Dzień opuszczenia Owocowego Lasu
Pora opadających liście dopiero miała zawitać na średnio zalesionych terenach Owocniaków i nim to nastanie, słońce nadal będzie dominować na błękitnym sklepieniu nieba ponad głowami wielu kotów. Dzień te nie różnił się zbytnio niczym od poprzednich, których dane było kocurowi doświadczyć w tej otwartej i przyjaznej społeczności. Każdy z większą lub mniejszą życzliwością traktował czwórkę kociąt Purchawki. Łza najbardziej wybijała się charyzmą na tle braci i siostry — niczym ryba w wodzie odnajdywała się w swojej sytuacji jako kocię sojuszniczego miotu, korzystając z pewnych przywilejów, jakie niósł ten status.
Niebieskooki z uwagą obserwował, jak kotka z wrodzoną wykwintnością nie raz opuszczała żłobek podczas nieuwagi matki, najczęściej w towarzystwie Modrogończyka, jakby od samego początku wiedziała, że to właśnie jego nie będzie jej dane oglądać co dzień, kiedy tylko trafią pod opiekę ojca w Klanie Burzy. W porównaniu do niej dumny wolał na swój własny sposób spędzać te chwile w Owocowym Lesie — jasne, były dni, kiedy ciągnęło do poznawania świata poza kociarnią, co wiązało się z paroma wyjściami, lecz zawsze jakoś czuł wewnętrzne przyciąganie do matki. Jakby jego kocięce ciałko wiedziało, że niedługo opuści jej bok, więc teraz był czas, by nadrobić późniejsze zaległości.
Cichy szelest wciąż zielonych liści na gałęziach drzew niósł ze sobą pewne ukojenie dla nerwów przyszłego Burzaka. Nie chciał odchodzić, wolałby pozostać przy matce, bracie i siostrach, mieć świadomość, że cała jego rodzina jest razem i nie opuszczą siebie nawzajem, aż Wszechmatka nie uzna, że nadszedł czas, by zakończyli swoje kocie życie i dołączyli do niej jako ptaki. Zew uwielbiał słuchać opowieści o tej potężnej, nieomylnej personie, która opiekowała się każdym kotem w Owocowym Lesie.
Szamanka w końcu łagodnym tonem głosu oznajmił czas ich wymarszu, czarno biały kocurek miał wrażenie, że Łza ledwo potrafiła wysiedzieć, oczekując tych paru słów ze strony rodzicielki. Początkowo na jego pyszczku pojawił się niewielki grymas, pokazujący dezaprobatę, lecz ta dość szybko przeminęła, ustępując miejsca zwykłej kocięcej ciekawości. Niebieskie ślepia starały się pochłonąć każdy najmniejszy fragment terenów Owocowego Lasu, a następnie Klanu Burzy, jakby dopuszczenie faktu, iż umknął mu w obserwacjach najmniejszych listek czy źdźbło trawy, było czymś niewybaczalnym, niemal karygodnym. Przez to też parę razy o mało, co nie doświadczył bliskich spotkań z ziemią, po której stąpały jego biało czarne łapki.
Podróż do obozowiska Burzaków nie była ciężką przeprawą, jednakże dla takiego malucha, jakim był Zew, odległość ta była niemałym wyzwaniem dla jego nieco wątłych łapek. W dodatku słońce nad ich głowami nie sprawiało, iż droga była przyjemniejsza, szczególnie kiedy tylko wkroczyli na bardziej odsłonięte tereny klanu. Niebieskooki cicho westchnął z ulgą, gdy wraz z siostrą u boku matki wkroczyli do tunelu prowadzącego do azylu i jednocześnie ich nowego domu.
Obóz otoczony był krzewami pozbawiony jakichkolwiek drzew mogących być legowiskami dla członków społeczności. Jedynym równie wysoki, a może i nawet wyższym, elementem było Skruszone Drzewo, rzucające nieco podłużny cień na centrum, gdzie pod dwoma kamieniami znajdował się dół pełniący funkcję stosu ze zwierzyną. Jedynym drzewem, a raczej jego częścią, był pień na lewo od wejścia, pomiędzy którego korzeniami widoczne było wejście do podziemnej nory. Wszystko to było inne i niespotykane dla dwójki kociąt, zapewne nie tego się spodziewali, kiedy wyobrażali sobie nowy dom.
Pochłonięty obserwacją młodzik nie zauważył nawet momentu, gdy w ich stronę zmierzał dostojny kocur, podobny do samego Zewu i Łzy. Zapewne nawet mysi móżdżek zauważył, by ich podobieństwo i dodał dwa do dwóch — starszy był ich ojcem i nie podlegało to wątpliwości.
Wraz z siostrą przysiadł przy szamance, kiedy ta prowadziła rozmowę z zastępcą klanu, który mógł poczuć na sobie spojrzenie dwóch par kocięcych ślepi, równie podobnych do jego własnych. Dopiero późniejsze polecenie było niczym mocne pociągnięcie, sprowadzające ich młode umysły na ziemię, nawet jeśli wypowiedziane słowa nie były kierowane do nich samych. Po chwili tuż obok dymnego pojawiła się dwójka wojowników. Zielonooka kotka o rudo srebrnej sierści posłała młodemu kocurkowi ciepły uśmiech, inny niż ten, który dotychczas widywał u Purchawki, lecz ten także sprawiał, iż kociak od razu obdarzył kocicę zaufaniem.
Cętkowana odeszła wraz z nim od reszty, niemal od razu zaczynając swoje radosne trajkotanie, w którym opowiadała Zewowi o ich klanie. Oczywiście nie obyło się bez pytań dotyczących życia kocurka w Owocowym Lesie. Początkowo nieco zmieszany odpowiadał Burzaczce, lecz wystarczyło trochę poczekać, aż ten zarazi się wesołością Śnieżycowej Chmury. Krótka droga do żłobka minęła im w akompaniamencie ich własnych słów oraz cichych rozmów toczących się na polanie między innymi wojownikami i uczniami.
Niebieskooki syn Zawodzącego Echa nie wiedział jeszcze, że ten dzień zapiszę się wielkimi literami w jego życiu i będzie przełomowym momentem, od którego wszystko zacznie się zmieniać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz