Przeszłość
Tropiąca Łaska zamarła w zdumieniu połączonym z obrzydzeniem. Cętkowany Tęgosz — jej własny uczeń, żmija wykarmiona jej własnymi łapami, właśnie zadał śmiertelny cios. Nie wojownikowi z przeciwnego Klanu. Nie wrogowi. Pobratymcowi, który na dodatek w pewien sposób przysłużył się Klanowi Wilka. Owszem, Trzcinniczkowa Dziupla nie oddał za Klan życia, co stanowiło najwyższy wymiar poświęcenia, ale przecież stracił za niego wzrok w bitwie. Czyż nie było to honorowe? Czy nie do tego wszyscy mieli dążyć? W szylkretowej wojowniczce zawrzało. Zielonooki nie zabił pobratymca w żadnym szczytnym celu. Nie zrobił tego nawet po to, by chronić tajemnice kultu miejsca, gdzie brak gwiazd, zresztą sam nie mógł mieć o nim najmniejszego pojęcia. Cętkowany Tęgosz zabił pobratymca z własnych, prywatnych i jakże sadystycznych pobudek. Jakie motywy mogły za tym stać? Jej uczeń był najzwyczajniejszym w świecie mordercą, wyjętym spod kodeksu wojownika. Jego występek nie miał nic wspólnego z wielką sprawą, o którą kultyści walczyli ramię w ramię. Był wyrazem jego wolnej woli, spóźnionym buntem uczniowskim, który należało stłumić w zarodku, nim zaraza rozprzestrzeni się po nim całkowicie i przejdzie na innych. Jej uczniowie byli jak zgnilizna. Psuli wszystko i wszystkich, do czego tylko się zbliżyli. Rozprzestrzeniali swoją zarazę na każdego, kto stanął na ich drodze.
— I co z tym zrobisz? — Głos pręgusa skutecznie sprowadził ją na ziemię. Ton jego głosu brzmiał niemal jak wyzwanie.
— To nie koniec, Cętkowany Tęgoszu. — Tropiąca Łaska podeszła bliżej, zmniejszając dystans dzielący ją od dawnego wychowanka. Choć od wielu księżyców już nad nim nie górowała, w jej sercu nie było strachu. — Innych możesz próbować zastraszyć. Innych możesz okłamywać, ale nie mnie. Znam twoje żałosne sztuczki i widzę, kim naprawdę jesteś. Widziałam też wojownika, którym mógłbyś się stać, gdybyś miał w sobie choć trochę ogłady i szacunku dla kodeksu. Jednak ciebie zasady nigdy nie obchodziły. Zupełnie jakby cię nie dotyczyły. Takie wypaczenia jak ty należy temperować i niszczyć w zarodku, zanim zatrują resztę klanu. Zalotnej Gwieździe i mnie się to nie udało. Nie wiem, czy istnieje ktoś, kto zdoła położyć kres temu szaleństwu i zgniliźnie, którą ze sobą niesiesz. Trujesz swoich pobratymców, karmiąc ich jadem, dopóki nie skonają w konwulsjach. Pora, abyś w końcu poniósł konsekwencje łamania kodeksu wojownika. Przez własne czyny posmakujesz jeszcze wielkiego wstydu i hańby. Nie zamierzam dłużej marnować słów na ciebie słów. —
Wojowniczka pośpiesznie zawróciła do obozu. Nie oglądała się na osłupiałego zapewne pręgusa. Miała coś do zrobienia.
<Cętkowany Tęgoszu?>