Przeszłość; kiedy Tygrysek i Aldrowanda byli jeszcze kociętami.
— Pomogę Pani — zaproponował Różeńcowa Łapa. Jego głos był cienki i lekko chropowaty. Kocur odkaszlnął, ale jego iskra świeciła jasno i radośnie. Przypominała medyczce iskrę jej zmarłego brata.
— Mhm... — zgodziła się. Nie lubiła, kiedy ktoś ją wyręczał, ale nie miała już siły. Chciała jak najszybciej zająć się gardłem czekoladowego, aby zająć się swoimi sprawami. Wskazała nosem w kierunku, w którym leżeć powinien być miód, ale który nieco przemieściła. Uczeń wziął go w pysk i zawrócił, aby poczekać na bladooką poza składzikiem. Ćma złapała pączek aksamitki i pomknęła za nim. — Zjedz kwiaty najpierw; mają gorszy smak — poleciła i odwróciła się. Była potwornie niewyspana. Od samego rana zajmowała się Jastrzębim Zewem i najnowszymi nabytkami Klanu Klifu. Była pewna, że cokolwiek, co dolegało tej dwójce, a co jakimś cudem oszczędziło małą Aldrowandą, musiało przylepić się do kociaków, kiedy jeszcze żyli poza klanem. Nie miała pojęcia, jakie mogło być jego źródłem, nie wiedziała przez to, w jaki sposób sobie z tym poradzić. Ciągle wysyłała kogoś, aby przynosił im świeży, nasączony wodą mech, świeżą zwierzynę, która ostatecznie i tak prędko lodowała znów poza układem pokarmowym. Dopiero znaleziona mięta i kilka jagód jałowca, które bała się początkowo podawać kociakowi, pomogły z bólem brzucha i mdłościami, a nawet biegunką. Miała nadzieję, że w końcu uda jej się zmrużyć oko na dłużej niż kilka chwil. Nie zauważyła nawet, że przez moment jej myśli odleciały w kompletnie inne, niedostępne miejsca. Dopiero głos kocurka, który zrobił w jej stronę kilka kroków, przyciągnął ją z powrotem na ziemie.
— Wszystko w porządku? Mogę coś jeszcze zrobić? Coś pomóc? — zapytał, przekrzywiając mordkę.
— Nie, nie... — burknęła, może zbyt nie miło, zbyt ostro. Różańcowa wyszeptał jeszcze tylko ciche podziękowania i wybiegł, chcąc zapewne znaleźć Pasterza, który już wyrywał sobie kępki futra zza uszu, wiedząc, że jego młodszy braciszek nabawił się bólu gardła. Ćmi Księżyc westchnęła ciężko i przycisnęła czoło do zimnej, kamiennej ściany. Zrobiła kilka głębokich, drżących oddechów. Miała ochotę pozostać w tej pozie do końca świata, do końca swojego życia. Czasami zastanawiała się, czy nie byłoby prościej, jakby odebrano jej słuch czy węch. Oczy zawsze mogła zamknąć; mogła zadecydować, kiedy odda się mrocznej pustce, ale o ile nie wypełni sobie uszu mchem lub nie zatka nosa jagodami... dźwięki i zapachy atakują ją z każdej strony i nie dają spokoju. Nic nie daje jej spokoju. A to jedyna rzecz, której teraz tak naprawdę pragnęła.
Wyleczeni: Różeńcowa Łapa, Tygrysek, Jastrzębi Zew
Na pierwszy rzut oka może się wydawać że to normalne opowiadanie, ale po wejściu na profil autora, okazuje, się że, pod pseudonimem "Ćmi Księżyc" kryje się wąsaty zbir!
OdpowiedzUsuń