BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łza x Borowik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łza x Borowik. Pokaż wszystkie posty

31 maja 2026

Od Borowika CD. Łzy

Przeturlałem się na plecy i z pleców znowu na brzuch, patrząc na wróbla spod innego kąta, oceniając wszystkie za i przeciw.
– Uh. Hm. No nie, nie. Fuj. Jedzenie po kimś jest fuj. Więc albo ja, albo ty – mruknąłem, marszcząc brwi, nie odrywając spojrzenia od wróbla.
Nie wiem, co powinienem uczynić w zaistniałej sytuacji. Niby jestem głodny. I odrzucić dar od takiej milutkiej, malutkiej koteczki jak Łza to też nie za dobrze.
– Jest to ciężka kość do przełknięcia – dodałem.
To… metafora taka. No bo… kości się nie połyka. Trzeba być niemądrym bardzo. Ostatnio chyba udało mi się odkryć stojący za metaforami spisek i zacząłem rozumieć ich funkcjonowanie. Wystarczy użyć losowego przedmiotu i połączyć go z nazwą czynności, najczęściej sprzeczną, i wychodzi oto takie zdanie, godne najtęższego kociego umysłu. A już najlepiej, gdy nie powie się wprost, że to metafora, tylko domyślić się trzeba. Wtedy wszystko działa idealnie. Choć… jest to niewątpliwie całkowicie pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Nie zastanawiałem się jednak długo nad tymże dylematem.
– Uh. Dobra, to wróbel mój.
Chwyciłem go moją paszczą i niemal od razu zniknął tam w całości. Przemieliłem go, wypluwając na bok niejadalne części.
Przełknąłem.
– No. Dobry wróbel. Szkoda, że nie chciałaś. Ale rozumiem. Nie każdy lubi wróble. Mówiłem ci już, że nienawidzę wiewiór? Być może mówiłem. Uh. Bo ich futro… no wiesz, wchodzi mi… w zęby zawsze… Wróble… pewnie też jakoś mogą wchodzić tak co poniektórym…
Oblizałem zęby. Spojrzałem na Łzę. Wydawała się… nieco skonsternowana. Nie potrafię jednak bliżej określić czym. Ale to chyba bardziej ogólne kocięce zdezorientowanie. Kociaczkom wszystko wydaje się takie duże i głośne. Dlatego o kociaczki trzeba dbać. Tak.
– Dobra. Wiem. Słuchaj teraz, Łzo. Powiem ci coś – usiadłem, prostując się lekko i nachyliłem się do niej. – Czy ty. Widziałaś kiedykolwiek. Yyy… – obróciłem gałkami dookoła, próbując zaczepić na czymś wzrok. – Taki jakby… kopiec? To znaczy… mrówczy. Mrówczy kopiec mrówek? Powiem ci teraz… najważniejszą życiową radę, jaką otrzymasz w przeciągu kilku następnych dni. Bo mi się akurat historia przypomniała taka. I myślę sobie, że warto ostrzec cię – odchrząknąłem. – Jak na treningu byłem raz, to tam kopiec był mrówczy na ziemi. Co po nim biegały mrówki. Ćwiczyłem kamuflaż. A kamuflaż polega często na tym, że się leży pod warstwą błota w bezruchu od świtu do nocy. I ja tak leżałem na tym kopcu mrówczym. Nie znając jego prawdziwej istoty. I… I w skrócie to… mrówki mnie oblazły. I biegały po mnie. Od świtu do… obiadu. Nie powiem więcej, co tam zaszło, gdyż pewnych rzeczy słowa nie opiszą. Więc tak. Moja rada. Mrówcze kopce są niedobre. Nie kładź się na nich. Tak. Dziękuję.
Strzepnąłem głową. Cieszę się, że udało mi się przekazać, choć cząstkę mojej wiedzy przyszłej wojowniczce. Może jej to kiedyś uratuje życie. Tak jak mnie ta wiedza mogła wtedy uratować…

<Łzo?>
[454 słowa]

[9%]

