Parę dni przed aktualną teraźniejszością
— Dziękuję — wyszeptał, po czym posłusznie zjadł owoce. Ułożył pysk na miękkim mchu i przymknął oczy, dając jasny znak, że odpływa z powrotem w sen.
Medyczka odetchnęła z ulgą. Już miała wrócić do swojej mentorki, gdy jej wrażliwe uszy wyłapały kolejne kroki. Odwróciła głowę i dostrzegła Mirabelkę, równie drobną jak ona sama. Kotka otrzepała łapy z liści i posłała jej słaby uśmiech.
— Kruszynko, witaj. Pomogłabyś mi z bólem głowy? Muszę iść na patrol — mruknęła cicho, siadając i owijając szczelnie łapy ogonem.
Szylkretka nawet się nie odezwała. Westchnęła tylko i skinęła łbem. Powoli, włócząc ogonem po ziemi, zgarnęła z magazynku kilka liści malin. Wróciła do pacjentki i położyła je przed nią.
— Zjedz je i lepiej odpuść sobie patrol. Po prostu odpocznij — poleciła sucho.
Ale błysk w oku Mirabelki zdradzał, że nie zamierzała się jej posłuchać. Zjadła lekarstwo, skinęła łbem z szacunkiem i po chwili zniknęła za wejściem do nory.
Wreszcie zapadła upragniona cisza. Kruszynka niemal od razu wróciła do Świergot, kładąc się u jej boku. Zaczęła starannie myć jej futerko, jak robiła to każdego dnia. Gdyby nie ona, sierść starszej kotki dawno byłaby skołtuniona i brudna. A tak wciąż lśniła delikatnym blaskiem, nawet jeśli w oczach Świergot coraz wyraźniej gasło światło z każdym zachodem słońca.
* * *
— Przynieś wodę — rzuciła krótko.
Młodsza kotka, nie zastanawiając się ani chwili, wybiegła z nory. Gdy tylko zniknęła z pola widzenia, Kruszynka podeszła do magazynku i wyciągnęła mech oraz liście wierzby. Ostrożnie wytarła pysk chorego wojownika, a potem podała mu lekarstwo. Wkrótce wróciła Purchawka. Jej zmierzwione futro i niepewny krok jasno zdradzały, że po drodze wywróciła się raz czy dwa. Ale wodę przyniosła. Topola szybko spijał chłodną wilgoć z mchu, a potem ciężko opadł pyskiem na łapy. Medyczka pomyślała, że ta sytuacja na pewno będzie dla niego nauczką. Pozostało tylko posprzątać wymiociny i… wrócić do codziennej rutyny: wpatrywania się w ściany nory, liczenia pęknięć w drewnie i oczekiwania na kolejne obowiązki. Nie dane jej było jednak odpocząć. Do środka niemal wpadła dwójka kotów — Żmija i Hiacynt. Ich miny były tak nietypowe, że od razu zapowiadały kłopoty.
— Kruszynko! — zawołała zwiadowczyni. — Hiacynt zeskoczył z drzewa i uszkodził sobie łapę.
Kotka pomogła młodszemu dostać się na posłanie. Sama zaraz wycofała się z nory, by nie robić zbędnego tłumu, zostawiając go pod opieką medyczki. Kruszynka nachyliła się nad pacjentem. Ostrożnie dotknęła jego tylnej łapy, a kiedy kocur syknął z bólu, wiedziała już, że to zwichnięcie. I to dość poważne, bliskie złamania. Natychmiast pognała do magazynku. Wyciągnęła korzeń żywokostu, dwa cienkie patyki, pajęczynę i nasiona maku. Rozłożyła wszystko obok posłania, a Hiacyntowi podała patyk do pyska, by miał w co zacisnąć zęby. Z boku Topola uchylił jedno oko, zaciekawiony całym zamieszaniem. Nawet Fruczak podniósł głowę, jakby chciał zobaczyć, co się dzieje. Kruszynka poczuła na chwilę ukłucie stresu, ale szybko je odsunęła — musiała zachować jasny umysł. Przeżuła żywokost, krzywiąc się na jego gorzki smak, a potem przyłożyła łapę do uszkodzonej kończyny Hiacynta. Nawet nie czekając, jednym pewnym ruchem ustawiła ją we właściwej pozycji. Kocur krzyknął cicho, bardziej z zaskoczenia niż z bólu.
— Przełknij to — poleciła, podsuwając mu nasiona maku.
Kiedy ból zaczął słabnąć, zajęła się wiązaniem opatrunku. Nałożyła papkę z żywokostu, docisnęła patykami, znów posmarowała, a całość owinęła pajęczyną — ciasno, ale nie za mocno. Wiedziała już, że Hiacynt zostanie w jej lecznicy dłużej, niż sam by sobie tego życzył. Gdy skończyła, uprzątnęła swoje stanowisko, czując, jak zmęczenie powoli zaczyna przygniatać jej barki.
* * *
Teraźniejszość
— Och, Kruszynko! — jęknęła Kajzerka teatralnie. — Tak mnie bolą stawy od tego siedzenia w żłobku! Już nie daję rady, to nie do wytrzymania!
Jej głos był przerysowany, jakby ból był najważniejszą rzeczą na świecie. Kruszynka westchnęła, odwróciła się i poszła do magazynku.
— Spokojnie — mruknęła. — Dam ci zioła i postaraj się więcej spacerować.
— Ależ ja spaceruję! — oburzyła się Kajzerka, a gdy pod jej łapami wylądowały liście i korzenie, zmrużyła oczy.
Kruszynka podała jej liście stokrotek.
— Zjedz je, a korzeń weź do legowiska i wyłóż nim miejsce. Po paru wschodach słońca powinno być lepiej.
Kajzerka pokiwała głową, zjadła liście, potem ostrożnie wzięła korzeń do pyska. Zmarszczyła nos na jego zapach, lecz zamachnęła ogonem na pożegnanie i wyskoczyła z nory, znikając w złotawym świetle zachodu. Medyczka spojrzała za nią, po czym w końcu ruszyła do mentorki. Miała teraz chwilę tylko dla siebie i dla Świergot. Przysiadła przy niej i pozwoliła, by starsza kotka umyła ją swoim szorstkim, zmęczonym językiem. Mogłaby zostać tak bez końca — poczuć, jak ten prosty rytuał koi wszystkie troski. Ale życie nie jest kałużą, która stoi w miejscu; to rwąca rzeka. Każdy z nas płynie w niej ku wodospadowi, z którego spadamy i trafiamy do miejsca, na które – zgodnie z losem – zasłużyliśmy. Kruszynka pomyślała to ze smutnym pogodzeniem, czując ciężar dni i jednocześnie ciepło obecności mentorki tuż obok.
Wyleczeni: Mirabelka, Hiacynt, Topola, Orzeszek, Fruczak i Kajzerka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz