BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 lutego 2026

Od Gąbczastej Perły do Złocistego Widlika

Przed mianowaniem dzieci Niedźwiedziówki

Był już ranek, a promienie słoneczne coraz pewniej wślizgiwały się do lecznicy przez próg. W uszach Gąbczastej Perły dzwoniło ciche chrapanie Różanej Woni i Klekoczącej Łapy, które w tym momencie wydawało się dla niej wręcz bolesne. Po nieprzespanej nocy miała wrażenie, jakby każdy jej zmysł był wyostrzony i o wiele bardziej wrażliwy na bodźce. Dzień jednak już powoli się zaczynał, więc tak czy siak, za moment musi zacząć pracę. No, chyba że… wzięłaby teraz kilka ziarenek maku i zasnęła chociaż na chwilę, by się zregenerować…
Spojrzała na Różaną Woń, a zaraz potem jej wzrok prześlizgnął się na młodego ucznia. Spali jeszcze w miarę twardo, nie zapowiadało się na to, by mieli się prędko obudzić. Mało kto wstawał skoro świt, więc nie będzie to niczym dziwnym, jeśli i ona dzisiaj sobie trochę odpuści… Postanowiła, że postara się zmrużyć oczy na ten niedługi okres, jednak czuła, że bez żadnej pomocy tego nie zrobi. Udało jej się chwiejnie podnieść z posłania i jeszcze niezgrabniej dojść do składziku, w którym przechowywany był mak. Kilka ziarenek jeszcze nikomu nie zaszkodziło, no nie? Wzięła je od razu do pyska i przełknęła, po czym przymknęła powieki, by poczuć, jak bardzo ją szczypią. Powoli zrobiła krok do tyłu, a wtedy zebrało jej się na przeciągłe ziewnięcie. Nim się obejrzała, usłyszała, jak jej ziewnięcie zsynchronizowało się z… czyimś.
Futro na jej karku zjeżyło się ze zdziwienia i Gąbka odwróciła się gorączkowo, tylko po to, by ujrzeć swoją mentorkę przebudzoną. Miała wciąż przymrużone oczy i nieco senne spojrzenie, ale gdy tylko nawiązała kontakt wzrokowy z dymną, od razu spoważniała.
— Musisz zajrzeć, czy w żłobku wszystko w porządku. Złocisty Widlik chyba mi się ostatnio skarżył, że ta samotniczka wydaje się czasem ledwo żywa — oznajmiła, przeciągając się powoli.
Młodsza skinęła głową i już miała ułożyć się na swoim posłaniu, gdy Róża znów się odezwała:
— A ty co? Już koniec spania! Dałam ci zadanie, które musisz wykonać — przypomniała jej twardym głosem.
Gąbczasta Perła wiedziała, że nie ma po co się sprzeciwiać i wywoływać niepotrzebnej awantury. Sprawdzi, co u Niedźwiedziówki, najwyżej poda jej kilka ziół i wtedy pójdzie spać. O ile w ogóle Różana Woń jej pozwoli…
— Tak, dobrze… masz rację — rzuciła z westchnieniem, kierując się ku wyjściu z lecznicy. Czemu to akurat ona musiała zajmować się tą dzikuską, która zjawiła się u nich nie wiadomo skąd? Czemu nie mógł tego zrobić… na przykład Klekocząca Łapa? Czy ona nie miała już wystarczającej ilości obowiązków na głowie? No, ale dobra. W końcu zgodziła się na to, by zostać medyczką. I jeśli Różana Woń czegoś sobie zażyczyła czy wydała jakiś rozkaz, to musiał on zostać wykonany.
Zaciskając szczękę, zawitała w progu żłobka. Panował w nim półmrok, przez co wpierw nawet nie dostrzegła, że na jednym z posłań znajduje się futrzasta istota, której bok powoli unosił się i opadał. Nim jednak do niej podeszła, rozejrzała się jeszcze dalej. Dostrzegła wtedy obserwującego ją kremowego kocura.
— Hej, Widliku — przywitała się z nim i w tym uderzeniu serca stwierdziła też, że Niedźwiedziówka może poczekać, skoro i tak śpi. Podeszła do piastuna i rozsiadła się przed nim, czując, jak powoli senność z nią wygrywa. Te ziarna maku, które wzięła przed wyjściem z lecznicy, zaczynały już działać, ale Gąbka musiała zmusić się do bycia obudzoną.
— Nie nudzisz się tu w tym żłobku? — zagaiła w końcu, próbując jakoś rozpocząć rozmowę z kremowym. Może chociaż trochę ją rozbudzi. — Jeśli to umili ci czas, to możemy o czymś pogadać! W sumie to chyba nawet wiem o czym! — mruknęła, po czym obejrzała się za siebie. Za nią spokojnie drzemała Fląderka, na której temat dymna snuła domysły od dłuższego czasu.
— O Fląderce, tak? — odparł w końcu Złocisty Widlik, a jego wąsy poruszyły się z zaciekawienia. — Nie jestem raczej na bieżąco z plotkami…
Na jego słowa Gąbczasta Perła uśmiechnęła się jedynie.
— O nic się nie martw! Jeszcze żadnych plotek nie ma. To znaczy, są… ale nie są istotne. Koty mówią tylko o tym, że to podejrzane, że umarła i jej matka, i siostra… Ja natomiast myślę, że to nieco poważniejsza sprawa — przyznała z przekonaniem, nie czując absolutnie żadnych hamulców. Cóż, na jej obronę… była bardzo senna. A gdy jest się aż tak śpiącym, najczęściej nie myśli się tak długo nad swoimi słowami.
— Poważniejsza sprawa? Co masz na myśli? — dopytał kremowy, unosząc jedną z brwi do góry.
Gąbka domyślała się, że Kotewka wychowała Widlika w nienawiści do czekoladowych kotów i że piastun traktował Fląderkę raczej z dystansem. Jej gdybania będą z nim bezpieczne.
— Nie uważasz, że to dziwne, że Klan Gwiazdy zsyła nam same czekoladowe szylkrety? Może to jakiś znak? Może one są jeszcze niczym w porównaniu do tego, co nadejdzie? — zaczęła, spoglądając z powagą na Widlika. — No bo pomyśl o tym… Fląderka i Korzenna Łapa jeszcze nie są całe… przeklęte.
Nie mogła uwierzyć w to, że takie słowa opuszczały jej pysk. Pamiętała jeszcze, gdy na zgromadzeniu rozmawiała z Burzaczką o tym, że nie rozumie, dlaczego czekoladowe koty są gorzej traktowane. Ale teraz? Powoli przekonywała się o tym, że Klan Nocy od zawsze miał rację w tej sprawie. Czekoladowe koty to tylko zwodnicze zmory… Szczawiowe Serce? Jasne, może i go kochała, ale teraz wierzyła, że czekoladowy uwiódł ją tylko po to, by zmusić ją do złamania kodeksu…
— Ale co nadejdzie?
— Kot. Cały czekoladowy! Urodzi się kiedyś, komuś… a potem zniszczy cały Klan Nocy! — mamrotała dalej, choć brzmiała trochę, jakby była obłąkana. — Poza tym… Fląderka nie ma jednego ucha. Myślę, że to znak od Przodków. Próbują nam przekazać, że do tej pory byliśmy głusi na ich znaki… Musimy coś zrobić, ale… jeszcze nie wiem co. Wiem tylko, że z każdym czekoladowym kotem jest coraz gorzej, bo… pomyśl tylko, Widliku. Korzenna Łapa nie była groźna, ale Fląderka… To przy niej umarła jej matka. To przy niej umarła jej siostra. Z każdym kolejnym czekoladowym kotem tych śmierci będzie tylko więcej, aż w końcu wyginie cały Klan Nocy! — mówiła z przekonaniem, podczas gdy kremowy siedział w milczeniu, chyba nie do końca pewny, co powinien sądzić o tej sytuacji.
Gdy medyczka zauważyła zdumienie na jego pysku, ocknęła się nagle. Czy przesadziła? Wypowiedziała właśnie poważne oskarżenia w stronę Fląderki i innych czekoladowych kotów… Odważne, wręcz. Po chwili zamrugała kilkakrotnie i podniosła się z miejsca, nieco zakłopotana.
— Wiesz co? Nie przyszłam tu na żadne pogaduszki… Miałam tylko dowiedzieć się, co ze stanem Niedźwiedziówki, więc… teraz udam się, by to zrobić — oznajmiła, uśmiechając się niezręcznie do kremowego kocura.
Nie czekając na jego odpowiedź, podeszła do śpiącej buraski i zaczęła niecierpliwie trącać ją łapą. W końcu wciąż była potwornie senna!
W końcu więźniarko-królowa otworzyła powoli swe ślepia. Wyglądała na osłabioną i schorowaną – nic dziwnego, że Złocisty Widlik to zauważył, pewnie nawet nie musząc się zbytnio do kotki zbliżać. Gąbczasta Perła bez pytania przyłożyła łapę do czoła tej dzikuski. Było ciepłe, a właściwie to gorące! Asystentka odłożyła łapę na ziemię, po czym przełknęła ślinę i prędko ruszyła ku wyjściu z kociarni. W progu minęła jednak Wężynowy Kieł.
— Nie bierz jej dziś na trening. Jest chora — oznajmiła Gąbka, zatrzymując szylkretową wojowniczkę.
Ta przewróciła oczami, lecz zaraz odparła:
— Niech ci będzie. Przynajmniej będę miała czas na ważniejsze sprawy… — mruknęła przeciągle, po czym wraz z dymną opuściła żłobek.
Medyczka wparowała do lecznicy i chwyciła do pyska potrzebne zioła, jednak nim wyszła, spojrzała tęsknie na swoje miękkie, przytulne posłanie. “Poczekaj jeszcze chwilę…” – pomyślała, opuszczając legowisko medyków. Poda tej podejrzanej kotce liście ogórecznika, a potem zanurzy się w krainie snów.

* * *

Teraźniejszość

Nie sądziła, że wtedy, gdy rozmawiała ze Złocistym Widlikiem, Wężynowy Kieł mogła ich podsłuchiwać. Pewnie już miała wchodzić do żłobka, by porozmawiać z Niedźwiedziówką, gdy nagle usłyszała dosyć… ciekawą rozmowę. A może jednak ich nie podsłuchiwała i tylko przypadkiem naszła ją myśl, by zacząć rozpowiadać plotkę o tym, że Fląderka jest przeklętym kotem? Nie podzieliła się w końcu wszystkimi przypuszczeniami Gąbki, ale dymna i tak zadbała o to, by te ujrzały światło dzienne. Gdy tylko ktokolwiek zagadywał do niej w sprawie czekoladowej szylkretki, śmiało dzieliła się z nimi swoimi teoriami wysnutymi z palca.
Postanowiła znowu zagadać do kremowego piastuna, jednak tym razem na… trzeźwo. Jakkolwiek to brzmi. Po skończeniu swoich obowiązków zajrzała do żłobka i po przywitaniu się z jego mieszkańcami podeszła bliżej Widlika.
— Rety! W ogóle się nie spodziewałam, że to wszystko tak eskaluje. Gdy wypowiadałam swoje myśli, nie sądziłam, że usłyszy je jeszcze ktokolwiek poza tobą, a tu proszę… teraz prawie cały klan o nich wie!

<Widliku?>

Wyleczeni: Gąbczasta Perła, Niedźwiedziówka

Od Strzępka (Zszarzałej Łapy) CD. Króliczej Prawdy

Przeszłość

Strzępek w ostatnich dniach siedział nieco bardziej z boku, oddalony od matki oraz siostry. Jego myśli zajmowały słowa Króliczej Prawdy, który mówił, że nawet jeśli nie jest z siostrą podobny do niego, to nadal jest ich biologicznym ojcem. Zdawało mu się, że kocur sam próbował uwierzyć we własne wypowiadane słowa — lecz co on mógł wiedzieć, w końcu jest jedynie małym kociakiem, który ledwo odrasta od ziemi. Mimo to był dobrym obserwatorem i może nieco zbyt przesadnie analizował słowa innych, w szczególności Źródlanej Łuny i dwójki kremusów, którzy w wolnych chwilach zaglądali do żłobka.
Jak na zawołanie, do uszu pointa dotarł dźwięk zbliżających się kroków. Nawet nie musiał się odwracać, by stwierdzić, że to musi być Królicza Prawda, bądź Trójoki Zając — Płomienne Serce miała znacznie bardziej żwawy i radosny chód, jakby chcąc zarazić wszystkich swoim dobrym humorem. Po chwili mógł usłyszeć odgłos rzucanej zwierzyny, która zapewne musiała być dla niebieskiej kotki oraz rodzeństwa.
— Hej, młody — zagaił, usadawiając się obok syna. — Czemu siedzisz tak daleko? — ciągnął dalej, nie doczekawszy się odpowiedzi. — Wyglądasz na przygnębionego. Nie cieszysz się z tego, że już niedługo zostaniesz uczniem? — dodał, kiedy to ze strony Strzępka nadal panowała cisza. — Będziesz znowu mógł rozmawiać z tym swoim kolegą, Naparstnicą.
Morskooki na ostatnie stwierdzenie jedynie przewrócił oczami, strzygąc prawym uchem. Nie wiedział, skąd taki pomysł zrodził się w głowie wojownika, skoro ani on, ani Szron nie pałali sympatią do tego niskorosłego syna Postrzępionego Mrozu. Zdawało mu się, że było to widać z daleka, jednak raczej nie miał się, co dziwić kremusowi, który aż tak dużo czasu nie spędzał w kociarni, więc możliwym było, że nie zdawał sobie sprawy z podejścia pointów do Naparstnicy. Strzępka nawet ucieszyła wieść, że ten niebieskooki arlekin w końcu opuścił te cztery ściany i mógł na spokojnie z siostrą panoszyć się po żłobku bez obaw, że kocur zechce do nich dołączyć.
— Naparstnica nie jest moim kolegą — fuknął pod nosem, owijając ogon wokół łap. Pomimo tego, że w jaskini było nieco cieplej niż ogólnie w obozie, to nadal chłodniejsze podmuchy były w stanie się przedostać — w dodatku fragmenty litej skały raczej nie były w żadnym stopniu ciepłe w dotyku. — I nie, nie cieszę, że zostanę uczniem. Będę mniej czasu spędzał z siostrą — mruknął, kątem oka spoglądając na Szron, która wyrywała się z objęć matki, która jakby na pokaz chciała ją umyć po paru kęsach przyniesionej sójki.
— Jako uczniowie będziecie mogli mieć wspólne treningi, jeśli wasi mentorzy się zgodzą — wyjaśnił Królik, lecz młodszy jedynie skierował na niego swój beznamiętny wzrok.

«★»

Obecnie

— Jeszcze raz. — Polecenie wydane przez Bukową Koronę zaczynało rozbrzmiewać w głowie Zszarzałej Łapy niczym niechciana mantra. Niebieski point już nie wiedział, ile razy musiał powtarzać jeden ruch, gdyż czekoladowemu nadal coś nie leżało w wykonaniu ucznia. Młodszy miał wrażenie, że w takim tempie to on przez sen będzie wykonywał jedną i tę samą rzecz.
— Nie za dużo tych powtórzeń…? — mruknął, opadając ciężko na cztery łapy. Miał wrażenie, że całe jego ciało ledwo się trzyma w kupie i wystarczy jeszcze chwila ciągłych ćwiczeń, by nie był w stanie nawet wibrysem ruszyć.
— Jak chcesz być dobrym wojownikiem w przyszłości, to ćwicz, nie gadaj — oznajmił wojownik, obserwując z uwagą swego podopiecznego, który właśnie wbijał pazury w ziemię. Była to jedyna oznaka frustracji, którą Buk mógł zauważyć. — Skoro masz siłę pyskować, to dasz radę pomęczyć się ze mną — dodał, na co point machnął wściekle ogonem. Nienawidził niemal każdego momentu, kiedy ten pozer otwierał swój szpetny dziób. Nie był w stanie zliczyć, ile raz te lisie łajno przechwalało się swoimi niby wielkimi osiągnięciami.
— Niby taki wielki, a byle mewa go pokonała… — prychnął pod nosem, na nowo spinając coraz bardziej zmęczone mięśnie. Ponownie wykonał to, czego oczekiwał od niego jednooki, lecz tym razem zamiast na łapy, to padł na brzuch i nie wyglądało, jakby miał w przeciągu paru uderzeń serca wstać z ziemi.
— A myślałem, że na więcej będzie cię stać — westchnął ciężko starszy, podchodząc do Zszarzałej Łapy. Ten ledwo żywy spojrzał na mentora, który zdawał się czekać na jakąkolwiek reakcję, którą było coś więcej niż tylko skierowanie wzroku na jego personę.
“Kiedyś mnie do grobu wpędzi…” — pomyślał, podnosząc się ociężale z przyjemnie miękkiej trawy.
— Koniec na dziś…? — spytał ze słyszalną nutą nadziei w głosie. Na te słowa wojownik jedynie uniósł jedną brew, jakby zastanawiając się, czy właśnie dobrze usłyszał.
— Niech będzie, wracamy do obozu. — Strzępek miał zamiar skakać z radości, gdyby nie kolejne słowa: — Ale najpierw jak zwykle zapolujemy.
“No chyba cię coś boli!” — prychnął oburzony. Na takie coś się nie godził!
Kładąc uszy po sobie, zaczął mierzyć kocura wściekłym wzrokiem. Teraz to miał ochotę zrobić coś więcej niż tylko zatkanie mu pyska mchem. Najchętniej to, by chyba rozszarpał na strzępy tu i teraz, jednak nie mógł ryzykować, że przez to jego szkolenie zostanie wydłużone — nie może zawieść matki, a tym bardziej siostry. Cały klan zapewne na niego patrzył, podobnie na Szron, przyglądając się postępom wnukom Judaszowcowej Gwiazdy. Dlatego też dość szybko zrezygnował z ledwo narodzonego pomysłu i ruszył za Bukową Koroną, który zdawał się być usatysfakcjonowany, że jego własny uczeń nie ma sił już jakkolwiek mu się przeciwstawić.
W lesie nieopodal Studni udało im się upolować po nornicy oraz sikorce bądź wróblu. Nie było to wiele, lecz Zszarzała Łapa nie miał siły na więcej, a czekoladowy chyba się nad nim zlitował i poprowadził ich w stronę obozu. Właśnie wtedy po drodze natknęli się na patrol graniczny, który także zmierzał w stronę klifów, kończąc obchód wzdłuż granicy z Wilczakami. Na nieszczęście pointa w skład grupki wchodził, jego pożal się ojciec z Pasterzową Łapą. Morskooki miał wrażenie, że kremus nie ma zbyt dobrych relacji z jego czekoladowym mentorem, lecz nie wnikał na razie w to, wzruszając jedynie ramionami. Jak Królicza Prawda będzie mu chciał o czymś powiedzieć, to to zrobi, nie musi się o to przecież dopraszać, nie?

«★»

Właśnie odprowadzał pomarańczowookiego wojownika wzrokiem. Przez resztę drogi powrotnej nie zamienili ani jednego słowa, a uczeń miał nadzieję, że jego “ojciec” zechce nim z porozmawiać, kiedy tylko wrócą do obozu, lecz tak się nie stało. Point gniewnie machnął ogonem, stwierdzając, że skoro starszy nie chce podjąć rozmowy, to on to zrobi. Nie będzie wieki czekał, aż ten łaskawie zechce otworzyć pysk do swojego syna.
— Królicza Prawdo — zaczął, doganiając nieco wojownika. Ten słysząc swoje imię, przystanął, by następnie spojrzeć na Zszarzałą Łapę. — Masz może chwilę, by porozmawiać? — spytał, ignorując to, że sam był ledwo po treningu i wyglądał, jakby go piorun trafił — choć on to na co dzień tak wyglądał, lecz teraz było jedynie gorzej.
— A o czym to syn? — odpowiedział pytaniem na pytanie, robiąc parę kroków w stronę młodszego. Ten jedynie dał mu znać ruchem ogona, by podążał za nim. Kremus nie oponował, idą tuż za uczniem, który wyprowadził z ich obozu, by następnie skierować na klif, z którego spływał wodospad.
— Jaka jest relacja między tobą a Bukową Koroną — zapytał bez zbędnego owijania w bawełnę. Morsooki często w rozmowach z “ojcem” był bardzo bezpośredni, nie krępując się pytać o cokolwiek, co mogło być niewygodne dla starszego. — Tylko nie wciskaj mi tu kitu, nie jestem kociakiem, by łyknąć twoje kłamstwo niczym pelikan rybę — dodał jeszcze, nim pozwolił Królikowi na udzielenie odpowiedzi.

<No Królik, pokaż czy faktycznie człon Prawda do ciebie pasuje>

[1178 słów]

[Przyznano 24%]

27 lutego 2026

Nowi Członkowie Klanu Burzy!

Gadożer

Od Ciernistej Łapy

Patrol poranny, no masz… Od rana miał okropny humor, chyba wstał lewą łapą. Berberysowa Łapa cały czas gadał mu za uchem coś o swoim szkoleniu, a Ciernista Łapa miał tylko ochotę się położyć znów w cieplutkim legowisku i zasnąć. Jednak nie mógł. Cierpiał teraz na zewnątrz, podczas gdy poranny przymrozek sprawiał, że jego sierść stawała dęba, a łapy stojące na szronie trzęsły się delikatnie. Otrząsnął się, napuszając futro, żeby choć trochę otulić się ciepłem. W końcu znalazł się przed matką, która czekała na niego przy wyjściu z obozu. Razem z nią stało kilka innych kotów, jednak nie zarejestrował kim byli przez zimno, jakie teraz czuł. Temperatura na prawdę była nadal dość niska, pomimo pory nowych liści. Ciągły deszcz sprawiał, że jego futro przemakało całkowicie. W końcu ruszyli w terytorium, nareszcie nie zwlekając. Jego matka mówiła coś do niego, jednak nie rejestrował tego. Coś było na rzeczy. Może miał złe przeczucie na jakiś temat. Może coś miało się stać..? Tylko co… Z rozmyślań wybiła go matka, która pacnęła go w łeb ogonem, patrząc na niego surowo.
— Zadałam ci pytanie, Ciernista Łapo. Jaki wyczuwasz zapach? — na jej pytanie przewrócił oczami i rozejrzał się. Zawęszył, a do jego nozdrzy dotarł zapach mokrej drogi grzmotu, oraz tego, co wydobywa się z potworów.
— Droga grzmotu. Niedawno przebiegał nią potwór.
— Brawo. Skup się, nie mamy całego dnia. Reszta jest bardzo z przodu, a my dalej wleczemy się w tyle. Trzeba ich nadgonić. — powiedziała, przyspieszając tempa, na co kocur odpowiedział tym samym. Szli wzdłuż rzeki, której szum zagłuszał myśli kocura. Miał ochotę zatrzymać się i wyrwać jakąś roślinę wraz z jej korzeniami ze złości. Zastrzygł uchem słysząc, jak do mostu zbliża się jakiś potwór. Nie miał zbyt często okazji, aby się jakiemuś przyjrzeć, a ten zwolnił akurat przy przejeździe nad wodą. Kocur przypatrywał się mu z zaciekawieniem, aż ten zatrzymał się nagle. One potrafiły to zrobić? Był pewny, że pędzą one całe swoje życie. Zdziwiony obserwował, jak wychodzi z niego dwunożny, który następnie z tylnego wejścia do brzucha potwora wyciągnął coś brązowego. Wyglądało, jakby coś było w środku. A nawet jakby to coś żyło. Dwunożny podszedł do krawędzi mostu, wyciągając ramię z tym, co trzymał, a następnie upuścił to do rzeki. Do uszu kocura jednak zanim tajemniczy obiekt wylądował w wodzie zdążył dotrzeć przerażony pisk. Najwidoczniej reszta patrolu również go usłyszała, gdyż zatrzymali się. Ciernista Łapa natomiast nie tracił ani chwili. Jego łapy same ruszyły w stronę mostu.
— Ciernista Łapo, wracaj tu! — krzyknęła jego matka, jednak ten zdeterminowany pobiegł w stronę rzeki.
— To coś jest żywe, musimy to wyciągnąć! — krzyknął w desperacji, odwracając się do matki. Ta patrzyła na niego zdezorientowana, a reszta kotów z patrolu pobiegła w jego stronę. Kocur zatrzymał się przy brzegu, patrząc, jak w worze, który lepiej teraz widział, coś próbuje w desperacji wydostać się ze środka. Rozejrzał się, woda była dość głęboka, no i przede wszystkim zimna… Zadrżał na samą myśl. No nic, trzeba zaryzykować. Obok niego pojawił się Kminkowy Szum, który tuż po Ciernistej Łapie wskoczył do wody. Zimno, było mu tak strasznie zimno… Jego futro od razu przemoczyla woda, a mróz czuł chyba nawet w kościach, ale nie poddawał się. Młócił łapami, próbując dostać się do worka. Słyszał piski, które lekko zagłuszał szum rwącej wody. Na szczęście był on blisko brzegu przyniesiony przez prąd, więc Ciernista Łapa złapał za niego razem z Kminkowym Szumem, walcząc teraz z wodą. Z całej siły bił łapami w wodzie, żałując teraz wskoczenia do niej, w końcu jego matka złapała go za kark, a rudy wojownik, który był teraz z nim w wodzie złapał się trawy przy brzegu. Wyciągnięto ich na brzeg, sprawdzając zawartość worka. Ciernista Łapa pluł wodą, otrzepując się z niej w między czasie. Był wykończony, pomimo faktu, że była to krótka kąpiel.
— To kocięta! Mają szczęście, że je znaleźliśmy… — powiedziała Jagodowe Marzenie. Ciernista Łapa w końcu ruszył w stronę znaleziska, w którym kuliły się dwie małe kotki. Trzęsły się z zimna. Patrzył na nie zdezorientowany, jednak gdy jego matka chwyciła jedno z nich, sam schylił się, by zrobić to samo. Brązowa jednak patrzyła na niego lekko przerażona. Uśmiechnął się do niej, mając nadzieję, że poczuje się ona lepiej.
— Już dobrze, mała. Nic ci nie jest. Jesteś bezpieczna. — podniósł kotkę, podając ją jednemu z suchych wojowników. Jagodowe Marzenie sama oddała kociaka komuś innemu, teraz patrząc na syna w złości.
— Co ty sobie myślałeś?! Mogłeś utonąć! — kocur skulił się pod napływem jej złości.
— Przepraszam, ja… Chciałem je tylko uratować… — chciał się wytłumaczyć, jednak nie dała mu skończyć.
— Nie kosztem swojego życia! Ciernista Łapo, powinieneś następnym razem przemyśleć dwa razy swoje decyzje. Musisz być bardziej ostrożny. Pomimo tego, że uratowałeś te kocięta, spotka cię kara za podejmowanie pochopnych decyzji. — zakończyła monolog odwracając się w stronę obozu. Kocur otrzepał się z wody, patrząc na matkę jak ta odchodzi oburzony. Ratuje życie dwójki kociąt, a ta ma czelność narzekać?! Miał szczęście, że nie musiał płynąć dalej, bo faktycznie wpłynąłby na mocniejszy prąd… Na szczęście tam, gdzie się znalazł mógł jeszcze lekko czasami wyczuć dno rzeki. Kątem oka zauważył, że brązowa kotka nadal przygląda się mu. Cóż, przynajmniej w jej oczach może był bohaterem, a nie głupcem…

850 słów

[Przyznano 17%]

Od Mewy CD. Przebiśnieg

Gdy Mewa trafiła w ręce dwunoga, próbowała się wyrywać, drapać, syczeć — robiła wręcz wszystko, aby ten ją puścił, lecz nic nie przynosiło efektów. Już na skraju wytrzymałości z próbowania atakowania dwunoga postanowiła się poddać. Czuła, że żadna walka z nim nie pozwoli się jej wyrwać. Mewa opuściła łeb z nadzieją, że ją w końcu puści.
— Przebiśniegu! Pomóż mi! Kobczyk nie może być sama! — Wrzasnęła, mając nadzieję, że koteczka ją usłyszy. Nie wiedząc, co ma zrobić, ponownie spróbowała się wyrwać. Dwunożny chwycił ją mocniej i nawet wbijanie pazurów w jego skafander nie pomagało. Mewa, sycząc, plując, wyrywając futro ze swoich łap, szarpała się ile miała sił w łapach. Walczyła całym swoim ciałem. Gdy już z dwunogiem dotarła do domostwa, skrzywiła się na odór karmy dwunożnych, psów oraz ich dziwnych substancji, których używali, aby lepiej pachnieć. Mijała również zapachy kłującego w nozdrza dymu, którego pochodzenia nie znała. Jej uszy zalewała krew, gdy dochodziły do nich wrzaski potworów.
— Chce do lasu... nawet nie wiem, gdzie ja jestem! Gdy mnie puści wyrwę się stąd lada moment... — mruknęła cicho. Dwunożny już otwierał drzwi do swojego “obozu”, przed wejściem szczekał pies. Biała kotka sądziła, że jest wielki po samym jego szczekaniu. Wrzucił Mewę do domu i nawet nie zdążył zamknąć drzwi, gdy ta wywinęła się pod jego nogami do wyjścia, biegnąc na tyle szybko po ciepłym od przejeżdżających potworów asfalcie, że zaczęły jej krwawić łapy. Czując piekielny ból, wbiegła na jakąś ogrodzoną polankę i zaczęła wylizywać popękane poduszki, które pulsowały jej z gorącą. Szkarłatna maź spływała po jej białych łapach, kotka zaczęła prędko to wylizywać i wypluwać wyrwaną sierść pomieszana z krwią.
— Lisie łajno... — burknęła i wyskoczyła za płot ogródka. Nie mając kompletnie pojęcia, gdzie się znajdowała, postanowiła pójść wzdłuż drogi grzmotu. Słodki zapach kocimiętki rosnący przy niektórych płotach kierował ją najwidoczniej do lasu, lub gorszej części miasta gdzie spotkała Izydę. Nagle za jej ogonem poczuła mocne tupnięcie czyjejś łapy. Nie zdążyła nawet zareagować, a ten sam dwunożny porwał ją ponownie. Tym razem stał jednak z psem. Mewa nie potrafiła już nic zrobić oprócz zostawienia błota i krwi na skafandrze dwunoga.
— Jeśli ktoś mnie słyszy, niech mi pomoże! — wrzasnęła na tyle głośno, że aż zabolało ją gardło. Ostatni raz tak mocno wrzasnęła na swojego partnera kilkanaście księżyców temu. Skuliła się z bólu gardła i przycisnęła łbem do dwunoga. Mewa pogodziła się już z porażką i tym, że raczej u dwunoga zostanie… może na kilka księżyców?… a może na zawsze?… od razu odgoniła tę myśl, bo wiedziała, że na pewno Przebiśnieg przyjdzie jej pomóc.
"Odór tego psa chyba przeze mnie przesiąknie! Będę śmierdzieć jakimś zdechlakiem… " — pomyślała i otrzepała jedyną wolną część ciała, która był jej ogon. Dwunożny przeprowadził ją przez czarno-białe pręgi na drodze i dotarli do jego obozu. Wrzucił ją na zimna posadzkę i szybko zamknął drzwi. Mewa od razu pobiegła na najwyższy szczyt — na drewnianą półkę, aby dwunóg nie mógł jej dosięgnąć. Dwunożny zaczął coś do niej mówić, lecz ona wcisnęła się w kąt i skulona siedziała tam przez cały czas z napiętymi mięśniami. Gdy ten ogromny ufolud ściągnął swoje futro oraz kacze łapy, Mewa chciała zbiec z szafki i zdrapać mu całą skórę z łap! Ale jednak wiedziała, że gdy to zrobi, ten pchlarz urwie jej ogon lub uszy.
— Chcę stąd wyjść! Kobczyk sobie sama nie poradzi… — miauknęła sama do siebie pod nosem i położyła się w takiej pozycji, aby nie pokazywać swojego pyska. Powoli zaczęła przysypiać ze zmęczenia, ale nie chciała zasypiać w tym miejscu. Bała się, że Przebiśnieg po nią nie przyjdzie, nie uratuje jej, albo co gorsza, porwie jej córkę! Wycieńczona Mewa już nie miała siły nawet myśleć, położyła w końcu łeb na szafce i zasnęła. Wszystko jednak przemyślała, była na tyle wysoko, że dwunożny na swoich łapach jej nie dosięgnie, gdyby chciała się przed nim schować, to nawet na słońce w tym dziwnym obozie by weszła.

<Przebiśniegu? Pomóż mi…>

Od Makowej Iluzji

Ruda siedziała w legowisku wojowników, jej siostra — Kocimiętkowy Wir — już najwidoczniej opuściła legowisko i jest zajęta sobą. Od mianowania Mak, ich relacje się… lekko mówiąc, pogorszyły, mniej się do siebie zaczęły odzywać. Ale Makowa Iluzja rozumiała to w stu procentach. Przecież jej siostra mogła być zajęta swoimi obowiązkami, Rudej wojowniczce nie pozostało nic więcej niż opuszczenie ciepłego legowiska i wyjście zapolować dla klanu. Wiedziała, że musi to zrobić, by sama mogła zjeść, kodeks wojownika to nakazywał, a ona nie chciała łamać prawa. Zgrabnie się rozciągnęła i wyszła z nory, zostawiając za sobą ciepły zapach pomieszany z różnymi roślinami wplątanymi w futro. Przywitała się szybko z wojownikami siedzącymi na polanie i pognała do wyjścia z obozowiska.

* * *

Las przed nią był już coraz jaśniejszy przez docierające do niego smugi słońca. Makowa Iluzja wyczuła nornicę prawdopodobnie również szukająca jedzenia. Niczego nieświadome zwierzątko wpadło prosto w pazury rudzielca. Dumna ze swojej zdobyczy zakopała ją i poszła dalej w poszukiwaniu kolejnych piszczek. Gdy już była w głębi lasu, ściółka pod jej łapami stała się chłodniejsza, bardziej wilgotna. Powietrze pachniało mchem i cieniem, a śpiew ptaków przycichł, jakby sam las wstrzymał oddech. Makowa Iluzja zwolniła, unosząc lekko pysk. Coś tu było. Nie zapach drapieżnika. Nie obcy kot. Coś subtelniejszego — świeży trop królika, jeszcze ciepły, wyraźny, prowadzący między korzeniami starego dębu. Ruda wojowniczka przywarła do ziemi, ogon ułożyła nisko, każdy krok stawiając z ostrożnością godną najlepszego łowcy. Jej bursztynowe oczy błysnęły skupieniem. Królik wyskoczył nagle zza paproci. Makowa Iluzja nie zawahała się ani przez ułamek uderzenia serca. Skok był szybki i precyzyjny — jakby ćwiczyła go setki razy w myślach. Jej pazury wbiły się w miękkie futro, a po chwili wszystko ucichło. Stała przez moment nieruchomo, ciężko oddychając. Druga zdobycz jednego poranka. To powinno ją cieszyć bardziej, niż cieszyło. Zakopała królika niedaleko nornicy, znacząc miejsce zapachem, po czym uniosła głowę.

Od Pomocnego Wróbelka CD. Drobnej Łapy (Drobnego Ukojenia)

Kocur siedział na chłodnym piasku, czując, jak ten okleja jego długą sierść. Przyglądał się uważnie uczennicy, która właśnie podejmowała się drugiej próby otworzenia kraba. Mimo że trochę męczyła się z twardym skorupiakiem, ostatecznie udało jej się go otworzyć. Gdy tylko skorupa odsłoniła delikatne wnętrze stawonoga, Drobna Łapa odwróciła się w stronę mentora.
— Mówiłam, że się uda! — oznajmiła z dumą.
— Nigdy w to nie zwątpiłem… — odpowiedział z uśmiechem bury, kładąc swój ogon na barku uczennicy. — W końcu nadeszła chwila… byś spróbowała, jak smakują kraby…
— No tak! Prawie o tym zapomniałam!
Drobna Łapa skrzywiła pyszczek w tym samym momencie, w którym wgryzła się w białe mięso. Smakowało… zupełnie inaczej od myszy czy ptaka.
— To… Kraby raczej nie będą… moim ulubionym jedzeniem — mruknęła po chwili.
Protektor zaśmiał się cicho na widok skwaszonego pyska uczennicy.
— Ja też nie jestem wielkim miłośnikiem krabów… — powiedział ciepło z uśmiechem na pysku. — Możemy zabrać nasze kraby do obozu… na pewno ktoś, kto nie jest w stanie samodzielnie na nie zapolować, się ucieszy…
Kotka pokiwała energicznie łebkiem, łapiąc swojego kraba.

***

Kilka dni temu została mianowana uczennica Wróbelka, Drobna Łapa, a teraz Drobne Ukojenie. Kocur mimo ostatniego bólu stawów przechadzał się po obozie, sprawdzając co u pobratymców. Najwyraźniej ten sam pomysł miała, jego była uczennica, gdyż w drodze do legowiska starszyzny prawie na siebie wpadli.
— Dzień dobry Pomocny Wróbelku! — zaczęła entuzjastycznie srebrna.
— Dzień dobry Drobne Ukojenie… — odpowiedział z uśmiechem, nowe imię protektorki miało bardzo przyjemny wydźwięk. – Jak się czujesz… w nowe roli?

