BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chyża Łapa x Poziomkowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chyża Łapa x Poziomkowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

06 października 2026

Od Poziomkowej Łapy CD. Chyżej Łapy

Po zasypaniu, w legowisku medyka

Poziomkowa Łapa poczuła, jak ktoś ją mocno zaczął szarpać, a do uszu docierał jakiś niezrozumiały bełkot. Gdy zauważyła przed sobą majaczący pysk siostry, wysunęła do niej słabo przednią łapę, myśląc, że może jej się wydawało, niemal stykając się z tą Porzeczki. Po chwili jednak doskoczyła do niej ruda plama, która odsunęła od Poziomki siostrzyczkę.
— Porzeczko? — mogłaby przysiąc, że wypowiedziała to na głos. A jednak z jej pyszczka w rzeczywistości wydobyło się jedynie charknięcie. Chciała, żeby ktoś ją teraz przytulił. Jej oczy ponownie zaszły mgłą, a sama leżała wysunięta z legowiska bezwładnie, niczym rozciągnięta kuna.

***

Teraźniejszość

Poziomkowa Łapa stała przed jedną z wielu odnóg, zaglądając w głąb ciemnego tunelu. Poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu na samą wizję wyjścia z obozu. Nie wychodziła z niego tak długo, że zdążyła się odzwyczaić od widoku nieskończenie ciągnących się wrzosowisk. Bała się, że znowu spotka ją przykry wypadek, a absolutnie tego nie chciała. Obawiała się również tego, co ostatnio powiedział jej Dzielna Łapa. Kolega w końcu nie chciałby nigdy jej okłamać, szczególnie w tak ważnym temacie, prawda? Tamtego razu jej się poszczęściło. Bo kto wie, może nikt nie usłyszałby zawalenia się odcinka tunelu? Może nikt by nie przyszedł jej na pomoc wystarczająco szybko albo zasypałoby ją na tyle głęboko, że nie udałoby się jej pobratymcom jej odkopać na czas i udusiłaby się, przygnieciona gruzem? Wzdrygnęła się, spoglądając na mentora. Przewodnik domyślił się, mimo wszystko nie zamierzał pozwolić na to, żeby kolejny dzień się zmarnował. Bardzo zależało mu na tym, aby przekazać kotce wszystkie najpotrzebniejsze umiejętności. Już wiele się nauczyła pod jego czujnym okiem, aczkolwiek nadal miała sporo miejsc, które dało się zapełnić wiedzą oraz doświadczeniem. W przyszłości od jej decyzji mogły zależeć życia Burzaków, dlatego niezwykle istotne było, żeby zadbać o bardzo dokładne wyszkolenie jej. Nawet najmniejszych szczegółów, które na pierwszy rzut oka mogły wydawać się niepotrzebne.
— Jeśli nie jesteś pewna, to zawsze trzymaj się jednej ze ścian. Tak, jak trenowaliśmy. Już wiele razy przechodziłaś tym tunelem, więc sobie poradzisz — powiedział do niej, a czarna szylkretka poruszyła uchem nieznacznie. Nie spodziewała się, że kocur jakkolwiek spróbuje ją, chociażby pocieszyć czy wesprzeć na duchu, dlatego też było to dla niej wystarczająco zaskakujące. Kiwnęła zatem głową. Może jeśli zamknie oczy i uda, że jest tak naprawdę gdzieś indziej, przykładowo w cieplutkim legowisku obok siostrzyczek, to będzie jej łatwiej? Owszem, przechodziła tędy już tak wiele razy. Znała ten tunel, wiedziała, dokąd prowadził. Było to jedno z wyjść, całe szczęście tuż obok żłobka, a nie Kamiennych Strażników. Serce zabiło jej szybciej, a przez klatkę piersiową przeleciało nieprzyjemne uczucie. Łapy stały jej się słabsze. Nie mogła się teraz poddać.
Odetchnęła z ulgą, gdy mroźny, świeży zapach dotarł do jej nozdrzy. Nim się obejrzy, zdążą już opuścić azyl. Wzięła głębszy oddech i kiwnąwszy głową, ruszyła tuż przed kocurem. Wyobraziła sobie, że przewodnik był tuż przed nią i prowadził ją przez prosty, krótki odcinek ze spokojem i gracją, a ona, szła jego śladami z głową uniesioną wysoko. Tak, jak do tej pory. Ta wizja napawała ją swego rodzaju nadzieją. Może wyrobiła sobie właśnie sposób, jak radzić sobie z lękiem? Odczuwała lekką niechęć względem zanurzania się ponownie do tuneli, ale bez tego nie mogła przecież żyć. Kto by polował? W dodatku była uczennicą przewodnika, a na otwartych przestrzeniach czuła również dyskomfort. Czasami miała wrażenie, że ciężko było jej dogodzić, że może wymagała zbyt wiele od każdego dookoła. Nie chciała rezygnować ze swojej wymarzonej roli z powodu jednego wypadku. Musiała być silna. Nawet jeśli kosztowało ją to wiele i było niezwykle, niezwykle trudne.
— Dasz sobie radę, Poziomko — szepnęła do siebie, końcówką ogona muskając ścianę po swojej prawej stronie. Czuła pod poduszkami twardy grunt. Nieco chropowata, sucha ziemia przylepiała się maleńkimi drobinkami do jej wielokolorowego ogona, jednak nie przeszkadzało jej to szczególnie. Zdążyła się do tego już przyzwyczaić.
Zanim się obejrzała, zdążyli wyjść z azylu. Był to pierwszy raz, kiedy wyruszyła tak daleko, odkąd została zasypana. Możliwość rozprostowania łap tak, jak dawniej, również działała na nią w pewien sposób terapeutycznie. Dawało jej to nadzieję, że jednak wypadek nie przekreślił całej jej przyszłości.
Dwójka wyszła w ciszy na pokryte śnieżnym puchem połacie. Poziomkowa Łapa zrobiła wielkie oczka. Rzeczywiście, Dzielna Łapa miał rację. Śniegu było tak dużo, że aż pobolewały ją ślepia, podatne na tak jaskrawe zmiany. Łapy zaczęły ją piec, a uszy powoli rezygnowały z oferowanego jej do tej pory czucia. Wzdrygnęła się. Z jej pyszczka zaczęła wydobywać się ciepła para, zamieniająca się prędko w chmurkę. Śniący Obserwator również został dotknięty srogością Pory Nagich Drzew, jednak dużo sprawniej ukrywał to w sobie.
— Pójdziemy do starego obozu, może uda się nam coś jeszcze znaleźć.
Poziomka kiwnęła głową. Cieszyła się, że mogła jakoś czymś zająć nieustanną gonitwę myśli w jej głowie. Szła tuż obok kocura, który przyspieszył nieco tempa. Mieli określony czas, jaki mogli spędzić poza obozowiskiem. W końcu nie mogli przebywać tu zbyt długo, skoro widmo hipotermii zbliżało się coraz bardziej dotkliwie. Zostawiali za sobą ślady, łapy uczennicy tonęły delikatnie w gęsto nasypanym, acz kruchym puchu. Niektóre miejsca były głębsze, inne płytsze, a mimo wszystko i tak paraliżujący chłód wprawiał ją w dyskomfort, mimo że był tak przepiękny.
Wysoko pnąca się wieża zamajaczyła przed dwójką. Wreszcie, znalazłszy się w znajomym miejscu dla starszego, szylkretka udała się do legowiska medyka. Do tej pory nie wiedziała za bardzo, gdzie udało jej się zawędrować. Tym razem mentor zaczął szukać razem z nią, odkopując zniszczoną norę. Niebieskooka łapami brodziła w zwęglonych płatach, węsząc jednocześnie, ale z góry, nie chyląc nosa do ziemi. Wreszcie, po paru uderzeniach serca udało jej się coś znaleźć – pod kamiennymi schodami coś przykuło jej uwagę. Podeszła bliżej, ujmując w łapy dobrze zachowany pęczek trybuli. W jej oczkach pojawiły się iskierki podekscytowania. Odwróciła łeb do Śniącego Obserwatora.
— Udało mi się coś znaleźć! Pachnie ziołami. Przyda się? — zapytała go, poruszając nieznacznie ogonem. Kocur kiwnął głową.
— Wdzięczna Firletka zidentyfikuje, co to. Zaniesiemy jej to, ale rozejrzyjmy się jeszcze za czymś.
Machnąwszy ogonem, odwrócił się i zaczął przekopywać skrawek, jeszcze niedotknięty przez ich łapy dzisiaj. Koteczka przyjęła jego słowa do informacji, odkładając delikatnie zawiniątko. Przecież nie mogła pozwolić na to, żeby się uszkodziło. Było zdecydowanie zbyt cenne!

***

Niestety, po poszukiwaniach, które kosztowało ich czucie w łapach, wrócili jedynie z pęczkiem. Mimo wszystko liliowa zielarka przyjęła go ze swego rodzaju nadzieją, ciesząc się z takiego skarbu. Uczennica była z siebie niesamowicie dumna. W końcu nie zawsze udawało się znaleźć coś, co było rzeczywiście przydatne! W ruinach wiele z niegdyś w perfekcyjnym stanie, rzeczy pozostał jedynie popiół, dawno zdmuchnięty i poniesiony daleko przez wiatr. Ogon młódki zafalował z podekscytowania, a sama miała wrażenie, że rozpierała ją energia mimo podróży.
Wyszła z nory, żegnając się uprzednio z medyczką. Śniący Obserwator pozwolił jej odpocząć, dlatego też cieszyła się z tego powodu niezmiernie. Mogła wreszcie porozmawiać więcej z siostrzyczkami! Najszczególniej zależało jej na tym, żeby odnaleźć Porzeczkę. Chciała z nią pilnie zamienić słówko. Pamiętała o ich nauce przemów, zależało jej, żeby stać się idealną w tej dziedzinie. Szylkretka tego od niej potrzebowała, więc mogła dla niej zrobić chociaż tyle. W tłumie kotów odnalazła szybko ciemne, nakrapiane futerko kotki. Podeszła do niej pospiesznym krokiem, tym samym zwracając na sobie jej uwagę.

<Porzeczko, może znowu zapozuję? Żebyś nie była na mnie zła? Jesteś na mnie zła?>
[Event w Klanie Burzy: Przeszukiwanie obozu; znalezienie w legowisku medyka pęczka trybuli]

Od Chyżej Łapy CD. Poziomkowej Łapy

— Tak dobrze? Dobrze pozuję, Porzeczko?
Uczennica obeszła siostrę, analizując dokładnie jej postawę, gdzieniegdzie poprawiając ją nieco, po czym stanęła przed nią i się zastanowiła.
— Wyglądasz na zbyt sztywną. Rozluźnij się tak, jakbyś po prostu była szczęśliwa, że możesz mnie wspierać. Pomyśl, że dzięki swojej postawie i grze aktorskiej ja będę mogła osiągnąć wszystko! — podniosła ją na duchu. — Dasz radę, a ja dam radę, siostrzyczko — dodała z entuzjazmem. — Pokaż mi ten uśmiech bombelka.
Poziomka ponownie podeszła do próby, tym razem wyglądając niemal idealnie naturalnie, z pociesznym uśmiechem.
— Cudownie! — poczochrała szylkretkę po głowie. — Następnym razem poćwiczymy ponownie twoją przemowę.

Dzień, w którym Poziomkowa Łapa została zasypana

Gęste, bure chmury kłębiły się nad wrzosowiskami, odcinając słońcu dostęp do ziemi niemal całkowicie. Chyża Łapa właśnie siedziała przy wyjściu z tuneli, czekając na swoją mentorkę. Chciała dziś się wykazać przed nią, by wreszcie zyskać wojownicze imię. Wiatr tarmosił jej sierścią i wzburzał zielone kłosy traw w falujący ruch, dając widowiskowy efekt. Z wielkim spokojem oczekiwała wynurzenia się z tunelu Małej Bazi, po czym mogła wyruszyć w poszukiwanie najznakomitszego kąska.
W międzyczasie zastanawiała się nad swoimi nielicznymi osiągnięciami: zabiła kunę, ratując życie Dzielnej Łapy oraz nigdy nie wracała z polowania z pustymi łapami i na razie to było tyle. Za mało, by zyskać aprobatę klanu, za mało, by ktokolwiek ją zauważał. Chciała być w centrum uwagi, czy to tak wiele? Co jeszcze może zrobić, by zaskarbić sobie serca pobratymców? Obalenie władzy to jedynie jakieś głupie marzenie kocięcia z problemami społecznymi, musiała jakoś pogłówkować. Założyła łapę na pysk, wściekając się na siebie za brak kreatywności, po czym zaczęła rozdrapywać strupka, uwalniając szkarłatną ciecz. Wtedy z tunelu wyłoniła się Mała Bazia, spokojnie oglądając otoczenie. Dopiero po chwili dojrzała swoją uczennicę.
— Chyba będzie padać — stwierdziła, spoglądając na niebo.
— W takim razie chyba musimy się pośpieszyć, co? — burknęła uczennica, marszcząc nos.
— W takim razie, gotowa? — spytała.
— Jak nigdy — skwitowała z dziarskim uśmiechem, po czym ruszyła biegiem przed siebie, zostawiając szylkretkę w tyle.
Kocica zawędrowała do miejsca pełnego króliczych nor. Przypadła do ziemi i powoli skradając się, zaczęła poszukiwać wzrokiem potencjalnych zdobyczy, jednocześnie węsząc. Dojrzała jedną parę zwierząt. Zmarszczyła brwi i powoli zaczęła sunąć w ich stronę z chytrym uśmiechem.
Jeden z królików był wyjątkowo pulchny, zwłaszcza jak na aktualnie chłodną porę i to na nim zakleszczyła swoją uwagę. Zajęczaki żerowały sobie, nie zważając na czyhające na nie niebezpieczeństwo. Chyża Łapa, póki co zmierzała w ich stronę pod wiatr, będąc pewna, że pozostanie niewykryta. Wtem jednak wiatr zwolnił, a zaraz potem zmienił bieg i teraz wiało na prawo od Porzeczki. Zwierzyna nagle podniosła łby i się rozejrzała niespokojnie, a uczennica za wszelką cenę starała się przykleić do ziemi na tyle, by uniknąć wykrycia. Na jej nieszczęście, króliki w sekundę poderwały się do biegu. Kotka nie zamierzała jednak odpuścić. Niemal natychmiast ruszyła pędem za nimi. Przykleiła uszy do tyłu głowy i wykorzystała swoje sprężyste cielsko, by jak najszybciej dogonić zwierzynę. Wyciągała łapy tak daleko, jak mogła, póki nie nadążyła za swoim celem. Pulchny królik był dość powolny w porównaniu z tym drugim, który pędził znacznie szybciej. Porzeczce było to oczywiście na korzyść. Wbiegli nagle na spaloną część terytorium, więc trawa teraz nie obijała się o łapy, znacznie zwiększając komfort gonitwy. Gdy zdobycz była już w zasięgu łap, kotka wybiła się nagle i wylądowała na zwierzęciu. Usłyszawszy paniczny pisk, przeturlała się kawałek razem ze zwierzęciem w kuli łap i sierści. Gdy się zatrzymali, Porzeczka przyszpiliła króliczkę za klatkę piersiową i zacisnęła zęby na tchawicy, dopóki zwierzę nie ucichło. Gdy tylko cielsko zwiotczało, puściła je i obejrzała starannie. Była to porządna sztuka. Uśmiechnęła się pod nosem, a chwilę potem nadążyła za nią truchtem Mała Bazia. Nim cokolwiek zrobiła, z ciężkich chmur zaczęły się sypać krople deszczu, a jego szum przykrył odgłosy łąk.
— No dobra, wracajmy! — powiedziała mentorka, podnosząc głos. Porzeczka chwyciła swoje trofeum i ruszyła przodem w stronę najbliższego tunelu.
Wąsy kotki uginały się pod ciężarem kropel, a sierść wyglądała, jakby się wylewała z jej cielska. Kotki minęły spalone tereny, po czym niedługo później znalazły się przy wejściu do tuneli. Gdy weszły, otrzepały się szybko i truchtem przemierzyły ciemne korytarze.
Chwila tylko im zajęła, by dostać się do obozu, w którym trwało dziwne zamieszanie. Zmarszczyła brwi, odkładając gdzieś upolowanego królika w pierwsze lepsze łapy, po czym zmierzyła w stronę największego zbioru kotów. Wszyscy wyglądali na przestraszonych, zdziwionych, zakłopotanych, a niektórzy panikowali. W tym całym popłochu Porzeczka przepchnęła się do burej siostry, nie mogąc znaleźć nigdzie tej rudej.
— Malinko, gdzie Poziomka? — spytała, zirytowana całą sytuacją. Jej siostra wyglądała na przerażoną, a w jej oczach błysnęła łza.
— Z-zasypało ją!
Porzeczce serce się zapadło. Otworzyła pysk w zdziwieniu.
— Co… GDZIE ONA JEST? — wrzasnęła przeraźliwie na młodą kronikarkę.
— U Wdzięcznej Firletki! Nora medyka! — odparła głośno, próbując przebić swój głos przez zamęt wokół.
Kocica natychmiast się rzuciła w kierunku wskazanym przez burą. Z wściekłością przepchnęła siedzącego przed wejściem do legowiska niczym stróż Dzielną Łapę, dorywając siostrę, która jeszcze była półprzytomna, ledwo kontaktująca.
— JAK ŚMIESZ PRAWIE GINĄĆ! — ryknęła, mijając medyczkę. Kucnęła przy siostrze i łapą z wyciągniętymi pazurami próbowała obudzić uczennicę. W amoku nie słyszała nic i nikogo, aż nie dopadł do niej Dzielna Łapa, przytrzymując ją z dala od Poziomki. Porzeczka wrzasnęła wściekle i splunęła na niego, lecz ten chwycił ją za kark, a Mała Bazia pomogła mu wyciągnąć ją z legowiska medyka.
— Opanuj się, dzikusie! — starała się upomnieć swoją uczennicę, którą właśnie taszczyła przez korytarz razem z rudym uczniem.
Chyża Łapa została umieszczona w legowisku uczniów i zostali tam, by ją uspokoić i przywołać z powrotem do zmysłów. Opanowała się dopiero po długiej rozmowie.
Porzeczka nie rozpoznawała samej siebie. Co w nią wstąpiło?

<Poziomko? Zdrowiej, bo dostanę na łeb>

23 września 2026

Od Poziomkowej Łapy CD. Chyżej Łapy

— Poziomko? Pomożesz mi potem z przekłuciem uszu? — wydobył się cichy, lekko niewyraźny szept z pyszczka siostry, której udało się ją dogonić. Poziomkowa Łapa spojrzała na nią w lekkim zdziwieniu. Nie miała nigdy doświadczenia w przekuwaniu uszu, dlatego też zmartwiła się odrobinę, że mogłaby bardziej zaszkodzić bliskiej, niżeli jej pomóc, aczkolwiek skoro tak ładnie prosiła… musiała się tego podjąć. Jednak, dla bezpieczeństwa, zawsze mogli poprosić o pomoc Wdzięczną Firletkę czy Łzawą Łapę. Kiwnęła więc niepewnie głową, ale po chwili jej pyszczek się rozświetlił.
— Tak. Tylko czy wiesz, jak to zrobimy i czym? — zapytała, nieświadoma, iż rozmówczyni miała w policzku kły kuny, pozyskane sprzed chwili.
— Pokażę ci, jak wrócimy do obozu — wymamrotała jeszcze, a najmłodsza kiwnęła głową posłusznie. Była bardzo ciekawa, a jednocześnie zmartwiona tym pomysłem. Czy powinna kogoś o tym poinformować, w razie, gdyby coś miało pójść nie tak? Tak byłoby najlepiej, ale… wcale nie zapowiadało się to na łatwe. W dodatku nie chciała martwić swojej siostrzyczki. Wróciła więc spojrzeniem do Dzielnej Łapy, który teraz szedł nieco na uboczu, nadal w szoku, wzrok miał zawieszony na łapach, a ogon nisko przy ziemi. Wyglądał zupełnie inaczej niż w dniu swojego mianowania. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy, posłała mu pocieszający uśmiech, aczkolwiek rudy go nie odwzajemnił. Poziomka poczuła ukłucie w sercu. Co, jeśli pomyślał, że się z niego śmiała? Poruszyła nerwowo końcówką ogona, ślepia wlepiając w ciemne ściany tunelu, do którego właśnie wspólnie wchodzili.
Do nosa uczennicy dopadł się mokry, przyjemny zapach azylu. Czuła ulgę, że po takim dniu przyszło jej wreszcie wrócić do domu i możliwie odpocząć. Już niedługo po przed jej oczami wymalowała się duża jama, mieszcząca znajome im, kręte odnogi. Jako uczennica przewodnika, czuła się w takich warunkach dużo lepiej, niżeli na otwartej przestrzeni. Gdy miała jedynie gwiazdy oraz chmury nad sobą, w jej sercu kwitł dyskomfort. Ilekroć próbowała się do tego przyzwyczaić i przekonać, było jej niezwykle ciężko, a wszelkie ptaki przemierzające nieboskłon wprawiały jej żołądek w nieprzyjemny stan. Słyszała opowieści, w których kocięta porywane były przez wielkie, drapieżne ptaki. Nie wiedziała, czy taką uczennicę jak ją również mogły porwać, miała szczerą nadzieję, że nie. W końcu nie potrafiła latać.
Odprowadziła dwójkę rannych bliskich jej kotów do legowiska medyków, gdzie powitał ich zmartwiony wyraz pyszczka Wdzięcznej Firletki, a także już nieco neutralny, Łzawej Łapy. Dzielna Łapa i Chyża Łapa zostali poturbowani przez atak kuny, sama Poziomkowa Łapa również powinna dać się obejrzeć, mimo że na pierwszy rzut oka nie dało się dostrzec żadnych widocznych śladów. Dlatego też zielarki zaczęły od tych, którzy potrzebowali pilnej pomocy. Na łapę Porzeczki nałożono świeżo zmieloną papkę, uprzednio czyszcząc uszkodzone miejsce, wylizując nadmiar krwi, z czego część kazano zlizać samej szylkretce. To samo tyczyło się Dzielnej Łapy, a przynajmniej jak chodziło o miejsca, do których był w stanie dosięgnąć. Resztą zajęły się sprawnie dwie koteczki, a Poziomka przez cały ten proces milczała, nie wyłapując niczego bardziej szczególnego z ich konwersacji, poza zaleceniami, że powinni się od teraz oszczędzać i nigdy więcej nie rzucać w szczęki kun, ponieważ to niebezpieczne i godne mysiego móżdżka.
Na sam koniec przyszedł czas, by obejrzeć i ją. Ustawiła się zatem obok liliowej i pozwoliła, by dokładnie obejrzano jej skórę, rozdzielając długie kłosy. Poza paroma powierzchownymi nacięciami nie stało jej się nic złego. Miała po tym nie pozostać nawet blizna, dlatego też ruda odetchnęła z ulgą. Martwiła się, że blizna uczyniłaby ją szpetną, mimo że na Porzeczce prezentowały się wręcz przeciwnie, pięknie. Wyglądała, jakby była już doświadczoną wojowniczką, długo służącą wiernie Klanowi Burzy. Czy Dzielna Łapa również będzie czuł się w ten sposób? W końcu jego rany były dużo głębsze, chociaż nigdy nie było gwarancji, czy z danego nacięcia pozostanie jakiś ślad.
— Dobrze. Możecie iść. Porzeczkowa Łapo, Dzielna Łapo, jeszcze raz uważajcie na siebie. Nie nadwyrężajcie łap podczas treningów — miauknęła im na odchodne. Niebieskooka skinęła łebkiem w podzięce, gdy dwójka zaczęła już człapać powoli w stronę legowiska uczniów.
— Dziękuję, że się tak dobrze zaopiekowaliście moimi bliskimi — mruknęła, a Wdzięczna Firletka uśmiechnęła się lekko. Poziomka również rozpromieniła się, wreszcie wychodząc. Sprawnie dogoniła czarno-rudą koteczkę, próbując uwzględnić w tym również Dzielną Łapę. Mimo starań rudy kocur szedł sennie odrobinę za nimi, jakby nie chciał się narzucać.
— Pokażesz mi niedługo? — zapytała z nadzieją, na co starsza pokiwała głową.
— Już niedługo.
Parę kroków wystarczyło, żeby znaleźli się już przed legowiskiem uczniów. Poziomkowa Łapa rzuciła się biegiem przed siebie nagle, w paru susach doskakując do legowiska Porzeczki. Zaczęła starannie układać miękką podściółkę, dbając o to, żeby żadne ze źdźbeł nie wystawało i nie raniło siostrzyczki w naruszoną kończynę. Dzielna Łapa, nadal szturchany przez oszołomienie dzisiejszym dniem, wyminął stojącą w progu, zadowoloną szylkretkę, po czym dyskretnie przysunął swoje posłanie bliżej tego Poziomki. Koteczka, zauważywszy to, zawstydziła się odrobinę. Wstyd jednak minął w mgnieniu oka, ponieważ rudy, chcąc wreszcie położyć się i oddać w objęcia snu, usłyszał nagły, uniesiony głos rudaski.
— Zaczekaj! — Podniósł łeb i spojrzał na nią w skonfundowaniu. Pręguska spojrzała na własne łapy. — Chciałabym, żebyś ty też mógł odpocząć na wygodnym posłaniu. Daj mi jeszcze chwilę, proszę.
Dzielna Łapa otworzył szerzej ślepia.
— Wcale nie musisz…! Na tym mi wygodnie — powiedział niepewnie, co mogło nakierować umysł uczennicy na sugestię, iż nie był do końca szczery. Pokręciła łebkiem.
— Zaufaj mi.
Przysunąwszy się, zaczęła układać starannie źdźbła, ze swojego legowiska wyjmując parę piórek i miękkich dodatków, żeby ulepszyć niezbyt starannie uplecione posłanie kolegi. Brązowooki nie skomentował tego dalej, zamiast tego spełnił jej prośbę. Porzeczka spojrzała na kocura wymownie, marszcząc lekko brwi. Zapracowana najmłodsza zaś nie widziała tego, czując, że robi jej się duszno od nadmiaru wysiłku. Mięśnie pracowały jej dzisiaj na pełnych obrotach, czego zaczynała odczuwać skutki. Pulsowały jej i drgały delikatnie, mimowolnie. Gdy skończyła, miała zmierzwione futerko na łapach i dumę w sercu. Nagle wpadła na pewien pomysł.
— Pójdę po coś do jedzenia dla was. Odpocznijcie sobie!
Wypowiedziawszy to, poszła szybciutko w stronę wyjścia z nory, już rozmyślając, co mogłaby im dać. Może zająca? Mogliby się wtedy nim podzielić! Albo… może lepiej coś, co mogą zjeść bez obowiązku rozdrabniania między sobą. Pora Nagich Drzew nadciągała wielkimi krokami, co oznaczało, iż trzeba było oszczędzać na jedzeniu. Dlatego też Poziomka nie wzięła nic dla siebie, a dla dwójki dobrała dorodnego kosa i nornicę. Jeśli będą dobrze jeść, to szybko wrócą do zdrowia i będą śmigać. Złapała w pysk sprawnie ptaka, a gryzonia zahaczyła między własne kły za ogon, następnie odwróciła się na pięcie, wracając do miejsca, skąd przyszła. W centrum nie widziała zbyt wielu kotów, ale mogli zawdzięczać to też dość późnej porze. Nieboskłonna Łapa pewnie obserwowała gwiazdy z Wędrującym Niebem… martwiła się o siostrzyczkę, mimo że była zaopiekowana.
W jamie zastała dwójkę, Porzeczka posłała jej od razu uśmieszek, a Dzielżan leżał z łbem zawieszonym na łapach, zmieszany oraz zdziwiony. Posłanie miał dalej, niż chwilę temu. Dlaczego je odsunął? Zmienił zdanie? Poziomka poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu. Miał jej coś za złe? Podeszła do koteczki najpierw, kładąc przed nią ptaka. Zależało jej na tym, żeby nie poczuła się przez nią zaniedbana. Drugi kąsek zaś oddała rudemu kocurowi, prosto przed pyskiem. Podniósł łeb ostrożnie, wdzięcznie mrucząc.
— Dziękuję. — Po chwili jednak dostrzegł pewną ważną rzecz. Poruszył ogonem nieznacznie. — A ty nic nie jesz, Poziomko? W końcu walczyłaś razem z nami.
Pręguska pokręciła głową.
— Nie jestem głodna. Zjedzcie całe, to szybciej zagoją wam się rany — odparła z ogromną pewnością.
Uczniak, nadal nieco zmieszany, kiwnął głową. Wyglądał, jakby chciał odpowiedzieć coś jeszcze, ale się wstrzymał. Czy wyszła na niemiłą, kłamiąc w takim temacie? Z chęcią zjadłaby z nimi, ale przecież nie mogła im wyjadać. Prześpi się z tym i jutro coś zje…
— Chodź, siostrzyczko. Połóż się obok mnie — zachęciła ją uczennica, klepiąc łapą łoże tuż obok siebie. Wyglądało na zmierzwione, aczkolwiek nie przeszkadzało to Burzaczce szczególnie. Najważniejsze, że jej bliskim było dobrze. Spojrzała ostatni raz na Dzielżana, zajadającego się teraz i przysiadła obok koteczki z zaciekawieniem wlepiając w nią spojrzenie. Porzeczka rozejrzała się, czy nikt na nie nie patrzył w obecnej chwili, a młódka podążyła za nią wzrokiem. Kiwnęła wreszcie głową i nagle wypluła z policzków kły kuny, tuż obok zwierzyny. Ruda otworzyła szerzej oczka.
— To kły tamtej bestii? — zapytała szeptem, nie wierząc własnym oczom. — Jak je pozyskałaś?
— To nieistotne. Ważniejszym raczej jest to, co teraz z nimi zrobimy. Pomóż mi przebić uszy. — Po wypowiedzeniu tych słów schyliła trochę łeb. — Musisz zrobić w nich dziurę, o tutaj. — Łapą wskazała dokładne miejsce, które miała na myśli. — I wsunąć kieł do środka.
Młoda przełknęła nerwowo ślinę, ale kiwnęła głową. Przysunęła się do bliskiej, a następnie zębami zrobiła nacięcie na uchu, czując metaliczny posmak krwi rozpływający się po jej podniebieniu. Był obrzydliwy, ale nie chciała zawieść Porzeczki. W końcu było to jedne z wielu nacięć. To był dopiero początek. Futro wzdłuż kręgosłupa czarnej poruszyło się nieznacznie. Gdy ścisk Poziomki zelżał odrobinę, czarna zamruczała jedynie;
— Kontynuuj, to nic.
Dlatego też po wykonaniu swojej roboty wsunęła sprawnie kły, pilnując jeszcze przy tym, żeby ucho nie krwawiło więcej. Trzeba było zaczekać, aż rana się zasklepi i utworzy na niej strupek. Gdyby miały przed sobą zwierciadło wody, dawczyni pomysłu mogłaby się w nim przejrzeć. A tak to musiała polegać na dotyku własnych poduszek łap.
— Jest dobrze? — zapytała wreszcie, słysząc nieopodal siebie pochrapywanie zmęczonych uczniów.
— Jest idealnie.

***

Przyszedł czas na pewne nowe ćwiczenia, o których ruda nie rozmyślała szczególnie długo, a jednak były na tyle ważne dla jednego z jej członków rodziny, iż nie miała serca jej odmawiać oraz nie było obowiązku namawiania jej wiekami. Przysiadła więc obok szylkretki i musnęła ją delikatnie puchatym ogonem na znak, że była gotowa. Odchrząknęła, ponieważ teraz miała “zabłysnąć” talentem, który dopiero co się miał u niej wyrobić, jeśli przeprowadzałaby regularne ćwiczenia, pod okiem łaciatej.
— Każdego dnia przynosisz do obozu zwierzynę, nieważne jak ciężka pora by nie nadeszła. Odpędziłaś kunę, tym samym ratując życie Dzielnej Łapie. Dbasz o to, żeby każdemu było dobrze, szczególnie troszcząc się o mnie i o Malinkę.
Spojrzała dużymi oczkami na starszą, szukając na jej pyszczku wszelkiego rodzaju reakcji, która mogłaby jej zasugerować, jak sobie poradziła. Czy spamiętała wszystko, co powinna?
— Dobrze?
Porzeczkowa Łapa zamyśliła się na chwilę, podstawiając łapę pod brodę i uginając ją odrobinę. Pokręciła łebkiem wreszcie, mrużąc oczy.
— Mówisz tak, jakby ktoś ci groził, zamiast naturalnie, jakbyś faktycznie miała to na myśli. Musisz rozluźnić mięśnie, a ogon trzymać wysoko w górze, żeby było wiadomo, że nie jesteś niepewna. Uszy postaw prosto, a głos… musi być płynniejszy, nie półszeptem. Mów głośno i wyraźnie. — Zaprezentowała jej to, co miała na myśli.
Poziomkowa Łapa wzięła sobie rady siostry do serca, chociaż nie była pewna, jakie jeszcze zasługi mogłaby wymienić. Na pewno było coś jeszcze, co wypadło jej w tej chwili z głowy… co to mogło być? Może Malinka by wiedziała, ona zawsze miała dobrą głowę do zapamiętywania wszelkiego rodzaju słówek i opowieści. Próbowała naśladować starszą.

[1764 słowa]
<Tak dobrze? Dobrze pozuję, Porzeczko?>

[35%]

22 września 2026

Od Chyżej Łapy CD. Poziomkowej Łapy

Porzeczka westchnęła z przykrością, gdy tylko Poziomka do niej się zwróciła. Serce jej oblewał żal, gdy widziała, jak ta się zbliżała do kogoś, kogo dopiero co poznała! Tragedia, masakra, koniec świata! Odwróciła smutny wzrok od siostry, odchylając głowę w tył.
— Czy ja jestem zła? Ah, no nie wiem. Ciężko mi stwierdzić, ale żal, smutno mi! Jak tak możesz się interesować jakimś pchlarzem, którego nawet nie znasz? — miauknęła, wzdychając teatralnie.
Poziomka przełknęła ślinę z trudem. Spojrzała na swoje łapy ze wstydu, po czym położyła jedną na łapie siostrzyczki.
— Przecież ty jesteś dla mnie jedyna i na pierwszym miejscu! Nowy uczeń potrzebuje kolegi, a ja nie wiem, kto chciałby być mu kolegą… — wymruczała przygnębiona. — Ale obiecuję, obiecuję, obiecuję bardzo mocno, że jesteś dla mnie najważniejsza! — upewniła ją, kładąc łapę na swojej piersi.
Porzeczka uśmiechnęła się chytrze.

* * *

Tw: walka, krew, nieprzyjemne opisy.

Popołudniowe słońce przyjemnie grzało grzbiety patrolu Klanu Burzy, podczas gdy delikatny wiaterek chłodził im boki. Źdźbła trawy uginały się odrobinę pod ciężarem kropel pozostałych po porannym deszczu. Na błękitnym niebie leniwie posuwały się gołębie chmury, a pod nim niemal tańczyły w locie niezliczone ptaki. Gdzieś w oddali, zza klifów skrzeczały mewy, a od strony lasów słychać było cudowne śpiewy kosów. Tak ten dzień najprawdopodobniej opisałby ktokolwiek, tylko nie Porzeczka. Ją to nie obchodziło, ważne, że w łapy nie było zimno, a wiatr nie psuł jej grzywy. Gdyby jej starannie ulizana sierść na karku się zmierzwiła, najnaturalniej by się wściekła. Na tych wszystkich urokach natury mogłaby się skupić Malinka, ale raczej nie Poziomka, bo nie wiadomo, czy ona w ogóle w główce miała cokolwiek przydatnego.
Uczennice uprosiły mentorów na wspólny patrol, a oni na ich szczęście nie mieli nic przeciwko. Konwojowi przewodziła Mała Bazia, za nią szła Porzeczka z Poziomką u boku, a pochód zamykał Śniący Obserwator. Szylkretka się tak bardzo ucieszyła, gdy jej siostra zaproponowała ten pomysł. Może jednak coś w tej jej głupiutkiej główce jest. Trzeba tylko znaleźć co. Tyle że Porzeczka wolała, gdy jej najukochańsza siostrzyczka Poziomeczka była posłuszna tylko jej, więc lepiej może nie odkrywać w niej żadnego niesamowitego talentu, bo może jeszcze coś jej uderzy do głowy, by stać się samodzielną. Przyszła wojowniczka bardzo tego nie chciała, a i tak pojawiło się dla relacji Porzeczka - Poziomka zagrożenie będące Dzielną Łapą. Młodsza siostra niepokojąco dla przyszłej wojowniczki się za nim oglądała. Musiała zadbać o to, by się nie zbliżyli za bardzo, bo kto wie, co im mogło uderzyć do głów.
Gdzieś nad głową kotka usłyszała długi, przeciągły okrzyk. Gdy podniosła wzrok, zobaczyła sylwetkę jakiegoś niezwykle dużego ptaka. Szybował nad patrolem tak mniej więcej na wysokości dwóch przeciętnych sosen. Szylkretka zmarszczyła brwi i z przymrużonymi oczyma próbowała lepiej się przyjrzeć pierzastemu zwierzęciu. Jego cielsko było pokryte brązowo-białymi piórami, a potężne skrzydła parokrotnie przewyższały długość jego tułowia. Tak, jak Porzeczkę niewiele obchodziły ptaki, tak ten akurat ją niezwykle zainteresował. Patrząc na jego gabaryty, nie miała wątpliwości, że był on drapieżnikiem. Jeszcze dłuższą chwilę ptak szybował w okolicy Burzaków, lecz po tym tylko wydał kolejny okrzyk i poleciał gdzieś w stronę lasu na terenach Klanu Wilka. Wtedy z “transu” wywołanego podziwem do tego cudownego ptaka wybudził ją głos Małej Bazi:
— To coś, co nad nami latało, to pewnie był myszołów — oznajmiła. — Nie raz i nie dwa jeszcze zobaczymy go nad naszymi polanami — dodała, wzruszając ramionami, a Porzeczka zastrzygła uszami.
— A to poluje na koty?
— Nie słyszałam o takim przypadku, ale jeśli zobaczyłby jakiegoś nieostrożnego kociaka, to jestem pewna, że skusiłby się na nietypowy podwieczorek — stwierdziła.
Uczennica zerknęła w stronę lasu. Obserwowała go, jakby wierząc, że zaraz wyleci z niego myszołów i będzie mogła mu się przyjrzeć. Ciekawe, czy on ją stamtąd widzi. No nic.
Patrol kontynuował sprawdzanie granic. Szli akurat obok Drogi Grzmotu, za którą dało się dojrzeć jakąś grupę kotów. Kotka domyślała się, że byli to Owocniacy, najbliżsi sojusznicy Klanu Burzy. To tam podobno była połowa potomstwa Zawodzącej Gwiazdy. Dwójka jego dzieci to Łzawa Łapa oraz Milknący Zew, których istnieniem Porzeczka jakoś niespecjalnie kiedykolwiek się przejęła, a dwójka pozostałych teraz siedziała za granicą w Owocowym Lesie. Uczennica nie znała ich imion, bo ledwo co o nich słyszała. Podobno te dzieciaki właśnie były z tego tak zwanego miotu sojuszniczego.
Porzeczka tak zapatrzyła się za granicę, że gdy potwór przejechał po Drodze Grzmotu, trochę się przestraszyła i o mało co nie nadepnęła na ogon mentora Poziomki. Całe szczęście nikt nie zauważył jej potknięcia i wszyscy szli dalej.
Śniący Obserwator był niespecjalnie gadatliwy, przynajmniej obok Porzeczki, chociaż wątpiła ona, że jej obecność jakkolwiek wpływała na jego zachowanie. Wyglądał on raczej na zadufanego w sobie kocura, który próbował być tajemniczy, lecz takie coś to tylko sprawiało, że Porzeczce chciało się śmiać. Cieszyła się, że miała za mentorkę kogoś tak wyluzowanego, jak Małą Bazię. Gdyby musiała tkwić z kimś pokroju Śniącego Obserwatora, to już chętniej by się wyprowadziła z Klanu Burzy, niż skończyła trening. Sama Poziomka podobno nie była za specjalnie zadowolona z niego jako mentora, lecz nie miała innej opcji niż po prostu się go słuchać.
Nagle Burzacy usłyszeli niepokojące wrzaski i syki wychodzące spod brzegu lasu. Poziomka wyszła naprzód i jej sierść zjeżyła się. Była najbardziej zaniepokojona ze wszystkich. Porzeczka spojrzała się na nią podejrzliwie, lecz zanim się obejrzała, Poziomka wystrzeliła bez słowa. Wojownicy otworzyli szeroko oczy i zanim zdążyli się odezwać, Porzeczka pobiegła za nią.
Jako że kotka była znacznie szybsza od siostry, udało jej się ją prześcignąć, chociaż tym razem nie było to takie łatwe jak zwykle. Szylkretka zachowywała się, jakby coś w nią wstąpiło. Wiatr szumiał im w uszach podczas biegu, podczas gdy mentorzy daleko za nimi coś krzyczeli.
W końcu zauważyły pochodzenie wrzasków i odgłosów walki. Był to Dzielna Łapa potyczkujący się z kuną. Zwierzę właśnie próbowało się przedrzeć przez kryzę kocura do jego krtani. Wtedy nagle na agresora rzuciła się Porzeczka i przeturlała się z nim o odległość ogona dalej od ucznia, do którego dobiegła Poziomka i próbowała pomóc mu wstać i dojść do siebie.
Giętkie ciało kuny wyślizgnęło się z uchwytu uczennicy i próbowało wspiąć się na jej grzbiet. Udało jej się przekręcić, lecz zwierzę dało radę zahaczyć pazury o jej grzbiet i ogon, a w powietrze wzbiła się sierść Porzeczki. Natychmiast po wylądowaniu kuna zaatakowała jej bok zębami. Szylkretka syknęła głośno i przekręciła się, by dopaść kark drapieżnika. W chwilę kuna zdominowała siły kotki, zakleszczając szczęki na jej barku i drapiąc resztę powierzchni jej ciała. Wrzasnęła bezsilnie i próbowała dosięgnąć ją swoimi zębami, lecz na nic. Pazurami łapy z przeciwnej strony próbowała ją odciągnąć, lecz jedynie udało się poranić jej bok. Polała się szkarłatna ciecz, a w powietrzu wisiał zapach niepokoju. Porzeczka upadła pod naciskiem zwierzęcia i z panicznym przerażeniem próbowała pozbyć się go z siebie. Przez paraliżujący ból z barku niemal zemdlała, gdyby nie siostra. Kuna puściła nacisk i wydarła się, gdy na jej grzbiecie spoczęła szczęka Poziomki. Naskoczyła na jej kręgosłup, próbując ją jakoś przełamać. Uczennica kierowała kolejne ugryzienie w sam kark, podczas gdy Porzeczka otrząsnęła się z szoku i wystrzeliła, by zacisnąć zęby na jej krtani. Kuna szarpała się, dodatkowo raniąc kotki, lecz przez ugryzienia z dwóch stron szyi po dłuższym czasie po prostu zasłabła, a jej ciało zwiotczało i zawisło w szczękach sióstr. Z pyska drapieżnika wydobywało się jeszcze ciche charczenie i bulgotanie.
To wszystko działo się tak szybko, że dopiero co udało się wojownikom dotrzeć na miejsce. Dzielżan był mocno poraniony na przestrzeni całego ciała, Porzeczka była mocno pokrzywdzona w prawy bark i resztę jej prawej łapy, podczas gdy Poziomka wyszła niemal bez szwanku. Gdy szylkretki postawiły ciało drapieżnika na ziemi, wreszcie odetchnęły. Porzeczce podobało się uczucie pierwszej wygranej przeciwko dorosłemu drapieżnikowi. Smakowita, ciepła woń krwi wypełniała powietrze, a uczennica wojownika oblizywała właśnie szkarłatną ciecz ze swojego pyska. Czuła przyjemną satysfakcję, jakiej jeszcze nie czuła. Z jej ran sączyła się krew, lecz kotka jedyne co to była nieco spięta przez szczypiący ból pochodzący z poranionego barku.
Gdy wszyscy wrócili do zmysłów po szoku, uczennice zaśmiały się do siebie.
— Chyża Łapo, Poziomkowa Łapo! Czy wyście oszalały? — warknął Śniący Obserwator, a Mała Bazia podeszła do nich obejrzeć ich rany. Westchnęła.
— Mogłyście zginąć! Co w was wstąpiło?
Porzeczce krew się zagotowała.
— Gdybyśmy tu nie dobiegły pierwsze, ta kuna by zabiła Dzielną Łapę! — syknęła oburzona, zerkając za siebie i widząc Poziomkę wspierającą poranionego ucznia. W tej chwili nie miała czasu złościć się na siostrę za jej zbliżenie się do niego.
Wojowniczka i przewodnik spojrzeli po sobie nawzajem niepewnie. Śniący Obserwator przewrócił oczami, a Bazia otworzyła pysk, jakby chciała coś powiedzieć, ale się zawahała.
— Jak będziemy wracać, to się zastanowimy, co z tym zrobić — rzekł kocur i podszedł do młodego ucznia, który właśnie podnosił się na łapy. Przynajmniej na trzy z nich, bo na przednią lewą kuśtykał. Gdy podszedł do niego Obserwator, zająknął się, przełknął ślinę i schował głowę w swojej bujnej grzywie z zażenowania i lęku. Skulił się obok Poziomki.
— A ty co robiłeś poza obozem, sam? Bez mentora? — spytał się, gniewnie kiwając ogonem i patrząc na młodego z góry.
Rudzielcowi oddech przyspieszył ze stresu.
— Ja… j-ja nie wie-wiedzia… n-n nie wiedziałem, że nie… nie mogę… — wydukał przerażony, wciąż nieotrząśnięty z szoku po ataku kuny.
— To chyba jest jasne, że tak młody kot, jak ty nie ma prawa opuszczać obozu sam! — pouczył go przewodnik. — I teraz wiesz dlaczego — burknął jeszcze, nim się obrócił i odszedł w stronę tuneli. Porzeczka odprowadziła go wściekłym wzrokiem, a Mała Bazia podeszła do trójki uczniów spokojnie.
— Miałeś szczęście, że byliśmy nieopodal — mruknęła. — Już lepiej chodźmy.
Poziomka zwróciła się do Dzielnej Łapy, który kulił się i trząsł. Polizała go za uchem uspokajająco.
— Już, spokojnie — wymruczała delikatnie. — Dasz radę iść sam?
Rudzielec spojrzał się na nią i pokiwał głową. Porzeczka, kuśtykając, zwróciła się w ich stronę i uśmiechnęła się wymownie do siostry.
— Zaprowadzimy go do Wdzięcznej Firletki i Łzawej Łapy, zostawimy u nich i pójdziemy dalej, dobrze? — miauknęła do niej. Poziomka spojrzała na krew lejącą się z prawej łapy kotki.
— Porzeczko, tyle że ty też potrzebujesz ich pomocy. Co, jeśli wda się w to infekcja? — wymruczała ze strachem o nią.
Kotka przewróciła oczami, przytaknęła i natychmiast potem spojrzała na cielsko kuny.
— Można to jeść? — zapytała się, nie odrywając wzroku od truchła.
— Raczej żaden kot nie jest na tyle zdesperowany, by jeść takie coś — odparła Mała Bazia. Uczennica pokuśtykała do zwłok, po czym przy nich usiadła i przejechała po nich łapą, potem zlizując z niej krew. Ciecz już zdążyła przestygnąć, lecz wciąż zachowała swój przyjemny, przynajmniej dla niej, smak. Podeszła do nieruchomego pyska, który zastygł w wyrazie wiecznej wściekłości. Kotka uśmiechnęła się i otworzyła gębę szerzej, by obejrzeć ostre uzębienie, które zostawiło na jej barku wieczny ślad. Chwyciła pobliski kamień, po czym nadusiła nim na lewy bok szczęki kuny, aż z dziąseł nie wyleciał pełny kieł. Z miejsca, w którym wcześniej był ulokowany, wytrysnęła krew, która potem się uspokoiła. Serce zwierza nie biło, a jedyne co zostało w cielsku to spięcie i ciśnienie, które jeszcze nie dostało ujścia. Powtórzyła proces z pozostałym kłem, a potem, by mieć lepszy dostęp do uzębienia z prawej strony pyska, przekręciła kark i wypchnęła pozostałe dwa kły. Niestety ten ostatni nie wyszedł cało, a się ułamał. Lekko zażenowana wetknęła ułamany fragment w przełyk zwierza, a te, które jej się udało wydobyć w całości, wzięła w pysk i schowała w policzku.
Ostatniej części procesu wyciągania kłów kuny przyglądała się Bazia z niesmakiem. Poziomka razem z Dzielną Łapą już zaczęli iść w stronę obozu, lecz zatrzymali się, by poczekać na Porzeczkę.
Jej reakcją na minę mentorki było krótkie:
— No co?
Wojowniczka westchnęła.
— Nic.
Po czym ruszyli wszyscy do tuneli. Porzeczka, szybko kuśtykając, dogoniła siostrę, by szepnąć jej na ucho:

<Poziomko? Pomożesz mi potem z przekłuciem uszu?>
[1913 słów]

[38%]

11 września 2026

Od Poziomkowej Łapy CD. Chyżej Łapy

Pora Opadających Liści nadeszła, jej ostatnie zgadywanie co miało mieć miejsce za jakiś czas, nie było wcale błędne. Była to nieodłączna część życia każdego z kotów, zamieszkujących tereny wrzosowisk, a najprawdopodobniej nawet i lasów, które graniczyły z terenami Klanu Burzy. Zmiany pór roku. Poziomkowa Łapa, mimo chłodu w wietrze pod wieczór, a także z rana, w ciągu dnia nie odczuwała tej zmiany jakoś szczególnie dotkliwie. Było to nie tylko dzięki gęstej, nieprzepuszczającej chłód szacie. Jedyne, na co mogła ponarzekać, to na zimne poduszki łap, a także końcówki uszu i wydzielinę wydobywającą się z jej nosa. Pora, która nadeszła, nie uderzyła z przytupem, jak myślała szylkretka. Najprawdopodobniej wszystko stanie się bardzo stopniowo. Łagodne promienie słońca padały na wejście do tunelów, obecnego obozu Klanu Burzy. Ziemia na górze nagrzewała się, aczkolwiek nie do takiego stopnia, żeby komuś to doskwierało. Puchata uczennica wychyliła łebek z legowiska uczniów, rozglądając się po obozie. Wszystkie koty wydawały się spieszyć na poranne obowiązki, a sama młódka wiedziała po zgiełku, że wstała zbyt wcześnie. Zamrugała parokrotnie oczami, ziewając i wyginając grzbiet w łuk, tylną łapkę wystawiając za siebie i trzepiąc nią. Wreszcie wyprostowała się i strąciła z siebie paprochy, uśmiechając aksamitnie. W tłumie dostrzegła Śnieżycową Chmurę, jedną ze starszych wojowniczek. Nie słyszała o niej tak naprawdę nic, do tej pory. Coś jednak w rudej kotce przykuło jej uwagę na tyle, że aż jej zatańczyły iskierki podekscytowania w ślepkach, ale i lekkie poddenerwowanie. Nie miała w zwyczaju zaczepiać innych kotów, też w głównej mierze dlatego, że nie chciała, żeby jej siostrzyczka się na nią gniewała lub myślała, że były dla niej niewystarczające. Kochała swoje rodzeństwo nad życie i były zawsze u niej na pierwszym miejscu. Spochmurniała, a cętkowana za ten czas zdążyła się do niej zbliżyć. Zamruczała.
— Nie smuć się, młoda! Szukasz Śniącego Obserwatora? — zapytała, posyłając jej delikatne rozpromienienie. Poziomkowa Łapa pokręciła głową, onieśmielona.
— Nie… wiem, że teraz pewnie jeszcze śpi, dlatego mam dla siebie jeszcze trochę czasu — miauknęła do niej, patrząc w intensywnie zielone oczka Burzaczki. Była średniego wzrostu, a jednak nadal łapy miała dłuższe niż niebieskooka, choć patykowate. Dało dostrzec się między nimi różnicę wzrostów. Ognista barwa futra stonowała się przez ciemność panującą w tunelach. Wojowniczka zamyśliła się na moment, kiwając wreszcie głową. Wyglądała tak, jakby bardzo pilnie musiała coś powiedzieć.
— Ty jesteś tą koteczką, co znaleźli ostatnio! Masz dwie siostry. Czy słyszałaś może o tym, że wiele księżyców temu Złota Wydma wróciła do obozu wtulona w Ostatni Pożar? Kto by się spodziewał… teraz chyba się pomiędzy nimi trochę pozmieniało, bo nie widzę ich już aż tak często, ale może nie wyłapałam ich wzrokiem. Złota Wydma kiedyś rozmawiała najwięcej z Sójczym Błękitem… — Spochmurniała na wzmiankę o kocicy. Poziomkowa Łapa przechyliła odrobinę łebek na bok. Nie wiedziała, o kim mówiła starsza. Kocica wróciła do niej spojrzeniem. — Byłaś kiedyś na patrolu lub na polowaniu? Chyba jeszcze nie, co? — zagadnęła, po chwili ciszy między nimi, przerywanej rozmowami pobratymców nieopodal. Poziomka skupiła się na niej raz jeszcze. W rzeczywistości nie miała okazji, a przynajmniej nie przypominała sobie żadnej z tych sytuacji. Może poza ostatnim wyjściem poza obóz, aczkolwiek wtedy jedynie badali stary azyl, ciężko było to nazwać oznaczaniem granic.
— Jeszcze nigdy. — Poruszyła nieznacznie ogonem, karcąc się w myślach za to, że nie była zbyt gadatliwa. Obejrzała się za siebie i zauważywszy kroczącą w jej stronę Chyżą Łapę, skinęła ognistofutrej głową na pożegnanie. Nie mogła już z nią rozmawiać, musiała skupić się na siostrze. Już uderzenie serca później Porzeczka przystanęła tuż obok siostry i spojrzała na nią wymownie, a do uszu Śnieżycowej Chmury dotarło wołanie. Zbierała się na poranny wypad.
— To do zobaczenia. Może niedługo ci się uda! — Pomachała jej ogonem na pożegnanie, a Poziomka poczuła ukłucie, wymieszane z ulgą. Z jednej strony nie musiała już się martwić tym, że wypadła niezręcznie, a z drugiej pojawiła się następna istotna sprawa; musiała coś powiedzieć siostrze, bo z pewnością oczekiwała jakichś wyjaśnień. Zerknęła na nią, poruszając końcówką ogona, a siostra posłała jej aksamitny uśmiech.
— Znacie się? — zapytała, odprowadzając zielonooką wzrokiem. — Poziomko, pamiętasz naszą ostatnią rozmowę, prawda? Martwię się. — W jej oczach pojawił się czysty smutek, który momentalnie wywołał w Poziomkowej Łapie ogromny stres, smutek wręcz równie wielki. Spojrzała na swoje łapy.
— N-nie… sama do mnie zagadała. Wiem tylko, że to jedna z naszych wojowniczek — powiedziała jej, wtulając się w bok siostry, szukając komfortu. Chyża Łapa pozwoliła jej na to, chociaż Poziomka nie czuła się tak, jakby rozwiało to wątpliwości siostrzyczki.

