Medyczne legowisko. Zapach ziół i jęki chorych. Tak właśnie wyglądała codzienność Gepardziej Łapy. Nie było jej dane robienie czegokolwiek innego. Tak cholernie żałowała wybrania ścieżki medyka. Monotonność była jej cieniem. Nieustępliwym, takim, który nigdy nie znikał. Nie mogła od niego uciec. Był jej nieodłączną częścią. Narzekanie innych kotów doprowadzało ją do białej gorączki. A słyszała je codziennie. Przez ostatni czas, była bardzo rozdrażniona. Każda rzecz niezwykle ją irytowała, a zwłaszcza głupie polecenia jej mentorki. Gepardzia Łapo, zrób to, Gepardzia Łapo zrób tamto... Potrząsnęła łbem, ponownie się spinając. Czuła się w tym miejscu coraz gorzej. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego wciąż w tym tkwiła. Coś nie pozwalało jej odejść. Przeniosła wzrok z ziemi na swoją mentorkę, która dawała zioła Makowej Furii.
— Wiśniowa Iskro? — szynszylowa zaczęła nieśmiało, ugniatając ogon łapami. Już nie dawała rady.
— Słucham? — szylkretka miauknęła do niej i kontynuowała swoją pracę.
Niebieska przełknęła ślinę i wstała, rozprostowując swoje obolałe od ciągłego siedzenia łapy i zwiesiła po sobie uszy.
— Potrzebuje przerwy — oznajmiła cicho, dłubiąc pazurem w podłożu. — Głowa mnie już boli. Muszę się przejść i chwilę odsapnąć.
Kotka zdawała się być niezadowolona. Nie dziwiła się jej jednak. Była niewystarczająco dobrą uczennicą. Trening ciągnęła już od tak dawna, a dalej go nie ukończyła. Zielonooka westchnęła.
— W porządku, idź zatem — zezwoliła niechętnie, wracając do leczenia chorej wojowniczki.
Gepardzia Łapa skinęła głową na podziękowanie i ruszyła do wyjścia z medycznego legowiska. Pogoda nie była najlepsza. Wszystko przysłaniała mgła, a futra moczył deszcz, charakterterystyczny dla tej pory roku. Mało kto spędzał teraz czas poza obozowiskiem. To jednak nie było dla niej przeszkodą do odpoczynku.
***
Deszcz spływał po jej długim, pstrokatym futrze. Jej liczne, kolorowe wąsy także były mokre. Łapy nedyczki były ubłocone, a jej nos zimny od mrozu. Mgła bardzo utrudniała widoczność. Nie rozumiała pogody. Raz świeciło słońce, ciesząc wszystkich swoimi promykami, a raz padał mroźny deszcz, utrudniając każdej istocie życie. Pogoda była zupełnie taka sama jak ona. Nieprzewidywalna i niezrozumiała. Raz miła, raz okropna. Zielonooka zacisnęła zęby. Do jej oczu napłynęły łzy. Nie potrafiła siebie zrozumieć. Nie wiedziała, dlaczego czuła się tak paskudnie i dlaczego tak bolała ją ta samotność i monotonność życia w Klanie Burzy. Zapłakała cicho, zatrzymując się na środku pustkowia. Siedziała tak przez chwilę, dając emocjom opaść. Wytarła łapą łzy, mieszające się z kroplami deszczu. Od jakiegoś czasu niemal codziennie miewała takie momenty słabości. Nienawidziła ich. Nie potrafiła ich przerwać. Nie chciałabyć słaba. Było to jej kolejnym powodem do nienawidzenia siebie.
Słysząc nagłe skrzypnięcie, natychmiast przestała płakać. Otworzyła szerzej oczy. Zacisnęła pysk i nadstawiła uszu, rozglądając się. Jeszcze tego brakowało.
— Wiedziałem, że cię tu znajdę — wymruczał ktoś nagle.
Przyległa do ziemi, oddychając ciężko. Nie chciała, by ktokolwiek oglądał ją w takim stanie. Płaczącą, przytłoczoną falą przeróżnych emocji. Zakryła oczy łapami, nie będąc w stanie kontrolować łez.
— Nie płacz, Gepard.
Słysząc ostatnie słowo, odsłoniła oczy. Przed nią ukazał się bury, wysoki kocur o zielonych oczach. Ten sam, z którym się ostatnio spotykała. Był jedynym kotem, się nią przejmował. Poznała go przez przypadek, a stał się jej tak bliski. Podniosła się z mokrej ziemi, stając naprzeciwko niego.
— Nie płacz, to wszystko nie jest tego warte — miauknął, zachęcając ją do pójścia za nim ruchem ogona.
Ruszyła za nim, po drodze otrzepując się z wody. Nie spodziewała się jego przyjścia. To było niezwykłe. Jakby wyczuł, że cierpi i potrzebuje pomocy. Zawszw kiedy się spotykali, dawał jej wsparcie. Bardzo to ceniła.
Po chwili spaceru usiedli razem przy sporym, wysokim drzewie. Jego grube gałęzie były dla nich dachem.
— Wiem, że jest ci ciężko — miauknął kocur, otulając łapy swoim puchatym ogonem — Wiem, że nie czujesz się tam dobrze — odparł, patrząc jej w oczy.
Również patrzyła mu w oczy. Były tak intrygujące i niezwykłe. Blizny na jego ciele skrywały tysiące sekretów. Był na wyciągnięcie łapy, tak blisko, a jednocześnie daleko, przepadając jak kamień w wodę i znikając niewiadomo dokąd. Kocur był dla niej tak bliski, a zarazem obcy. Obcy, a zarazem tak bliski. Tyle dla niej znaczył. Był jej całym światem. Jedyną, chwilową ucieczką od tego strasznego świata. Jedynym kotem, który chciał ją wysłuchać. Jedynym, który ją rozumiał.
— Sam przeżyłem kiedyś to samo, co ty — rzucił tajemniczo, przerywając ciszę pomiędzy nimi.
Rozszerzyła źrenice w szoku. Serce zabiło jej szybciej. Nie chciała mu przerywać. Czekała, aż zacznie mówić.
— Błądząc po świecie, zupełnie przypadkowo, natknąłem się kiedyś na pewną grupę kotów. Bardzo chętnie mnie przyjęli. Zaoferowali pomóc, podzielili się jedzeniem, zaczęli traktować jak swojego — opowiadał, machając końcówką ogona. — Niestety, z biegiem czasu, wszystko zaczęło się sypać. Zaczęli widzieć we mnie wroga. Nikogo już nie cieszyłem swoją obecnością. Postanowiłem ich opuścić. Było mi trudno, ale cieszę się, że mi się udało i nie zrezygnowałem. Nie byłbym tą samą osobą, co teraz — zakończył, wyciągając w kierunku szynszylowej łapę. — Jeśli tylko chcesz, możesz to zakończyć. Jestem tu dla ciebie. Oferuje pomoc.
Odebrało jej mowę. Nie była w stanie nic z siebie wydusić. Jej oczy ponownie zalały się łzami. Nie mówiąc nic, wycisnęła w jego kierunku łapę. Dostała szanse na lepsze życie.
wyleczeni: Makowa Furia
[przyznano 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz