudzić czujność.
Tupot małych łapek rozlegał się od jednego końca obozu do drugiego, tuż za moimi plecami. Od czasu do czasu przerywany był cichymi i pełnymi autentycznego terroru piskami. Zmarszczyłem brwi. Moja pierwsza myśl była, że mam halucynacje. Moją drugą myślą było burczenie w brzuchu. Ale mój brzuch, z tego co wiem, nie posiadł jeszcze zaawansowanych umiejętności komunikacji i nie potrafi krzyczeć „Ratunku!”. Co było kolejnym dźwiękiem, który dotarł do moich uszu.
— Hm… — Strzepnąłem główką, słysząc kolejny pisk.
Z formy kamienia powróciłem do formy kociej i w końcu odwróciłem się.
Po obozie w tę i we w tę biegał mały, czarny kociak. Wrona. Widziałem ją już wielokrotnie. Ale jeszcze nigdy nie widziałem jej, żeby biegała w tę i we w tę po obozie.
Przypadłem do ziemi i zacząłem czołgać się w jej kierunku. Najwyraźniej przeciwnik jest niewidzialny, a Wrona musi mieć najwyraźniej jakąś specjalną magiczną moc wykrywania go… Zawsze wiedziałem, że niewidzialne koty istnieją, ale nikt mi nie wierzył.
Kiedy przebiegła obok mnie, zapytałem.
— Uh. Wrono. Co robisz? Walczysz z… niewidzialnym kotem z klanu niewidzialnych kotów…?
—Aaaa! Gigantyczny żuk mnie goniiii! — zapiszczała i pobiegła dalej.
Ugh. Czyli jednak nadal nie mam dowodów na istnienie niewidzialnych kotów…
Przypatrzyłem się uważniej i przycisnąłem uszy płasko do główki. Faktycznie. W jej kierunku w przestrzeni powietrznej dolnego obozu przemieszczał się średnich rozmiarów granatowy żuk, którego pancerzyk połyskiwał w słońcu.
— O nie. Nie martw się, Wrono. Uratuję cię — oznajmiłem spokojnie.
Poczekałem na odpowiednią okazję, w końcu spiąłem się i… skoczyłem na przeciwnika.
Na ziemi wylądowałem robiąc dodatkowy przewrót w przód.
Wrona wyhamowała na piaszczystej ziemi i obróciła się do mnie z otwartymi oczkami.
— Z… zniknął…? — spytała, podchodząc niepewnie bliżej, próbując odzyskać spokojny wyraz pyska.
Spojrzałem na nią. Przełknąłem. Oblizałem pysk.
— No. Na to… wygląda — skrzywiłem się lekko. Żuczki nie są smaczne. Na pewno nie na pusty żołądek.

<Wrono??>
[442 słowa]

[9%]