Od Modliszkowej Ciszy CD. Berberysowej Łapy

Modliszkowa Cisza właśnie brał udział w pogoni za zającem wraz z Oskrzydlonym Ognikiem i Skrzypiącym Skrzypem, który zauważył szaraka. Jego pazury wbijały się w zamrożoną ziemię, a uszy były przyciśnięte do łba, by uchronić je przed hałasem wiatru. Szara zwierzyna starała się unikać ataków, skręcając w różne strony, lecz nawet to nie uchroniło jej przed śmiertelnym atakiem ze strony Modliszki. Kremowy, gdy tylko znajdował się parę uderzeń serca od zająca, wbił w jego kark ostre kły, aż usłyszał chrupnięcie kręgosłupa. Szkarłatna, wciąż ciepła ciecz wypełniła jego pysk. Kocur wyprostował się, dysząc, oblizał pysk z krwi. Ruch mięśni ogrzał jego ciało, lecz chłodne powietrze mroziło mu gardło.
– Dobra robota – wydyszał z aprobatą w stronę towarzyszących mu wojowników.
Oboje przesłali starszemu uśmiech, a rudy kocur wziął w pysk ofiarę, by zabrać ją do obozu.
Zielone ślepia Modliszki, dostrzegły inny patrol, od razu zasygnalizował kompanom, by poszli za nim, idąc w stronę drugiego patrolu.
– Niezła zdobycz! – wymruczała Śnieżycowa Chmura a wraz z nią inne koty.
Kremowy kiwnął głową w podziękowaniu.
– Świetny zając oraz pogoń Modliszkowa Ciszo – powiedział nieśmiało rudo-biały kocurek.
Wojownik przez chwile wpatrywał się w ucznia, analizując jego pysk, próbując przypomnieć sobie informacje o młodym kocie.
– Dziękuję Berberysowa Łapo. Jeśli będziesz słuchał się swojej mentorki, sam będziesz tak potrafił. Bardzo wyrosłeś, prawie cię nie rozpoznałem – powiedział, starając się zainicjować rozmowę, tak jak radziła mu jego siostra, Szafirkowy Wiatr. Ostatnimi czasy starał się mieć bardziej otwarte nastawienie do pobratymców, mimo że jego chłodny ton sprawiał, że jego słowa brzmiały sarkastycznie.

<Berberysowa Lapo?>

Od Zwiewnego Maku CD. Niebiańskiej Poświaty

Przeszłość

Zwiewny Mak zmrużyła oczy. Czy ta kocurzyca właśnie nazwała ją… Makowa Szkapa?
— Nie jestem Makowa Łapa. Jestem Zwiewny Mak — odparła chłodno, lecz majestatycznie mała kotka — Witaj, Niebiańska Łapo. Jak tam? Jak ci się podobają uczniowskie obowiązki? — rzekła z wyższością, nie wiedząc, że Klifiaczka jest już wojowniczką.
— Nie nazywam się już Niebiańska Łapa, tylko Niebiańska Poświata — odmiauknęła równie chłodno kotka.
Zwiewny Mak obnażyła zęby, ukazując swoją frustrację i odeszła, trzymając ogon wysoko. Nie chciała rozmawiać z tą przemądrzałą kocurzycą. I tak nie miały sobie nic do powiedzenia!

* * *
Teraźniejszość

Zwiewny Mak szła samotnie przy granicy z Klanem Klifu. Myślała o Kołysankowej Łapie; jej niedawno zmarłym przyjacielu. Wciąż ubolewała po jego stracie. Nagle do jej nozdrzy trafił ostry zapach kotki znad morza. Szybko odwróciła głowę, by ujrzeć Niebiańską Poświatę, młodą wojowniczkę Klanu Klifu.
— Och. Witaj — miauknęła Zwiewny Mak.
Nie wiedziała czemu, ale poczuła chęć powiedzenia Klifiaczce o śmierci bengala. Nie była na zgromadzeniu, przez co nie miała pojęcia o tym, że Niebo już o tym wie.
— Słuchaj… nie mamy dobrych relacji, wiem to. Ale muszę ci coś powiedzieć. Kołysankowa Łapa… umarł.
Mak spuściła wzrok. Jej serce zabolało, gdy pomyślała o Kołysanku.
"Teraz jest szczęśliwy ze swoimi kompanami w Klanie Gwiazdy" — pocieszyła się w myślach, oczekując odpowiedzi od Niebiańskiej Poświaty.

<Niebiańska Poświato?>

Od Lisa

Lis pokuśtykał do legowiska uzdrowicieli. Dziś rano, gdy pomagał robić nowe gniazda z mchu, potknął się o wystający kamień i zwichnął nogę. Iskrzyk podpierał go z jednej strony, by pomóc kiwaczkowi w dojściu. W wejściu powitał ich Poranek.
— Czego potrzebujecie? — zapytał uczniów.
— Chyba zwichnąłem nogę — wyjęczał Lis.
Uzdrowicieli ruchem ogona zaprosił go do środka i nakazał, by Iskrzyk pozostał na zewnątrz. Przeglądał wzrokiem zioła, aż w końcu wyjął liście bzu. Młodszy rudzielec oczywiście nie znał nazwy tych ziół, lecz nie chciał się dopytywać.
Kocur przeżuł je na papkę i zaczął nakładać okład na nogę ucznia.
Lis westchnął z ulgą. Dobrze, że uzdrowicieli wie jak wyleczyć jego uraz.
— Ale ty masz błota na łapach, Lisie! Coś ty takiego zrobił, że takie masz brudne łapy?
Lekko zawstydzony pochylił głowę. Od kociaka maczał je w błocie i czuł do tego jakiś… sentyment? Nostalgię? A więc wciąż to robił mimo niezadowolenia niektórych kotów.
— Ja… zawsze to robiłem i do dziś smaruje je błotem.
Poranek ze zdziwieniem pochylił głowę, jednak nie pytał dalej.

* * *

Kilka dni później łapa Lisa miała się znacznie lepiej. Choć czasem pobolewała, uczeń mógł hasać po polanie (na swój sposób, przewracając się ciągle) i znów pomagał w obozie. Był zadowolony, że znów może wykonywać swoje obowiązki i był z tego dumny!

[211 słów]

[Przyznano 4%]

Wyleczony: Lis