***

Kocica szła u boku jednego z wojowników, Rudej Lisówki, a przed nimi szło jeszcze dwóch – Śnieżycowa Chmura, a także Cyklonowe Oko, pochłonięci rozmową, był to jej pierwszy patrol w życiu. Udało jej się wyprosić mentora, żeby dzisiaj, po udanym treningu, pozwolił jej pójść na taki, a dzięki również zastępczyni wszystko się udało. Zawdzięczając wszystko zbiegowi okoliczności, przydzielono ją akurat do grupki, w której była ta ognistofutra Burzaczka. Poziomkowa Łapa ze świecącymi z zachwytu oczkami obserwowała teren dookoła, ciesząc się wiatrem rozwiewającym futro na jej kryzie. Gdy zorientowała się, że zwęglonych połaci było coraz mniej, zastępowane przez odrastającą powoli, zieloną, bujną i wysoką trawę, w jej sercu zakwitło ciepło takie, którym mogłaby co najmniej kogoś ogrzać w potrzebie. Zamruczała pod nosem, idąc dalej i obserwując wszystko z zachwytem. W pewnym momencie do jej nosa dotarł intensywny, nowy zapach, który od razu postawił jej uszy do góry, a serce zabiło szybciej. Zerknęła na kremowego kocura, zaalarmowana tą nowością. Ruda Lisówka przystanął sztywno. Był on chyba najwyższy z całej ich grupki, chociaż nie potrafiła stwierdzić czy Cyklonowe Oko go przypadkiem nie prześcignął wzrostem. W każdym razie wyraźnie odznaczające się żebra na płomiennorudym futrze i kości policzkowe, których również nie dało się zignorować, wywołały w głowie koteczki masę pytań, na które nie mogła znaleźć odpowiedzi, ponieważ nie miała nawet na to obecnie czasu.
— Co to za zapach? — zapytała niepewnie, rozglądając się za źródłem, chociaż jej oczy nie wykryły absolutnie niczego, a na pewno nie od razu. Ruda Lisówka uśmiechnął się lekko.
— To na pewno nie ja. Myłem się dzisiaj. — Cyklonowe Oko przewrócił oczami, cętkowana wojowniczka zaś pokręciła głową, łapiąc się palcami za nos. Poziomkowa Łapa uśmiechnęła się szeroko, panika zelżała w jej sercu odrobinę. Była mu za to wdzięczna. Kremus następnie podążył za jej wzrokiem, nie zwlekając dłużej z odpowiedzią, jednocześnie ignorując żart kocura;
— To zapach samotnika. Musimy dokładnie przejrzeć te tereny, znaleźć go i przegonić — powiedział bez wahania, węsząc intensywnie. Śnieżycowa Chmura pokiwała głową, wypatrując ich celu, o dziwo teraz siedząc w ciszy, a Ruda Lisówka polizał się parokrotnie po piersi, spoglądając po chwili na Poziomkową Łapę. Koteczka uśmiechnęła się do niego, a kocur nie skomentował tego dalej i zaczął również szukać zagrożenia. Może Śnieżycowa Chmura znajdzie w tym jakiś temat do następnej plotki, która rozniesie się po pobratymcach. Niezwykle gęste, kremowe futro poruszało się spokojnie na wietrze, plącząc się. Poziomkowa Łapa zawsze zastanawiała się jakim cudem kocur nie potykał się o te wszystkie kłosy. Sama również nie była lepsza, jej futro zawsze wchodziło jej w drogę, aczkolwiek miała o tyle łatwiej, że nie sięgało samego podłoża i zawijało się w wielu miejscach, chociaż najbardziej widoczne było to po przebudzeniu się koteczki, w ciągu dnia loki się prostowały.
Wreszcie, całej czwórce rzuciło się w oczy intensywnie rude, pręgowane gęste futro, długością podobne do tego Poziomki. Nie było na tyle długie, jak kremowego Burzaka, ale do krótkich również absolutnie się nie zaliczało. Kotka ruszyła pędem w stronę nieznajomego, u boku Śnieżycowej Chmurki i reszty. Na jej mordce wymalowana była determinacja. Chciała się na coś przydać, mimo że po paru susach łapy zaczęły ją piec, a ogon wywijał na boki niczym małe śmigło. Niczego nieświadomy obcy zaczął nawoływać kogoś, chociaż przez wiatr w uszach kotka nie mogła zrozumieć, kogo. Nie patrzył w ich stronę, zamiast tego stał do nich tyłem, co było jego błędem. Im bliżej niego się znajdowała, tym wyraźniej zaczynała dostrzegać, że nie był wcale dorosły, a tak naprawdę młody. Koteczka zatrzymała się nieopodal, nabierając intensywnych oddechów z powodu konkretnej zadyszki. Płuca ją paliły, a mięśnie napinały się delikatnie z powodu wysiłku, jednak była z siebie zadowolona. Tym razem wytrzymała dłużej niż ostatnim razem. Może spowodowane było to ekscytacją albo adrenaliną, w końcu, poza rodzicami, nie widziała nigdy innego bezklanowca. Kocurek okazał się wzrostem większy od niej, ale byli w podobnym wieku. Spojrzała na niego nieśmiało, choć z zaciekawieniem, wpatrując się w jego brązowe oczy. Rudy skulił się, trochę przytłoczony tak nagłą ilością obcych kotów dookoła.
— Zgubiłeś się, młody? Nie wiesz, jakie niebezpieczeństwa czyhają na wrzosowiskach? — Ruda Lisówka jako pierwszy zabrał głos, przypatrując się kocurkowi. Żaden z nich nie miał wysuniętych pazurów. Rudas po paru uderzeniach serca pokiwał nieznacznie głową.
— Chyba tak… chyba się zgubiłem… szukam mojego brata, Klocka. Przechodził tędy razem ze swoją partnerką, Różą, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Czy widzieliście tutaj może kota podobnego do mnie, ale wyższego i chudszego, z białymi policzkami? Ma trochę jaśniejsze futro i zielone oczy — podał im opis, wyraźnie martwiąc się o swojego członka rodziny. Poziomka zaczęła od razu mu współczuć, mimo że się zupełnie nie znali. Wiedziała, jak ciężkim było kogoś stracić, szczególnie że wyglądało na to, iż musieli być blisko, skoro rudy go szukał. Cyklonowe Oko pokręcił głową, razem ze Śnieżycową Chmurką.
— Nie. Nie czuliśmy też żadnego zapachu samotników nieopodal. Jesteś pewien, że szedł tędy? W końcu wrzosowiska są bardzo rozległe, może pomyliłeś wzniesienia? — powiedziała do niego, poruszając odrobinę ogonem. — Jak cię zwą? — dopytała jeszcze, tym samym nie dopuszczając kremowego do głosu. Długofutry skarcił ją wzrokiem, lecz nie skomentował tego. Poziomka zastrzygła wąsami, zestresowana. Nie chciała, żeby wojownicy się przy niej kłócili.
— Mam na imię Kostka. — Zrobił chwilę przerwy, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. Cętkowana kocica zerknęła na Rudą Lisówkę.
— Powinniśmy odesłać go do domu. Widać, że się zgubił, jest młody, na pewno zapamięta, jak mu pokażemy, że nie powinien wracać na nasze tereny — powiedział Cyklonowe Oko, marszcząc brwi w zamyśleniu. Poziomkowa Łapa zrobiła krok do przodu, przyglądając się Kostce. Widziała w nim siebie, kiedyś, ona również była samotniczką, aczkolwiek została porzucona przez matkę. Kostka jednak miał rodzinę, a przynajmniej tak jej się wydawało, przecież nie szukałby i nie narażałby się, gdyby kot, o którym wspominał, nigdy nie istniał, prawda?
— Kostko? — miauknęła, a rudy przeniósł spojrzenie ciemnych ślepi na nią. Przełknęła ślinę i spojrzała na wojowników. Sama nie była pewna, czego od niego chciała, jednak nie mogła znieść myśli, że mógłby nie znaleźć swojego brata. Chciała mu jakoś pomóc, ale nie miała pojęcia jak. Pokręciła główką. Wyciągnęła nos do przodu i pozwoliła mu się obwąchać, samemu również zapamiętując jego zapach. Pachniał w inny sposób niż dotychczasowe koty. Przypominał jej ten zapach domu, chociaż niezupełnie. Była w nim nuta czegoś nowego, ale przyjemnego, jakby woń kwitnących, słodkich kwiatów i rześkości.
— Cyklonowe Oko, ale potrzebujemy nowych wojowników. Po ostatnim pożarze, po tylu stratach… może nam się przydać. Sam na niego spójrz. Jest wysoki, młody, z pewnością będzie mu lepiej u nas, niżeli jako samotnik. Tyle kotów ginie w szczękach lisów, borsuków, nawet przez nieuważnych Dwunożnych — powiedziała stanowczo, nie robiąc sobie za wiele z faktu, że rudy nawet nie wyraził swojej opinii, czy w ogóle chciałby zamieszkać w nowym miejscu, zacząć żyć w zupełnie nowej, odmiennej społeczności… Kostka nie odpowiadał aż do tej pory, chociaż ślepia błądziły mu po kotach.
— Co macie na myśli przez “wojowników”? — zapytał, poruszając uszami nieznacznie.
— Wojownicy to koty, które dbają o zdrowie i dobro kotów, w postaci zapewniania im pożywienia, patrolowania granic, wielu wojowników walczy do ostatniej kropli krwi za swój dom i pobratymców. Jesteśmy członkami Klanu Burzy, jednego z czterech klanów zamieszkujących te tereny — wyjaśniła mu kocica, a Ruda Lisówka wraz z Cyklonowym Okiem zaczęli o czymś rozmawiać trochę ciszej, jakby potrzebowali się naradzić czy był to dobry pomysł. Poziomkowa Łapa kiwnęła główką.
— Gdybyś się do nas przyłączył, może mógłbyś znaleźć swojego brata. Klan oferuje schron, jednak nie jest to miejsce, z którego jedynie się bierze, a także się daje. Jesteśmy zżytą społecznością. Czy chciałbyś dołączyć do Klanu Burzy? — mruknęła, patrząc na niego z zaciekawieniem.
Kocur zastanawiał się jeszcze przez jakiś czas, łapką grzebiąc w jednym z kłosów traw w zamyśleniu, jakby czegoś szukał, chociaż nawet niczego tam nie było. Spojrzał na czwórkę przed nimi.
— Jeśli zdecydujesz się do nas dołączyć, będziesz musiał przyzwyczaić się do zwyczajów panujących w naszym klanie. Jeśli to zrobisz, nie będziesz mógł się już wycofać, musisz to dobrze przemyśleć — poinformował go Ruda Lisówka, a kremus pokiwał głową. Poziomka poczuła powiew wiatru na wąsach, który działał na nią kojąco, chociaż zaczynała czuć dyskomfort związany z przebywaniem na otwartej przestrzeni tak długo.
— Klan wymaga głębokiej lojalności i ciężkiej pracy od każdego. Nie jest to życie, które odpowiada każdemu kotu, wielu samotników nigdy nie zdecydowałoby się na taką opcję ze względu na przyzwyczajenie albo wiele własnych powodów. Jednak korzyści jest wiele. — Długie pędzelki na jego uszach powiewały na wietrze, wręcz mieniąc się śnieżnobiałą barwą w promieniach słońca. Kostka wreszcie kiwnął głową, a Śnieżycowa Chmura poruszyła ogonem z zadowoleniem.
— Wspaniały wybór. Zatem zaprowadzimy cię teraz do obozu, do naszego przywódcy, żeby mógł zdecydować, co się z tobą stanie — wyjaśniła mu, a brązowooki pokiwał głową ponownie. Ustawił się obok Rudej Lisówki, a czwórka dość sprawnie przygotowała się do ruszenia z powrotem do obozu. Poziomkowa Łapa zerknęła na kocura raz jeszcze i zrównała z nim kroku. Pochyliła się delikatnie przed nim jakby w geście szacunku.
— Nazywam się Poziomkowa Łapa — przedstawiła się, myśląc, co mogłaby dodać do tej wypowiedzi. Nie chciała, żeby pomyślał, że była nudna lub nachalna. Poruszyła nieznacznie uszami, a następnie dyskretnie zbliżyła się do niego i szepnęła do ucha;
— Ale jeśli wolisz, możesz mówić mi Poziomka. Klanowe imiona są długie i mogą plątać język. — Pomyślała o siostrzyczce, Porzeczce, która również preferowała swoje kocięce imię, niżeli uczniowskie, czyli Chyża Łapa. Miała świadomość, że koty mogły różnie na to zareagować, dlatego też zdecydowała się na taki zabieg. Dwójka musnęła się futrami na policzkach, co ją onieśmieliło. Tak blisko była jedynie z siostrami, ale może myślała o tym zbyt dużo i była to zwykła interakcja. Kostka zamruczał na znak, iż przyjął to do informacji. Odetchnęła z ulgą, uśmiechając się pogodnie.

***

Wieczorne powietrze było chłodniejsze niż za dnia, a słońce schowało się za pokaźnymi i przyjemnymi dla oka chmurami, rozciągającymi się daleko po błękitno granatowym niebie, wpadającym u nasady w barwę czystego pomarańczowego. Wrzosowiska wraz z zachodzącą kulą pogrążały się w półmroku, a świerszcze zaczęły cykać swoje najlepsze pieśni, zachęcając zmęczone koty po całym dniu do odpoczynku. Promienie światła rzucały jeszcze ostatnie promyczki na wysoko pnącą się trawę, nie docierając już jednak zbyt dobrze do tuneli. Poziomkowa Łapa odetchnęła, gdy do nosa dotarł jej przyjemny, ziemisty zapach, wymieszany z wonią jej sióstr. Kostka został członkiem ich klanu, a jutro miała odbyć się ceremonia przydzielenia mu mentora. Poziomkowa Łapa była szczerze ciekawa, jakie imię zostanie mu nadane. Czy przyzwyczai się szybko do klanowych zwyczajów? Czy może również będzie preferował skróconą wersję imienia? Jej wzrok, do tej pory nieobecny, zabłądził i zatrzymał się na Chyżej Łapie, której wąska kita powiewała na boki.

<Porzeczko? Jesteś na mnie zła, siostrzyczko?>
[2456 słów]

[49%]

Od Chyżej Łapy

Wiatr szumiał, pędząc przez polany, wprawiając roślinność w przyjemny dla oka, falujący ruch. Niedawno Porzeczka widziała przechodzące tędy wyprostowane kreatury z jakimiś dziwnymi przedmiotami. To miejsce wtedy pachniało soczystym mięsem i różnymi innymi, głównie słodkimi i ostrymi zapachami. Przesiadywali na dużym, rozkładanym kwadracie w jakieś wzory i jedli. Nie czynili żadnych złych rzeczy wobec terytorium i tylko spokojnie sobie wypoczywali, lecz młode, z którymi przyszli, biegały i hałasowały. Koty słusznie omijały wtedy Dwunożnych, tylko oczekując ich odejścia. Zostawili też jakieś białe, miękkie skrawki i inne odpadki. Uczennica właśnie w teorii była na polowaniu, lecz z ciekawości przyszła w to miejsce, by je obejrzeć i powąchać. Nic specjalnego, ale warto było zajrzeć. Wtedy kątem oka zauważyła jakiś ruch wśród traw. Mysz! Lub ryjówka, nieważne. Coś małego na pewno. Porzeczka się schyliła i weszła w gęstwinę za zwierzęciem. Zawęszyła i poczuła wyraźny zapach myszy, i to niejednej. Skradała się spokojnie i po cichu. Wtem zobaczyła ponowne poruszenie wśród źdźbeł. Jednym susem przekroczyła ten dystans i usłyszała pisk pod pazurami. Gryzoń wił się panicznie, próbując uciec od nieuniknionego losu. Kotka przydusiła go łapą, by zabrać mu dech i zmusić do bezruchu. Ugryzła go za ogon i wyciągnęła z trawy, po czym uderzyła nim z dużą siłą o ziemię. Piszczka wyglądała, jakby straciła przytomność albo po prostu udawała, by zniechęcić Porzeczkę. Na jej niekorzyść, ta wciąż się nie znudziła i łapą popchnęła w bok, po czym na nią naskoczyła, by nie uciekła zbyt szybko. Zaśmiała się z bezradności zdobyczy i przez moment jeszcze się nią pobawiła, nie okazując litości. Po jakimś czasie wreszcie zabiła ją silnym ugryzieniem w kark. Zwierzątko zwiotczało i zawisło z pyska oprawczyni. Przyjemny, ciepły smak krwi rozlał się w jej pysku. Upuściła zdobycz i się oblizała. Jak ona kochała to uczucie. Szkoda, że musi się ograniczać do niewielkich stworzeń, by zaspokajać swoją dziwną potrzebę czucia smaku krwi.
Gdy wreszcie była gotowa, wzięła mysz ponownie i kierowała się w stronę miejsca zbiórki patrolu łowieckiego. Gdy przechodziła z dumnie podniesioną głową przez miejsce, w którym przesiadywali Dwunożni, poczuła nagły, kłujący ból w prawej, przedniej łapie. Wydarła się, a z jej pyska wypadła zdobycz i wylądowała na trawie. Porzeczka usiadła i przyjrzała się bolącej łapie. Z poduszeczki wystawał kawałek ostrego, półprzezroczystego, zielonego i twardego materiału otoczonego czerwonym osoczem. Kotka się zniesmaczyła. “Paskudni Dwunożni” pomyślała, od razu łącząc wyprostowanych z pozostawionymi w tym miejscu śmieciami. Próbowała wyciągnąć ciało obce z łapy, lecz po prostu za bardzo bolało. Świetnie, teraz musiała się udać do medyka. Prychnęła zirytowana i wstała, wzięła zdobycz ponownie i kulejąc, ostrożnie poczłapała w stronę zbiórki.
Po dłuższej chwili wreszcie dotarła, a na miejscu zastała Małą Bazię, Jabłkową Łapę oraz Gadożerowy Pysk. Mentorka kotki, zauważając ją, od razu do niej podeszła.
— Coś ty zrobiła? — spytała się z niepokojem. Wtedy uczennica pokazała jej ranną łapę i poszła odstawić swoją mysz na stosik świeżo upolowanych zdobyczy.
— Paskudni Dwunożni nie umieją nie śmiecić — odparła i usiadła, wylizując swoją ranę i ponownie próbowała wyciągnąć szkło, lecz bez skutku.
— Pokaż — rzekła Bazia i przyjrzała się fragmentowi. Nagle, bez ostrzeżenia zagryzła go i wyszarpnęła z łapy. Porzeczka wydarła się głośno i syknęła na mentorkę, po czym zaczęła wylizywać zranioną poduszeczkę.
— Mogłaś, chociaż ostrzec! — warknęła wściekle, a kątem oka dostrzegła, jak pozostała dwójka kotów się zaśmiała pod nosem z Porzeczki. Zagryzła zęby i odwróciła się w przeciwnym kierunku.
— No już, uspokój się. — zaśmiała się Bazia. — Teraz, gdzie by to wyrzucić… — zastanowiła się ze szkłem w pysku. — A ty idź prosto do medyka. Zawołaj Poziomkę, to pomoże poznosić do obozu te zdobycze — dodała i odwróciła się, by porzucić gdzieś fragment.
Uczennica westchnęła wściekle i wstała, po czym kuśtykając, poszła w stronę tuneli.
Po dosyć długim czasie wędrówki do tunelu wreszcie do niego dotarła. Teraz już opierając się o ścianę, mogła odrobinę przyspieszyć i dosyć sprawnie dostała się do jamy medyka.
— Hej! Pomoże mi ktoś? — miauknęła zirytowana i usiadła nieopodal wyjścia z legowiska.
Po chwili podeszła do niej Łzawa Łapa. To ta córeczka Zawodzącej Gwiazdy. Pewnie tylko dzięki temu faktowi jest na tej pozycji, którą sprawuje.
— Co się stało? — spytała, a Porzeczka podstawiła łapę pod nos kotki.
— To się stało. Jakiś śmieć Dwunożnych mi się wbił w poduszkę. Bazia to wyciągnęła i teraz tu jestem — wytłumaczyła zwięźle, a uczennica medyczki obejrzała szybko ranę, odwróciła się gdzieś tam i wróciła z jakimś tam ziołem w pysku. Przeżuła je na papkę i wypluła na poduszkę kotki. Porzeczka z niesmakiem przyglądała się, jak Łzawa Łapa zaklejała jej wszystko pajęczyną.
— To wszystko. Noś to przez jakiś czas i będziesz mogła już niedługo normalnie chodzić — wyjaśniła, po czym po prostu oddaliła się w głąb legowiska. Porzeczka niezwłocznie wykuśtykała z jamy i tunelem zawędrowała do Groty Pamięci, szukając siostry. Zamiast Poziomki znalazła jednak Malinkę. Wyglądało na to, że Lotosowy Pąk właśnie skończył z nią jakiś tam ich trening. Te kronikarzowe sprawy i tak dalej.
Podeszła do burej i odchrząknęła.
— Masz chwilę? — Zanim kotka odpowiedziała, Porzeczka szybko kontynuowała: — Tak? Jak super! Leć po zdobycze, bo ja nie mogę.
Nieboskłonna Łapa zamrugała dwa razy.
— Co?
— To, że mi się coś wbiło w łapę i nie mogę szybko chodzić, a zdobyczy jest bardzo dużo do zebrania. Idź na to tamto wzgórze, a miniesz Gadożera i Jabłko, a oni wskażą ci drogę — wytłumaczyła na szybko. Malinka zająknęła się.
— No dobra… — mruknęła i przeszła obok siostry.
Porzeczka nie była głodna, więc nie czekała na jedzenie. W takim razie od razu udała się do legowiska uczniów, znalazła swoje posłanie i się tam położyła.

Wyleczeni: Chyża Łapa

[900 słów]

[18%]

07 września 2026

Od Chyżej Łapy do Poziomkowej Łapy

Przeszłość; dzień, w którym do Klanu Burzy dołączyły nowe kocięta

Porzeczka obudziła się w żłobku na dnie stosu z sióstr. Wygramoliła się ze wśród ich szylkretowych futer i ziewnęła głośno. Tak głośno, że aż rozbudziło to Dryfujący Fluoryt.
— Nie śpisz już? — spytała cicho.
— Nie — odparła krótko i na temat nawet nie spoglądając w stronę wiecznej królowej. Po co miała się wysilać. Pff.
Rozciągnęła swoje długie ciało, zaczepiając się niechcący pazurkami o długie futro z ogona Malinki, budząc ją. Próbowała wydostać je z kłaków siostry, lecz oprócz tylko wyciągnięcia ich, ciągnęła boleśnie tym samym za jej kłosy. Aż kwiknęła.
— Ała! Co ty robisz! — miauknęła oburzona.
— Nic! Tylko przypadkowo to się stało — odparła, martwiąc się bardziej o to, czy jej pazury były w całości, niż to, czy siostrę to bolało.
Bura od razu wygięła się, by wylizać futro na ogonie, podczas gdy Porzeczka zaczęła myć swoje pazury i wyciągać spośród nich włosy kotki.
Po niedługim myciu koteczka ziewnęła ponownie i oparła się o Poziomkę, przez co zaspana podniosła łebek.
— Coś się stało? — spytała, ocierając oczka łapkami.
— Nie, tylko się obudziłam — odparła. — A oprócz mnie od razu cały żłobek — dodała jakby dumna z siebie. Siostrzyczka przeciągnęła łapy leniwie i ziewnęła.
— Jest rano, czy dzień?
— Skąd mam wiedzieć? Nie widzę nieba — parsknęła i machnęła ogonem, a szylkretka zamilkła.
Koszyczkowe siostry przez większość dnia się nudziły. Siedząc w tej norze przez cztery ostatnie księżyce, dziwne było, że jeszcze nie zgniły. Grzybki by sobie urosły na nich i nieco żywiej by było.
Porzeczka, nie mając pomysłu co robić, po prostu zaczęła się tarzać w kurzu na zimnej posadzce. Gdy wstała, wyglądała jak upiór; jej umaszczenie stało się nagle szarawe, zasłaniając wszystkie białe i rude akcenty, zostawiając tylko świecące oczy nietknięte. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu i patrzyła w niepokojący sposób na siostry, które swoją drogą były trochę zmartwione jej zachowaniem.
— Uh… — zająknęła się Malinka. — Porzeczko, wszystko w porządku? — zapytała niepewnie.
— Jak najbardziej! — odparła, po czym wręcz prześlizgnęła się do Poziomki. — Zakurzony potwór cię złapie! Rarrh! — zaczęła udawać jakąś dziwną istotę i popchnęła niebieskooką w przód, po czym wskoczyła jej na grzbiet. Obie w śmiechu przeturlały się o koci ogon w bok, podszczypując i podgryzając siebie nawzajem. Wtedy do akcji wkroczyła bura.
— Nie martw się, Poziomko, uratuję cię! — zachichotała i odepchnęła delikatnie napastniczkę z chytrym uśmiechem, na co tą łapą ze schowanymi pazurami świsnęła przed jej pyszczkiem. Wykorzystując jej nieuwagę, Poziomka wstała i łapą pacnęła głowę półdługowłosej.
— A masz! Ty… zjawo! — miauknęła ze śmiechem, po czym spotkała się z kontratakiem; Porzeczka przekręciła się i rzuciła na ogon siostry, jednak za jej własny już Malinka zdążyła ją pociągnąć.
Przez jeszcze niedługą chwilę kotki się bawiły, lecz nagle do żłobka weszło parę kotów. Koszyczkowe siostry zatrzymały się w swojej bitewce, by spojrzeć na przybyszy. Jakaś trójka kociąt… a za nimi jakieś kotki. Porzeczka zmarszczyła brwi.
Te nowe kocięta zostały przedstawione Dryfującemu Fluorytowi jako Horoskop, Chiromancja i Zwiastunek. Jakieś głupie te imiona. Niebieskooka spojrzała na Poziomkę, która wyglądała na zainteresowaną przybyszami. To tylko bardziej zniechęciło ją do tych nowych kociąt. Z niesmakiem jeszcze na nie spojrzała, po czym po prostu odeszła sobie do swojego posłania i zaczęła zmywać z siebie kurz.
Wtedy kątem oka dostrzegła, jak Poziomka, JEJ najcudowniejsza siostra, podeszła do nich. Coś tam do nich mówiła, ale Porzeczka z wściekłości nawet się nie przysłuchała. Jej siostra powinna być cały czas u jej boku, nie gdzieś sobie podbijać do obcych kociąt! To jest okropne, aż ją zemdliło. Wróciła do mycia swojej sierści, by przestać o tym myśleć, a i tak myślała.
Nim się obejrzała, Poziomka do niej wróciła i usiadła obok niej. Kamień spadł Porzeczce z serca i udało jej się uspokoić.
— Ale oni ciekawi są! — przyznała. — Może się z nimi nawet zakoleguję! — Sierść szylkretki natychmiast się zjeżyła po usłyszeniu tego zdania, a serce zamarło. Po paru sekundach zastygnięcia w miejscu zaśmiała się niezręcznie.
— Hehe, Poziomko — zaczęła, odwracając się w jej stronę z wielkimi oczami. — Jak to zakolegować się?
— No tak… normalnie… — zająknęła się niepewnie, patrząc siostrze w oczy.
— Ojejku, ja i Malinka ci nie starczymy? — spytała, udając zranioną. — Jeśli wolisz się zadawać z byle kociakami, to na co tobie my? — westchnęła tak, jakby właśnie zwykła rozmowa miała świadczyć o braku siostrzanej miłości. Poziomka spanikowała, widząc pokrzywdzoną siostrzyczkę.
— Nie, to nie tak! — próbowała się wytłumaczyć. — Kocham was obie bardzo, bardzo i nie chcę was zastępować! Czy wybaczysz mi… za takie myślenie? — zapytała zmartwiona, a w jej oczach zabłysły łzy.
— No nie wiem… — odparła Porzeczka, udając zranioną. Nawet udało jej się wymusić łezkę, co przestraszyło siostrę.
— Nie… Porzeczko, nie płacz… — próbowała ją pocieszyć, lecz jej samej zaczęły płynąć łzy po policzkach. — P-proszę, wybacz mi… ni-nie chciałam… cię zranić… — Pociągnęła nosem, przytulając się do siostry. Szylkretka uśmiechnęła się pod nosem.
— No już… już nie płacz, nic się nie dzieje. Wybaczam ci. — Pogłaskała siostrzyczkę po głowie z troską. Poziomka spojrzała jej w oczy zapłakana.
— Na-naprawdę…?
— Naprawdę. No już, jesteś dzielna, przestań się tak mazać.
Puchata szylkretka otarła łzy i zasmarkany nosek, po czym jeszcze łkając, dodała:
— Je-jeszcze raz… prz-przepraszam! Już n-nigdy tak… nie pomyślę, tak… — przyznała, a Porzeczka z dumą ukrytą za troskliwym uśmiechem dwa razy poklepała ją po główce.

Teraźniejszość

— Porzeczko, idziesz? — Z wypoczynku obudził ją głos najmłodszej siostry. Uczennica stęknęła rozdrażniona i podniosła się z mchowego posłania.
— Idę — burknęła niechętnie, przeciągając łapy, po czym przetarła oczy. Już wcześniej siostra ją obudziła na trening, ale tego ranka akurat jakoś niespecjalnie jej się chciało ćwiczyć. Gdyby mogła, to by spała cały sezon bez przerwy niczym stary niedźwiedź.
Zdążyła minąć dłuższa chwila, zanim Porzeczka wreszcie stanęła na łapach, po czym wyszła z legowiska i przeszła do Groty Pamięci, a za nią szła jej siostra z szerokim uśmiechem.
— Jak myślisz, co dziś wymyśliła Mała Bazia? Polowanie na zające, patrolowanie, tropienie? O, o a może konkurs kto-zje-więcej? Co myślisz? — zagadała ją z charakterystyczną dla niej ekscytacją. — Malinka teraz śpi, ale jej pewnie by się spodobało patrzenie w niebo, może to będziemy robić? — Porzeczka miała tak naprawdę głęboko gdzieś co sobie paplała Poziomka. Irytowało ją to trochę, ale wolałaby już słuchać jej miauczenia niż filozofii burej siostry. Uczennica zatrzymała się przy Małej Bazi, która przebywała niby w grocie, ale jednak w średnio gotowym centrum obozu.
— No wreszcie jesteś, co ci tak długo zajęło? — miauknęła.
— No wiesz… pogoda jakaś taka dziwna, nie mogłam wstać z legowiska! Stawy mi skrzypią — odparła, teatralnie kładąc łapę na czole. Bazia westchnęła.
— No pewnie tak — mruknęła, zwracając uwagę na sztuczność wypowiadanych przez kotkę słów. — No to skoro jesteście obie, to się dzisiaj pobijecie — zaczęła z chytrym uśmiechem, trzymając uczennice w napięciu, które otworzyły pyski w zdziwieniu. Zanim się odezwały, jeszcze dodała: — No, chodźcie za mną.
Trójka kotek ruszyła ciemnym tunelem. Mentorka prowadziła je i następnie skręciła w nieco ciaśniejsze odgałęzienie tunelu, które potem stało się nieco bardziej przestrzenne. Na tyle, by koty mogły bezpiecznie się tu bić bez ryzyka zawalenia. Burzaczka się zatrzymała i odchrząknęła.
— Widzicie cokolwiek?
— Nie, jest jaśniutko, słońce nam nad głową świeci i grzeje barki — odparła sarkastycznie Porzeczka. — Oczywiście, że nie widzimy! Co to w ogóle za pytanie — prychnęła z frustracją, a Bazia się tylko roześmiała.
— No już, nie musisz wysilać swojej gęby — miauknęła. — Weźcie się trochę pobijcie, w tej absolutnej ciemności. Zobaczymy, kto jest sprytniejszy — rzekła i schowała się w miejscu, gdzie tunel się zwężał. — Jak coś, to ja tu stoję. Zaczynajcie.
Porzeczka równie dobrze mogła zamknąć oczy, a różnicy by nie było. Tutaj musiała polegać na wszystkich innych zmysłach.
Gdy usłyszała szuranie łapami o ziemię w miejscu, w którym podejrzewała, że była Poziomka, natychmiast rzuciła się na nią z odsłoniętymi zębami. Wylądowała na jej grzbiecie, pyskiem ocierając o puchaty ogon siostry. Nim ta jakkolwiek zareagowała, Porzeczka przekręciła ciało i prześlizgnęła się w pod brzuch rywalki, przy okazji tylnymi łapami podcinając te Poziomki. Przyszła przewodniczka runęła na posadzkę, a Chyża Łapa ją przyszpiliła, uniemożliwiając wyślizgnięcie się. Kotka próbowała kopać siostrę po brzuchu, lecz jej delikatna osobowość nie pozwalała na to; jej uderzenia były po prostu za słabe i bardziej przypominały głaskanie niż bicie. “Jesteś żałosna” — zaśmiała się w myślach, po czym ją puściła wolno. Onieśmielona Poziomka wstała i się skuliła.
— Już skończyłyście? — zabrzmiał zdziwiony głos wojowniczki. — Kto wygrał?
— Pf, a jak myślisz? — odparła zwyciężczyni. — To chyba jasne, że ja.
Gdyby teraz kotki nie były w zupełnej ciemności, to zobaczyłyby, jak Bazia wzrusza ramionami.
— Spróbujcie jeszcze raz, przecież nie może tak być, że jedna bitewka starczy — miauknęła, a kotki zaraz wróciły na swoje miejsca.
Uczennice zrobiły jeszcze parę podejść do walki, lecz za każdym razem, bez wyjątku, wygrywała Porzeczka. Po paru takich niedługich sesjach walk Poziomka została mocno poobijana; czy to o ścianę, o ziemię, o siostrę. Po siódmej walce Mała Bazia po prostu westchnęła zrezygnowana.
— No dobra, już starczy. Chodźmy stąd już — miauknęła, a gdy uczennice ustawiły się za nią, wyszły z tego tunelu i wyruszyły z powrotem do obozu. Gdy wreszcie dotarły do Groty Pamięci, Porzeczka dojrzała, jak bardzo poobijana była jej siostra. Aż coś ją w sercu ukłuło.
— Jak się czujesz? — spytała się z dziwnie, jak na nią, troskliwym głosem.
— Nie wiem… — mruknęła smutno. — Nie umiem się bić! A w tunelach okropnie się to robi… — przyznała, ocierając łzawiące oczy.
W ślepiach Porzeczki widniała bardzo niepodobna do niej troska.

<Poziomko? Jestem pewna, że będziesz tylko coraz lepsza.>
[1519 słów + walka w tunelach]

[30% + 5%]

31 sierpnia 2026

Od Chyżej Łapy CD. Nieboskłonnej Łapy

Porzeczka była dopiero co po treningu. Tym takim pierwszym pierwszym, co tak naprawdę była sama teoria. Oprócz tego jeszcze popisała się przed mentorką, jak to świetnie biega i poluje na króliki. Ot, jakieś tam sobie byle jakie osiągnięcia. Akurat kotka rozmawiała z najmłodszą siostrą, która również była świeżo po treningu. Zdążyła już jej się pochwalić swoim udanym treningiem. Teraz wystarczyło znaleźć drugą siostrę i to jej się przechwalać co jej się udało. W końcu przyniosła ze sobą samodzielnie upolowanego królika, którym na spokojnie dwójka kotów mogła zaspokoić głód. Powinni ją za to chwalić. Od razu pewnie i mianować. Chociaż to tylko takie jej własne głupie myślenie, by nadać absurdu własnemu ego.
Wreszcie zauważyła gdzieś Malinkę, a zaraz jej śladami poszła Poziomka, lecz to ona pierwsza podreptała do siostry. Za nią przyszła Porzeczka.
— No i jak tam pierwszy trening? — miauknęła Nieboskłonna Łapa z zainteresowaniem. Najstarsza już otwierała pysk, lecz Poziomka ją wyprzedziła:
— Było super! I trochę mi pokazano tunele, ale też te najważniejsze miejsca na terytorium! Jutro z rana Śniący Obserwator zabierze mnie na patrol i pokaże gdzie i jak oznaczać tereny! — opowiadała, co Porzeczkę niewiele interesowało, bo tylko czekała na swoją kolej.
— A ja, no cóż, mnie Pani Bazia oprowadziła po granicach, pokazała tereny i opowiedziała o niektórych rzeczach, jak kodeks wojownika. Wcześniej też trochę biegaliśmy, a na koniec zapolowałam i udało mi się za pierwszym razem upolować królika! — zaśmiała się, dumnie kładąc łapę na klatce piersiowej. — A ty jak? Jeszcze nie wyszłaś, co? Szkoda. — dodała z dziwnym, sarkastycznym tonem, jakby miała się przyczepić do burej siostry.
Malinka zmarszczyła brwi, jakby nie spodobał jej się ton, z jakim wypowiadała się siostra. W sumie, komu by się spodobał taki nieprzyjemny komentarz? Burka wyglądała, jakby zdusiła w sobie odgryzienie się.
— No, wiesz, mój mentor nie może wychodzić za dnia. — odparła niepewnie. Porzeczka przecież o tym wie. Każdy to wie.
— No, już dobra. Mówisz tak, jakbym nie wiedziała.
— Ale przecież… — przerwała — no dobra, nieważne. — westchnęła, lecz starała się uśmiechnąć i zamilkła.
Mina Porzeczki zrzedła. Pospiesznie zwróciła się do najmłodszej.
— Poziomko, byłabyś może taką kochaną siostrą i przyniosła coś do jedzenia? Konam z głodu! — miauknęła teatralnie, a uczennica przewodnika od razu skinęła głową i pędem ruszyła do stosu zwierzyny.
Porzeczce coś się nie podobało w Malince. Poziomka była łatwa do kontroli, przyjmowała wszystkie komentarze bez żadnych “objawów” buntu i nie potrafiła się odgryźć. Co innego, jeśli chodzi o burkę. Może nie mówiła nic wprost, ale wciąż była bardziej taka jakby samodzielna, niż by tego oczekiwała Porzeczka.
— No, Malinko — zaczęła — czy ty, moja droga, kochana siostro, serio bierzesz te klanowe imiona na poważnie? — spytała się z wyraźną irytacją w głosie. W jej zwrocie do Malinki od razu da się wyczuć kąśliwe brzmienie.
— Czemu miałabym nie brać?
— Bo są głupie i niepotrzebnie długie!
— Słuchaj Chyża Łapo…
— Nie mów do mnie tak, nie podoba mi się to imię. — burknęła zjeżona.

<Malinko? Nie będę używała tej skłaniającej do nieba łapy.>
[473 słowa, trening wojownika]

[9%]

28 sierpnia 2026

Od Chyżej Łapy

TW: opis krwi

Dziwnie się czuła. Nie było to złe uczucie, lecz coś w środku ją ściskało. Dziś był pierwszy raz, gdy Porzeczka miała mieć jakiś trening. I to bez sióstr. Najgorsze, co mogło istnieć: nieobecność Poziomki u jej boku. Od chwili, gdy się obudziła tego ranka, nie chciała opuszczać boku siostry. Żal jej serce ściskał na samą myśl, że zaraz będzie musiała sobie gdzieś bez niej pójść. Aż dreszcze przeszły po jej długim grzbiecie, a łapy mrowiły.
Wtulona w nią puchata siostra spała w najlepsze, pochrapując cicho. Gdy tylko Nieboskłonna Łapa się poruszyła choć odrobinę, Porzeczka instynktownie przyjęła swoją nonszalancką postawę i udawała zirytowaną przyklejeniem się do niej najmłodszej siostry. Gdy tylko Malinka otworzyła ślepia, półdługowłosa ziewnęła teatralnie i przeciągnęła przednie łapy.
— Ah! Czas na pierwszy dzień treningu! — stwierdziła, “przypadkowo” szturchając Poziomkę, by się obudziła, na co ta z półprzymkniętymi oczyma rzekła ospale:
— Ale… co?
— No dziś pierwszy trening, pamiętasz, głupolku? — zaśmiała się i wstała z prowizorycznego posłania, które ulepiły sobie wieczór wcześniej z resztek mchu znalezionych gdzieś poupychanych w kącie.
Z zadartym ku górze ogonem wyjrzała z jamy uczniów, po czym w samym przejściu zaczęła się myć.
— No dobra, gdzie jest ta pani Bazia? — zastanowiła się na głos, a jej siostry tylko się popatrzyły po sobie.
— Pani Bazia? — dopytała się Malinka.
— No ta, moja mentorka — stwierdziła, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie, na co bura westchnęła.
— To tak, jakbym na swojego mentora mówiła Pan Lotos — odparła.
— Albo ja na mojego Pan Obserwator — dopowiedziała zaspana Poziomka.
— Dobra już, dobra, ja idę szukać mojej mentorki, a wy sobie tu siedźcie lub cokolwiek — miauknęła Chyża Łapa, po czym po mrugnięciu okiem już jej nie było.
Szylkretka szła pewnie, lecz jej serce waliło jak szalone. Nie poruszała się zbyt sprawnie w tych wszystkich tunelach, poza tym to nic tu nie było widać, a jedyne światło pochodziło z dziury w suficie gdzieś w jakiejś Grocie Pamięci czy jakkolwiek na to mówili. Poziomka pewnie lepiej się będzie czuć, chodząc tunelami niż ona, skoro to ona miała szkolić się na przewodnika. Gdzie było legowisko wojowników? Ominęła je gdzieś, czy co? Nie wiedząc, co począć, zaszła do tej jaskini z dziurą. Słońce niedawno wstało, więc ta jama była już dosyć porządnie oświetlona, co trochę uspokoiło uczennicę, która westchnęła i usiadła. Skoro nikogo nie było w zasięgu jej wzroku, to mogła przestać zgrywać nonszalancką.
Złapała się za klatkę piersiową, czując, jakby jej serce miało zaraz eksplodować. To było strasznie stresujące. By zamaskować to, zaczęła myć swoje futro w miejscach, gdzie normalnie ono powinno być białe, ale przez wieczne przebywanie w pełnych brudu ciasnych tunelach było ono po prostu brudne.
W tym czasie już parę wojowników przeszło tunelem obok, ale żaden z nich nie był jej mentorką. Z irytacji Porzeczka aż zaczęła rozdrapywać ranę na brwi, którą zdobyła po uderzeniu głową w ścianę. Nieświadomie doprowadziła do kolejnego krwawienia, lecz to dodało jej dziwnej ulgi. Jakby całe napięcie z niej zeszło. Strużka szkarłatnej cieczy popłynęła po jej prawym policzku, potem przez żuchwę, by na końcu skapnąć na ziemię. Oblizała się i wytarła łapą krew z pyska, po czym powąchała ją. Wylizała osocze ze swojej poduszki, a w jej pysku rozlał się cierpki, słony, lecz przyjemny smak.
Gdy kątem oka zauważyła, jak idzie do niej właśnie Poziomka, natychmiast otarła pysk i udawała, że się po prostu myje.
— Znalazłaś swoją mentorkę? — spytała się niepewnie, siadając obok siostry, trochę się o nią opierając. Porzeczce spodobało się to uczucie, jak oblewało ją ciepło ze strony szylkretki. Rozluźniła się.
— Nie, ale wiem, że pewnie zaraz się pojawi! — stwierdziła prędko. Nie chciała się przyznać do tego, że po prostu nie wiedziała, gdzie było legowisko wojowników.
— Ja chyba też poczekam na Śniącego Obserwatora obok ciebie — odparła, mrucząc głośno, a Porzeczka stęknęła.
— Jak ja bardzo nie lubię tych wojownikowych- wojo… wojowniczych… imion! — miauknęła z frustracją.
— Dlaczego?
— Są tak niepotrzebnie długie i skomplikowane. Wolę być Porzeczką — wyjaśniła, a Poziomkowa Łapa spojrzała się na nią czule.
— To będę ci tak mówić, skoro tak ci lepiej! — stwierdziła, a uczennicy wojownika aż serce urosło.
— Dziękuję… — odparła. Akurat w tym momencie do Groty Pamięci weszła Mała Bazia, a Porzeczka natychmiast przyjęła tą twardą, nonszalancką i pewną siebie postawę.
— Tu jesteś! Szukałam cię w legowisku uczniów, ale Nieboskłonna Łapa mi powiedziała, że już wybyłaś mnie szukać — powiedziała, podchodząc do kotek.
— Ta, wyszłam, ale nigdzie cię nie było! — burknęła.
— Byłam w legowisku wojowników cały czas przecież.
— Spałaś akurat pewnie.
— Nie spałam.
— Pewnie nie spałaś — stwierdziła sarkastycznie, a Poziomka, czując dziwne napięcie siostry, zniżyła trochę łeb i cofnęła uszy.
— Po prostu się minęłyście — mruknęła niepewnie, a Porzeczka spojrzała się na nią, po czym otuliła ją swoim ogonem.
— Oczywiste, że Poziomka ma rację! — oznajmiła, a mentorka przekręciła oczami.
— No już dobra, idziemy na trening.
Uczennica kiwnęła głową i łapą pogłaskała młodszą, po czym zaraz ruszyła za Małą Bazią.
Kotki szły przez tunele. Chyża Łapa stawiała niepewnie kroki, uporczywie starając się zobaczyć cokolwiek. Jednak zmysł wzroku był w tej absolutnej ciemności całkowicie zbędny. Bokiem ocierała się o ścianę, a wąsy nastawiła w przód, by w razie czego nie przywalić w coś głową, czy to w jakiś niski sufit, czy też w hamującą mentorkę. Swoją drogą Bazia była już parę lisich ogonów przed swoją uczennicą, która, mimo że się kreowała na taką pewną siebie, doświadczoną czy lepszą od innych, to nie radziła sobie zbyt dobrze, przynajmniej póki jeszcze była w tunelach.
Pojawił się jednak promyczek nadziei, jakaś lampka przed nimi… to było wyjście! Porzeczka pierwszy raz od dawna mogła zobaczyć słońce, trawę, wszystko! Gdy tylko koniec tunelu był bliski, uczennica rzuciła się biegiem przed siebie i niemalże wyskoczyła z wyjścia z tunelu. Wzięła głęboki oddech, czując przyjemne ciepło i delikatny wiatr na pysku. Łykała świeże powietrze, rozkoszując się nim jak nigdy. Czuła się najlepiej na świecie.
— Już, już, spokojnie, nikt ci nie zabierze powietrza — zaśmiała się mentorka, przerywając kotce.
Uczennica tylko prychnęła, po czym ustawiła się w pozycji do biegu.
— Zobaczymy, jaka jestem szybka? Muszę się wyszaleć! — rzekła, a zanim Mała Bazia mogła odpowiedzieć, ruszyła pędem przed siebie, a arlekinka podążyła za nią.
Biegły przez łąkę, idąc łeb w łeb. Porzeczka co chwilę oglądała się na boki lub w tył, by zobaczyć, czy wciąż miała kotkę w tyle. Wojowniczka jednak w mig dogoniła szylkretkę, lecz ta nie zamierzała się poddać. Zmieniła styl biegu i wyciągała łapy bardziej przed siebie. Jej giętkie ciało było wręcz zbudowane do sprintu. Jedynym problemem były płuca, które po czterech księżycach gnicia w jaskiniach i tunelach po prostu nie były jeszcze dostosowane do prawdziwych warunków do biegania. Szybko się zmęczyła i zwolniła ze sprintu w trucht, a z truchtu w spacerowy chód. Nie ona jedyna się zmęczyła, bo Bazia już chwilę wcześniej się zatrzymała. Wyrównały się i Porzeczka, sapiąc, zaczęła:
— To… było… s-super! — mruknęła zadowolona.
— No, no… tylko poćwiczysz i będziesz najszybsza w całym Klanie Burzy! — odparła, lustrując uczennicę wzrokiem. — Teraz do rzeczy, bo nie chcę spędzić pierwszego dnia na niczym. Pokażę ci, gdzie sięga nasze terytorium, poopowiadam ci co nieco, no, chyba że cię to nie obchodzi, ale ta kwestia mnie też nie obchodzi — wyjaśniła, a uśmiech Chyżej Łapy zrzedł całkowicie, a zastąpiła go nuda.
— Ugh, no dobra — burknęła tylko i ruszyła za wojowniczką.
Mała Bazia poprowadziła Porzeczkę do jakiegoś rodzaju półwyspy, przedstawiając jej jakieś oczko wodne.
— Tu się zatrzymamy. Tutaj wzdłuż rzeczki mamy granicę z Klanem Nocy. To jedyny klan z jakimś rodem królewskim i tyle musisz o nich wiedzieć, na razie. To oczko wodne to nieistotne tak naprawdę, po prostu tutaj chodzimy pić, ale rzadko — opowiedziała i ruszyła dalej.
Następnym przystankiem była szosa, przynajmniej tak nazywała to matka Porzeczki, Zawijas, bo Bazia nazwała to “Drogą Grzmotu”. Kolejna dwuczłonowa nazwa, co ci klanowi mieli na punkcie długich nazw? Tragedia.
Szły wzdłuż drogi, przedzierając przez wrzosowiska, co tylko drażniło młodą Burzaczkę, bo wszędzie były jakieś muchy, osy, pszczoły czy inne owady, których nazw Porzeczka nie mogła się wysilić by zapamiętać. Gdy wreszcie przedarły się przez tę zasłonę z kwiatów, zatrzymały się na chwilę przy ogromnej, białej konstrukcji, która na pewno nie była tworem kota ani tym bardziej natury. Szylkretka rozdziawiła pysk w zdziwieniu.
— Tam gdzieś za drogą grzmotu są tereny Owocowego Lasu, takiego bardziej plemienia niż klanu. Tu zaś, gdzie zaczyna się ten las, jest również nie nasze terytorium, ale tym razem należące do Klanu Wilka. Oni to tacy wiesz, chcą żeby wszyscy się ich bali, ale nie każdemu się udaje — wytłumaczyła Bazia. — A i tutaj jest upadły potwór. Jak sama nazwa mówi, spadł i teraz leży — dodała, zwróciwszy uwagę na kolosalną budowlę, po czym ruszyła dalej.
Idąc wzdłuż granicy z Wilczakami, Wojowniczka jeszcze wskazała jakiś suchy fragment terenu z przestarzałymi, martwymi drzewami.
— Tam to ogólnie jest coś takiego jak martwy szlak, jacyś uczniowie kiedyś wymyślili jakieś głupiutkie historie na temat tego miejsca, jak chcesz je posłuchać, to spytaj innych, bo ja nie mam zamiaru przypominać sobie tego, co tam nazmyślali — stwierdziła i szła dalej, jakby nigdy nic. Taki styl uczenia to nawet się podobał Porzeczce. Mówiła wszystko wprost i nie prowadziła żadnych wykładów. Porzeczka nie mogła wymarzyć sobie lepszego stylu nauczania.
W końcu dotarły do końcówki oprowadzania po granicach. Teraz, zamiast na trawie, to kotki stały na piasku, a przed nimi stały jakieś wielkie głazy ułożone w okrąg. Zaczęła się zastanawiać, ile kotów byłoby potrzebne, by je odkopać i przestawić. Pewnie takie cztery lub pięć Klanów Burzy to minimum.
— Tu są Kamienni Strażnicy. Tu też są jakieś legendy, no ale nikomu nie chce się ich powielać. No, chyba że jest się już na emeryturze i nie ma co robić. Takie koty pewnie jeszcze utrzymują te wszystkie legendy jakkolwiek przy życiu — wyjaśniła. — Do tego zaraz tam niedaleko jest granica z Klanem Klifu. Lubią ptaki i chyba tyle. No i mają klify — dodała, wzruszając ramionami, po czym zwróciła się do swojej uczennicy: — No dobra, teraz bardziej teoria. Jest kodeks wojownika, bla, bla, bla, najważniejsze jest to, że kociaków nie wolno atakować niezależnie od klanu, stąd na przykład jesteś teraz tutaj ty, razem ze swoimi siostrzyczkami. Do tego nie można przekraczać granic klanów, nie można zabijać, takie rozsądne rzeczy ogółem no nie. I twoim obowiązkiem jest najpierw wyżywić klan, a dopiero potem pozwolić sobie na jedzenie — tłumaczyła, a Porzeczka zaskakująco była skupiona na słowach mentorki. — Chcesz jeszcze spróbować zapolować? — dopytała się Bazia.
— No… spróbować to tak — odparła, a wojowniczka ruszyła z powrotem w głąb terytorium Klanu Burzy.
Ciepły wiaterek towarzyszył kotkom w spacerze, poruszając ich futrami oraz kłosami traw. Wiał im w pyski, więc to raczej one jako pierwsze by wyczuły jakieś potencjalne zdobycze. Chyża Łapa odczuwała właśnie skutki biegu oraz długiego oprowadzania po granicach po tak długim czasie nic nierobienia w ciemnych tunelach. Jej łapy zaczęły powoli słabnąć i boleć im dłużej szły. Nie zamierzała jednak okazywać słabości i parła naprzód. Skoro już się zgodziła na polowanie, to niechaj zapolują i tyle.
W pewnym momencie Mała Bazia po prostu niespodziewanie przykucnęła, a uczennica instynktownie zrobiła to samo.
— Króliki… — szepnęła szylkretka, po czym powoli zaczęła się posuwać do przodu. Odstąpiła jednak w prawo, dając młodszej się popisać. — Spróbuj, pokaż, co umiesz — dodała, po czym się położyła w pozycji bochenka. Porzeczka przełknęła ślinę i powoli parła do przodu.
Wśród gęstej trawy ciężko było jej zobaczyć te zwierzęta, lecz to znaczyło, że i one nie widziały jej, co było dobrym znakiem. Chyba. Stawiała kroki powoli, uważając, by być bezszelestna. Po przekroczeniu paru długości myszy w końcu zauważyła trójkę żerujących królików. Wszystkie były zajęte pasieniem się, niemal się nie rozglądając. Ich błąd.
Teraz między kotką, a jej celem były zaledwie dwie długości kociego ciała. Wybrała najpulchniejszego osobnika i skupiła się na nim. W końcu zatrzymała się i szykowała ciało do susa. Wreszcie wystrzeliła, a za sobą zostawiła tylko kurz i wyrwane z ziemi źdźbła trawy. Królik, jak i jego towarzysze niemal natychmiast się zerwali do ucieczki. Porzeczka może nie wylądowała na nim, ale trzymała się zaraz za jego plecami. Raz udało jej się zadrapać grzbiet zwierzęcia, innym razem zahaczyła o wyciągniętą w tył nogę, przez co zdobycz zwolniła. W końcu szylkretce udało się dopaść swój cel, kończąc jego żywot uduszeniem. Zagryzła zęby na krtani biegusa, czekając, aż ciało zwiotczeje. W jej pysku rozlał się przyjemny, ciepły i metaliczny smak, a szkarłatna ciecz splamiła jej wargi. W końcu upuściła zdobycz i oblizała usta. Co najmniej dwa, może trzy koty się najedzą tym cudem. Była z siebie dumna. Pierwsze polowanie i taki sukces! Oby następne również były udane.
Po niedługiej chwili dogoniła ją mentorka. Z podziwem obejrzała trofeum.
— To było niesamowite — stwierdziła oniemiała. — Nawet nic ci nie podpowiedziałam, a i tak ci się udało to upolować. Gratuluję — rzekła. Porzeczka ulizała łapą swoją grzywę.
— Wiem! Będę najlepsza ze wszystkich, zobaczysz — mruknęła pewnie i nawet nie kryła satysfakcji. Mała Bazia się zaśmiała.
— Nie chwal dnia przed zachodem słońca, pamiętaj — rzekła i odwróciła się w kierunku tunelu wejściowego. — Wracajmy już. Na dziś starczy.

* * *

W chwili, gdy Porzeczka postawiła łapę w Grocie Pamięci, Poziomka natychmiast do niej dobiegła, tuląc się do siostry, która niosła właśnie królika.
— Jesteś! Sama to upolowałaś? — zapytała, wskazując na zdobycz.
— Tak! Za pierwszym razem — odparła dumnie, odkładając zwierzę na ziemię. — Pani Bazia oprowadziła mnie po granicach, pościgałyśmy się, opowiedziała mi odrobinę o kodeksie wojownika i zapolowałam bez żadnych wskazówek! — pochwaliła się, a siostra rozdziawiła pysk.
— Nie wierzę! Ale dużo dziś zrobiłyście! Mnie tylko Śniący Obserwator trochę oprowadził po tunelach i to tyle — wyjaśniła. — Ale było dobrze! I ciekawie, bo w miarę szybko udało mi się zaznajomić z tym, jak działają tunele i czym można zastąpić wzrok — opowiadała, ale Porzeczkę raczej to niespecjalnie obchodziło. Ważne, że ona mogła się pochwalić.

[2231 słów + polowanie na króliki]

[45% + 5%]

21 sierpnia 2026

Od Porzeczki (Chyżej Łapy) CD. Malinki (Nieboskłonnej Łapy)

Przeszłość

— No, już się tak nie bój — miauknęła Porzeczka, po czym odwróciła się do ściany obok niej. Zanim jednak zaczęła ją drapać, rozejrzała się i nasłuchiwała, czy ktoś może nie idzie. Póki było cicho, zaczęła kopać. Było to cięższe, niż myślała. Ziemia była zbita i twarda, co od razu zniechęciło szylkretkę. Wtedy rozległ się za nią głos Dryfującego Fluorytu:
— A wy co? — W panice Porzeczka uderzyła głową o ścianę, po czym z bólem stanęła na baczność.
— Nic! — stwierdziła natychmiast.
— Porzeczko, nic ci nie jest? — zapytała się Poziomka, a półdługowłosa nagle poczuła, jak coś ciepłego cieknie z jej prawej brwi.
— Mi? Pff, nic mi nie jest — zbyła ją, a siostra trochę zmartwiona się odsunęła. Karmicielka spojrzała się na trójkę kociąt z frustracją.
— Do żłobka, już! Skoro ciągle coś knujecie, macie nie wychodzić z niego do mianowania — stwierdziła, po czym zaprowadziła kotki do jamy, w której mieszkały.
Porzeczka machała ogonem z frustracją. Dryfujący Fluoryt wiecznie wciskała swój nos nie tam, gdzie trzeba. Phi, ona jak zostanie uczennicą, to będzie najlepsza ze wszystkich! Zostanie wojowniczką, potem może nawet przywódcą! To by było cudowne. Ten cały Klan Burzy od razu by się stał lepszy.
Gdy w końcu znalazły się w żłobku, Porzeczka rzuciła się na ich wspólne posłanie i rozłożyła na jego całość. Wtedy Malinka do niej podeszła i się przyjrzała jej pyskowi:
— Coś tu masz.
— Gdzie?
— Tu! — Położyła łapę na jej brwi, a Porzeczka pisnęła z bólu.
— Ej!
— Co?
— To bolało! — Splunęła.
— Co bolało? Ja tylko ci pokazałam!
— Ale bolało!
Malinka westchnęła, po czym powąchała swoją łapę, którą wskazała. Poczuła woń krwi.
— To krew!
— Serio? Nie wiedziałam — prychnęła. — Przecież uderzyłam głową o twardą ziemię.
— Spokojnie, już — miauknęła Poziomka, siadając między siostrami. — Mocno boli? — zwróciła się do najstarszej.
— Szczypie tylko — odparła cicho.

<Malinko?>

09 sierpnia 2026

Od Porzeczki

Wieczór przed porzuceniem kociąt

Słońce chyliło się już ku zachodowi, malując niebo różnymi barwami, a gołębie chmury topiły się w blasku promieni, posuwając się leniwie w ich stronę. Świeży śnieg chrupał pod łapami Zawijas i jej kociąt, które właśnie wędrowały wzdłuż drogi grzmotu, zostawiając za sobą wyraźny szlak wydeptany przez ich łapy. Czwórka szylkretek zmierzała przed siebie, a ich droga wydawała się nieskończona. To jest, aż niebo trochę pociemniało, zostawiając ledwie delikatną poświatę księżyca w trzeciej kwadrze do dyspozycji kotów. Wtedy jedna z kotek, Poziomka, odezwała się:
— Łapy mnie troszkę, trochę bolą… — jęknęła, a jej mama stanęła na chwilę, a w jej oczach widać było znużenie. Porzeczka stała u boku siostry i przekręciła oczami, słysząc jej marudzenie.
— Nie dasz rady?
— Nie wiem… bo mnie raczej nie poniesiesz, prawda? — Koteczka zrobiła wielkie oczy, jakby próbowała przekonać Zawijas.
— No, nie poniosę — westchnęła.
— Ale ja mogę cię ponieść! — stwierdziła Malinka, która podreptała do siostry i przykucnęła. — Wskakuj mi na plecy — miauknęła z pewnością, a Poziomka zaraz się wdrapała na jej grzbiet i rozłożyła jak na kamieniu. Bura szylkretka stęknęła i zaczęła się powoli przemieszczać przed siebie. Porzeczka szła w jej tempie zaraz koło nich, jakby je eskortowała. Matka przewróciła oczami i po prostu ruszyła dalej w swoim tempie, jakby nie czekając na córki.
Po paru długościach lisiego ogona Malinka nagle runęła na śnieg rozłożona niczym żaba na liściu i ryknęła płaczem. Poziomka szybko zlazła z siostry, a Zawijas w uderzenie serca do nich wróciła. W jej oczach było widać zmartwienie połączone ze znużeniem, jakby jej dzieci ją obciążały tak bardzo, jak gdyby siedziały w trójkę jej na grzbiecie całymi dniami.
— No już… — mruknęła, liżąc koteczkę, która pociągała nosem. — Nie płacz, bo borsuki przyjdą — ostrzegła, rozglądając się na boki, co od razu zaalarmowało Malinkę i przestała wyć.
— Prze-Przepraszam!! B-bardzo, bardzo przepraszam! — Pociągnęła noskiem i próbowała wstrzymać płacz. — Ł-Łapki bolą… chcę, chcę spać… — wydukała, wycierając łapką oczka i nos. Poziomka od razu przytuliła siostrzyczkę i przyciągnęła do nich Porzeczkę, która była trochę zirytowana marudzącym rodzeństwem.
— No dobra, chodźmy gdzieś się położyć i już nie marudź — miauknęła matka.
Kotki zeszły z trasy i schowały się przy najbliższych krzewach. Razem wykopały małe zagłębienie w ziemi niemal przy samych korzeniach, by mogły się schronić przed wiatrem. Zawijas ułożyła się, a córeczki zaraz się do niej dokleiły w poszukiwaniu ciepła. Kotka już powoli przestawała produkować mleko, więc tylko przez chwilę kocięta mogły sobie pozwolić na picie go.
Zanim zasnęły, matka odsunęła się od nich, lecz wciąż zasłaniała je swoim ciałem. Malinka się ułożyła na Poziomce, a Porzeczka była schowana gdzieś między nimi, by zapewnić sobie jak najwięcej ciepła, zwłaszcza że ona miała wśród sióstr najkrótsze, choć nie krótkie, futerko. Dlatego utulenie się między długowłosymi siostrzyczkami było najlepszą decyzją.
Odkąd tylko pamiętały, ciągle się gdzieś przemieszczały. Było to przez ich mamę, która bardzo nie lubiła spędzać zbyt dużo czasu w jednym miejscu. Poziomka nie była najwytrwalsza, dlatego to zwykle przez nią się zatrzymywały gdzieś na dłuższą chwilę. Malinka nie marudziła aż tyle, co siostra, ale też było po niej widać, że trochę ją męczyło to ciągłe włóczenie. Porzeczka zaś uwielbiała się ruszać, wędrować i podążać za mamą. Więcej jej do szczęścia nie było potrzebne. No, może oprócz sióstr, bo kochała je bardzo, ale na swój sposób.
Dosyć prędko kotkę dopadł sen.