28 maja 2026

Od Łzy CD. Borowika

Łza wpatrywała się przez chwilę w wróbelka leżącego tuż przed jej łapkami z wyraźnie trudnym do ukrycia obrzydzeniem. Kilka piórek przykleiło się do wilgotnej od śliny ziemi, a jedno z nich poruszyło się lekko pod wpływem wiatru, muskając jej łapkę. Natychmiast cofnęła ją o pół kroku, marszcząc drobny nosek.
Fuj.
Jak można było wypluwać jedzenie prosto przed kogoś?
I jeszcze wyglądać przy tym tak spokojnie.
Jej błękitne ślepka przesunęły się z wróbelka na Borowika, który leżał rozciągnięty na ziemi z pyskiem opartym o piasek i patrzył na nią z tak szczerą dobrodusznością, że przez moment naprawdę nie wiedziała, co właściwie powinna odpowiedzieć. Większość kotów reagowała na jej słowa inaczej — albo czuła się urażona, albo próbowała jej zaimponować, albo po prostu robiła to, czego chciała. Borowik natomiast zdawał się przyjmować wszystko dokładnie takim, jakie było. Albo raczej… takim, jakim wydawało mu się, że było.
To było… dziwne.
Dobra, może nie wiedziała wiele o świecie, lecz jednego była pewna — jej podniebienie z całą pewnością nie jest gotowe na TAKI posiłek od TAKIEGO dziwoląga.
Łza zamrugała powoli, po czym natychmiast przybrała na pyszczek swój najładniejszy, najbardziej promienny uśmiech — ten sam, którym zwykle rozbrajała Purchawkę, gdy chciała dostać większą porcję świeżego mchu albo wymigać się od reprymendy.
— Oh, Borowiku… — zamruczała słodko, przeciągając jego imię niczym coś wyjątkowo uroczego. — To naprawdę bardzo hojny prezent.
Pochyliła się lekko nad wróblem, choć wciąż starała się go nie dotykać bardziej, niż było to absolutnie konieczne. Zapach świeżej zdobyczy mieszał się z wonią śliny ucznia, co sprawiało, że jej wąsy drgały z rosnącym dyskomfortem.
Ale przecież nie mogła tego okazać.
Nie po tym, jak ją pochwalił.
— I masz rację — dodała po chwili z poważnym skinieniem głowy, jakby właśnie omawiali coś niezwykle istotnego. — Jestem malutka. W sensie… nie tak malutka jak inne kociaki, oczywiście. Purchawka mówiła, że jestem całkiem duża jak na swój wiek. Ale nadal potrzebuję jedzenia, żeby wyrosnąć na naprawdę wyjątkową kotkę.
Ostatnie słowa wypowiedziała z ogromnym przekonaniem.
Delikatnie przesunęła łapką po ziemi obok wróbelka, starając się wyglądać elegancko mimo wyraźnego obrzydzenia, które niemal przebijało się przez jej maskę uprzejmości.
— Chociaż… — zaczęła ostrożnie, unosząc spojrzenie na Borowika — może najpierw ty powinieneś zjeść trochę więcej? Jesteś strasznie duży. Duże koty chyba potrzebują jeszcze więcej jedzenia niż małe kociaki.
W jej głosie pobrzmiewała słodycz, lecz pod nią kryło się coś jeszcze — subtelna próba odsunięcia od siebie śliną oblepionej zdobyczy bez urażania wojownika.


<Borowiku?>

27 maja 2026

Od Borowika CD. Łzy

Yay. Skończyłem trening na dziś. Mojej pamięci nie udało się niestety zapisać, co dokładnie robiliśmy z Kurką, gdyż byłem zbyt skupiony. Zawsze tak mam na treningu. Wiem za to, że po drodze udało mi się złapać wróbelka. W kontekście pożywienia, wróbelki są strategicznie lepsze niż wiewióry - ich futro nie wchodzi mi między zęby, bo też futra nie mają. Miałem sporą nadzieję zjeść go dziś na kolację, z uwagi na to, że ominęły mnie ostatnie trzy posiłki. Niektórzy powiedzieliby, że jest to jeden z objawów żałoby po śmierci matki. Ja jednak nie zgodzę się z tą teorią.
No właśnie.
Pożegnałem się z Kurką i skierowałem się w stronę legowiska uczniów. Wtem zatrzymał mnie czyjś znajomy, słodki głosik. Spojrzałem w dół. O. To Łza.

***

Zmarszczyłem brwi.
Zamrugałem.
Wyplułem wróbelka na ziemię, tuż obok Łzy, która skrzywiła się wyraźnie i odsunęła pół kroczku.
– Um. Nie rozumiem – spytałem, gwałtownie kręcąc na boki głową. – To znaczy wróbel dobry czy wróbel niedobry? Twoja wypowiedź jest… uh… co najmniej wieloznaczna.
Zgubiłem się. Zawsze się gubię, kiedy koty mówią coś wieloznacznego. Łza jest małym kociaczkiem. Kociaczki kocham. Szkoda tylko, że wychodzi na to, że tak samo jak dorosłe koty, kociaki mówią w ten specyficzny sposób, który mnie dezorientuje. Ale nie szkodzi, nie szkodzi. Kociaczkom wybaczę.
Mała westchnęła głośno, przewracając oczkami. Uniosła lekko brwi, patrząc na mnie z profilu.
– No dobrze, dobrze, już wyjaśniam. Nie mówiłam poważnie, że jest dobry. Myślałam, że każdy powinien się domyślić… Ale jak widać, ty nie. Jeśli chcesz, Borowiku, mogę mówić do ciebie… prostszym językiem - wyjaśniła spokojnie, uśmiechając się do mnie tak, jak Gąska się uśmiechała, gdy za kociaka wbiegłem głową w głaz. To znaczy tak miło. Miło, tak. Lubię, jak się ktoś do mnie miło uśmiecha. Na szczęście koty robią to często.
– Oh… Tak, tak, w sumie możesz – otworzyłem szerzej oczy ze zdziwieniem i z lekką ulgą. – Bardzo miło z twojej strony. Dobrze rozmawia się z kimś, kto mówi tak o, a nie tak… no. Wszyscy coś mieszają… niepotrzebnie… Dzięki, Łzo. Że ty pomyślałaś. Że nie mieszasz. Miły z ciebie kociaczek.
Otrzepałem uszy.
Przez pyszczek małej koteczki przeszło coś w rodzaju lekkiego zakłopotania i dezorientacji, ale zniknęło niemal od razu zastąpione czymś na kształt radości.
– Oh… Tak, tak, wiem, Borowiku! Nie martw się, nie każdy jest stworzony do… powiedzmy, umysłowych rzeczy. Gdybyś kiedykolwiek potrzebował pomocy w bardziej skomplikowanych zadaniach, to zawsze jestem tu dla ciebie! – odparła piskliwie, ale niewątpliwie ciepło, unosząc lekko główkę.
Przypadłem do ziemi i położyłem pysk na piasku, świdrując wzrokiem Łzę.
– Hm. Słodkie, słodkie – mruknąłem. – No. A chcesz wróbla? Mówisz, że jest malutki. Idealny na przekąskę. Ja miałem go zjeść. Ale ty taka miła dla mnie. I malutka. Za malutka. Znaczy, musisz jeść. Jeść więcej wróbla.
Łza jest naprawdę malutka. Za malutka jak na kota. Chociaż równie dobrze może być to po prostu cecha kociaków. Ale co ja tam wiem.
Popchnąłem nosem wyplutego wróbelka w jej stronę. Milutkie te kociaczki.

<Łzo?>
[487 słów]

[10%]

23 maja 2026

Od Łzy do Borowika

Wieczór nadchodził powoli, lecz nieubłaganie, jakby sama Wszech Matka rozciągała ponad światem ogromny płaszcz utkany z granatu, purpury oraz ciepłego blasku dogasającego słońca. Błękit dnia bladł z każdą chwilą coraz bardziej, ustępując miejsca miękkim smugom pomarańczu i różu, które rozlewały się po niebie niczym farba na tafli spokojnej wody. Pomiędzy ciemniejącymi obłokami zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy — drobne, nieśmiałe punkciki światła, migoczące delikatnie, jak gdyby dopiero budziły się do życia po długim śnie. Ich blask odbijał się słabo w oczach kotów krzątających się po obozie Owocowego Lasu, nadając całemu miejscu niemal nierealny, spokojny wygląd.Choć w powietrzu wciąż utrzymywał się ciężki zaduch pory Nowych Liści, przynoszący ze sobą zapach rozgrzanej ziemi, świeżej trawy oraz słodkiej woni dojrzewających owoców, nietrudno było wyczuć subtelną zmianę. Wiatr, który jeszcze w południe był ciepły i leniwy, teraz stawał się coraz chłodniejszy oraz ostrzejszy, przemykając pomiędzy gałęziami drzew cichym świstem i poruszając paprocie otaczające obozowisko. Liście drżały lekko, kiedy wieczorne powietrze przesączało się pomiędzy nimi, a gdzieś w oddali rozbrzmiewał monotonny śpiew świerszczy, stapiający się z cichymi rozmowami wojowników wracających z patrolu.
Łza ziewnęła przeciągle, odsłaniając drobne, jeszcze nie do końca wyrośnięte kły, po czym przejechała ostrożnie różowym języczkiem po jednej z łap, starając się wygładzić zmierzwione futro. Siedziała przy wejściu do żłobka z łapami starannie podwiniętymi pod pierś oraz głową uniesioną wyżej, niż było to naprawdę konieczne, przez co bardziej przypominała młodą wojowniczkę pilnującą obozu niż zwykłe kocię, które dopiero czekało na własne mianowanie. Co kilka chwil przeciągała językiem po futrze na piersi albo wygładzała niesforne kosmyki sierści nastroszone przez wiatr, jednak nawet podczas takich drobnych czynności jej spojrzenie nieustannie wędrowało po obozie, czujne i pełne oczekiwania.
Lubiła, gdy na nią patrzono.
W rzeczywistości potrzebowała tego bardziej, niż chciałaby kiedykolwiek przyznać, ponieważ każda para oczu zatrzymująca się na niej choćby na krótką chwilę sprawiała, że czuła przyjemne ciepło rozlewające się po wnętrzu jej piersi. Gdy któryś z wojowników bądź zwiadowców rzucał jej rozbawione spojrzenie albo uczeń odpowiadał na jej zaczepki, natychmiast prostowała się odrobinę dumniej, jakby sam fakt zauważenia jej obecności był czymś, co utwierdzało ją w przekonaniu, że naprawdę jest kimś ważnym. Nie potrafiłaby żyć inaczej.
Purchawka spała kilka lisich długości dalej, zwinięta w ciasny kłębek pośród miękkiego mchu wyściełającego żłobek, a jej spokojny oddech poruszał delikatnie futro na bokach. Łza zerknęła na matkę kątem oka i westchnęła przeciągle, niemal teatralnie, ponieważ część niej miała ogromną ochotę obudzić starszą kotkę tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę i usłyszeć choćby krótkie zirytowane mruknięcie.
Ostatecznie jednak powstrzymała się, uznając, że w obozie znajduje się wystarczająco wiele innych kotów, które mogłyby poświęcić jej czas.
Jej błękitne oczy przesuwały się po obozowisku z żywym zainteresowaniem, a jednocześnie z czymś przypominającym cichą zazdrość, gdy widziała uczniów otoczonych grupkami przyjaciół albo wojowników, których inni słuchali z wyraźnym podziwem. Nie podobało jej się, kiedy uwaga skupiała się na kimś innym zbyt długo, ponieważ wtedy zaczynała czuć nieprzyjemny ucisk pod żebrami, jakby sama była stopniowo spychana gdzieś na bok.
I właśnie wtedy go zauważyła.
Uczeń wracał do obozu z wróblem zwisającym z pyska, a jego futro było lekko potargane po treningu, przez co wyglądał na wyraźnie zadowolonego z siebie. Mentor powiedział mu jeszcze coś na pożegnanie, po czym odszedł w stronę legowiska wojowników, pozostawiając młodszego kota samego z jego zdobyczą.
Łza niemal natychmiast poderwała się na łapy, ponieważ sama świadomość, że ktoś może zostać choćby przez chwilę pochwalony bez jej udziału, wywołała w niej nagłą potrzebę wmieszania się w sytuację.
Przebiegła przez obóz lekkim, sprężystym krokiem, specjalnie unosząc ogon wyżej niż zwykle oraz poruszając się w sposób niemal ostentacyjny, jakby chciała upewnić się, że przynajmniej kilka kotów odprowadzi ją spojrzeniem. Kiedy zatrzymała się przed uczniem, natychmiast posłała mu szeroki, przesadnie słodki uśmiech, a jej oczy rozbłysły figlarnie.
— Och, jaka piękna zdobycz! — miauknęła pogodnym, wysokim głosem, podchodząc bliżej i zerkając teatralnie na wróbla.
Uczeń uśmiechnął się lekko, wyraźnie zadowolony z komplementu.
— Myślałeś, że mówiłam poważnie? — prychnęła w końcu, zatrzymując się przed nim i unosząc brew z przesadnym niedowierzaniem. — Ten wróbel jest taki mały, że chyba nawet kocię ledwo by się nim najadło.
Posłała mu ostre spojrzenie.
— Nie wiem, jak ten twój byle mentor mógłby pochwalić cię za coś TAKIEGO.

<Borowik?>