– Uh. Hm. No nie, nie. Fuj. Jedzenie po kimś jest fuj. Więc albo ja, albo ty – mruknąłem, marszcząc brwi, nie odrywając spojrzenia od wróbla.
Nie wiem, co powinienem uczynić w zaistniałej sytuacji. Niby jestem głodny. I odrzucić dar od takiej milutkiej, malutkiej koteczki jak Łza to też nie za dobrze.
– Jest to ciężka kość do przełknięcia – dodałem.
To… metafora taka. No bo… kości się nie połyka. Trzeba być niemądrym bardzo. Ostatnio chyba udało mi się odkryć stojący za metaforami spisek i zacząłem rozumieć ich funkcjonowanie. Wystarczy użyć losowego przedmiotu i połączyć go z nazwą czynności, najczęściej sprzeczną, i wychodzi oto takie zdanie, godne najtęższego kociego umysłu. A już najlepiej, gdy nie powie się wprost, że to metafora, tylko domyślić się trzeba. Wtedy wszystko działa idealnie. Choć… jest to niewątpliwie całkowicie pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Nie zastanawiałem się jednak długo nad tymże dylematem.
– Uh. Dobra, to wróbel mój.
Chwyciłem go moją paszczą i niemal od razu zniknął tam w całości. Przemieliłem go, wypluwając na bok niejadalne części.
Przełknąłem.
– No. Dobry wróbel. Szkoda, że nie chciałaś. Ale rozumiem. Nie każdy lubi wróble. Mówiłem ci już, że nienawidzę wiewiór? Być może mówiłem. Uh. Bo ich futro… no wiesz, wchodzi mi… w zęby zawsze… Wróble… pewnie też jakoś mogą wchodzić tak co poniektórym…
Oblizałem zęby. Spojrzałem na Łzę. Wydawała się… nieco skonsternowana. Nie potrafię jednak bliżej określić czym. Ale to chyba bardziej ogólne kocięce zdezorientowanie. Kociaczkom wszystko wydaje się takie duże i głośne. Dlatego o kociaczki trzeba dbać. Tak.
– Dobra. Wiem. Słuchaj teraz, Łzo. Powiem ci coś – usiadłem, prostując się lekko i nachyliłem się do niej. – Czy ty. Widziałaś kiedykolwiek. Yyy… – obróciłem gałkami dookoła, próbując zaczepić na czymś wzrok. – Taki jakby… kopiec? To znaczy… mrówczy. Mrówczy kopiec mrówek? Powiem ci teraz… najważniejszą życiową radę, jaką otrzymasz w przeciągu kilku następnych dni. Bo mi się akurat historia przypomniała taka. I myślę sobie, że warto ostrzec cię – odchrząknąłem. – Jak na treningu byłem raz, to tam kopiec był mrówczy na ziemi. Co po nim biegały mrówki. Ćwiczyłem kamuflaż. A kamuflaż polega często na tym, że się leży pod warstwą błota w bezruchu od świtu do nocy. I ja tak leżałem na tym kopcu mrówczym. Nie znając jego prawdziwej istoty. I… I w skrócie to… mrówki mnie oblazły. I biegały po mnie. Od świtu do… obiadu. Nie powiem więcej, co tam zaszło, gdyż pewnych rzeczy słowa nie opiszą. Więc tak. Moja rada. Mrówcze kopce są niedobre. Nie kładź się na nich. Tak. Dziękuję.
Strzepnąłem głową. Cieszę się, że udało mi się przekazać, choć cząstkę mojej wiedzy przyszłej wojowniczce. Może jej to kiedyś uratuje życie. Tak jak mnie ta wiedza mogła wtedy uratować…
<Łzo?>
[454 słowa]
[9%]