Pora zielonych liści trwała w najlepsze, przyjemna bryza ciągnąca się znad rozległego morza przyjemnie targała i tak już wiecznie zmierzwionym futrem Wzburzonego Kormorana. Młody wojownik właśnie wyruszał na patrol wraz z Mroźnym Wierchem, który raczej nie przypadł do gustu młodzikowi — może ze względu na ciągłe żarty lub ogólny brak ciszy ze swojej strony choćby na parę uderzeń serca. Point zastanawiał się, co Judaszowcowa Gwiazda musiał mieć w głowie na stare księżyce, by ustalać tego typu grupy — no, chyba że zrobiła to Pikująca Jaskółka, zastępując czekoladowego w większości kwestiach. Morskooki nigdy nie był zżyty z przybranym dziadkiem, nie mając chyba nawet okazji ani razu przeprowadzić z nim rozmowy jako członkowie jednej rodziny, a nie lider z członkiem klanu. Można, by nawet stwierdzić, że nieco wyczekiwał moment, kiedy to kocur trafi do Klanu Gwiazdy, jednakże z uwagi na dobrą minę do złej gry, nie mówił tego głośno, zachowując to dla siebie.
Zamyślony nawet nie zauważył złowrogiego cienia, który majaczył trawiastym klifie parę długości przed nimi. Dopiero skrzek nad ich głowami był zwiastunem nieuniknionego ataku na nich przez mewę, wystarczyło uderzenia serca za późno, a przebrzydłe ptactwo, by miało w swoich szponach niebieskiego wojownika. Jedynie reakcja Mroźnego Wierchu uchroniła syna Źródlanej Łuny od zakończeniem żywota, jednak nie było czasu na żadne podziękowania, gdyż nadal byli zagrożeni przez mewę. Wzburzony Kormoran sprawnie podniósł się z ziemi i ramię w ramię ze starszym wojownikiem stanął do walki — nie zamierzał uciekać niczym tchórz, pokaże Bukowej Koronie, że jest jedynie słabeuszem, którego byle mewa może pokonać.
«★»
“Idiota, jak mogłeś do tego dopuścić?!” — krzyczał w myślach, targając na swoim grzbiecie wiotkie ciało Mroźnego Wierchu.
Zmęczony i ubrudzony posoką nie tylko własną, wkroczył do obozu skrytego za wodospadem. Z ciężkim oddechem i szeroko rozstawionymi łapami, skierował wzrok na legowisko medyka — jego cel. Musiał dostarczyć liliowego wojownika nim będzie za późno, nawet jeśli już tak było, to point nie przyjmował tego faktu do swojej świadomości. Nie mógł pozwolić, by to z jego winy jakikolwiek Klifiak zmarł, szczególnie kiedy istniał promyk nadziei na to, że z tego wyjdzie.
Ignorując fakt pozostawiania za sobą szkarłatnej smugi na kamieniu oraz przerażonych spojrzeń, parł do przodu. Jakiś wojownik zaproponował mu pomoc, jednak Wzburzony Kormoran jedyne, co słyszał to szum krwi we własnych uszach oraz bicie rozszalałego serca, które boleśnie natrafiało na żebra klatki piersiowej.
— Jagnięcy Ukłonie… — zaczął słabo, jakby medyczka była w stanie dosłyszeć jego niknący głos w głębi swej pieczary. — Jagnięcy Ukłonie… — zawołał ponownie, czując, jak z każdym krokiem jego łapy zaczynając coraz bardziej niekontrolowanie drżeć. Nie mógł się teraz poddać, nie mógł! Był tak blisko, nie może zawieść!
“Klanie Gwiazdy, błagam… Dodajcie mi siły… Niech Mroźny Wierch przeżyje…” — skomlał w myślach z nadzieją, że Przodkowie czuwają ciągle nad nimi i wysłuchają jego marnych modłów. Może nie był wzorowym wierzącym wojownikiem i możliwe, że nawet nie zasługiwał na pomoc ze strony Przodków przez swoje dotychczasowe postępowania wobec innych, jednak teraz to nie miało znaczenia — chodziło tu głównie o życie starszego, który uchronił jego zapchlony ogon przed gorszym losem niż tylko dwie szramy na dotychczas nieskazitelnym ciele morskookiego.
— Wzburzony Kormoranie. Odpuść. Już za późno. — Czyjś głos próbował mu przemówić do rozsądku, jednak to jedynie zacisnął szczękę. Czuł, jak oczy go pieką od niechcianych łez, które usilnie cisnęły się na światło dzienne.
— Nie… Jest jeszcze nadzieja… — odpowiedział z łamiącym się głosem i drżącą szczęką.
— Odpuść.
Nie wiedział, kto jest właścicielem tych wypowiadanych słów, lecz czuł, jak ich ciężar powoli osiada na całym jego ciele. Opadająca adrenalina w niczym nie pomagała, a jedynie pozwalała, by zmęczenie coraz bardziej kusiło cętkowanego w swoje spokojne objęcia. Bliski płaczu w końcu spojrzał w stronę tego, kto ośmielił się mu przeszkodzić w dotarciu do Jagnięcego Ukłonu. Jakie jego zdziwienie było, gdy zamajaczyła przy nim sylwetka pewnego ucznia protektora — czy to mógł być naprawdę on, czy to już jego zmęczony umysł miesza w myślach.
Długo jednak nad tym nie rozmyślał, gdyż padł ciężko na ziemię, a całe pole widzenia zasunęła mgła i następnie ciemność, która także przyniosła ze sobą ciszę i spokój.
«★»
Początkowo nie wiedział, gdzie jest ani coś się działo przed tym, nim zemdlał na środku obozu. Szybko jednak wspomnienia zaczęły zalewać jego nadal przyćmiony umysł. Nagle otworzył szeroko oczy i gwałtownie poderwał głowę z miękkiego posłania, na którym leżał — dopiero po chwili jego nozdrza zostały zaatakowane przez silną woń ziół, które były przechowywane w innej części legowiska.
— No proszę, kto się obudził. — Głos Aldrowandowej Łapy był niczym płachta na byka. Posłał jej złowrogie spojrzenie, by następnie ciężko podnieść się z zamiarem opuszczenia legowiska medyków. — Leż mysi móżdżku — skarciła go młodsza, jednak ten nie słuchał.
— Leżeć będę, gdy dowiem się, co z Mroźnym Wierchem — syknął, pozbywając się opatrunku z lewego oka. Szylkretka niespodziewanie zastąpiła mu drogę, na co gniewnie machnął ogonem. — Przepuść mnie znajdo.
— Chodzi o to, że Mroźny Wierch nie żyje.
— Kłamiesz! Już wronia strawa lepiej się zna niż ty! — fuknął, ignorując fakt, że mógł tym urazić uczennice. Nie obchodziło go to na obecny moment, teraz jedynie liczył się liliowy wojownik, dlatego bez dalszej zwłoki, wyminął młodszą, ignorując fakt, że mogła coś mówić. Lekko utykając na prawą tylną łapę, wyłonił się z legowiska, by ujrzeć niemałe widowisko. Osłupiały przystanął po paru krokach, będąc w stanie dosłyszeć głos Rozświetlonej Skóry.
— Najpierw mój brat, a teraz ukochany?! Ile kotów musi jeszcze zginąć przez te parszywe mewy, byśmy coś z tymi zrobili?! — Słowa wojownika ciężko zwisały między zgromadzonymi, a Wzburzony Kormoran dopiero po chwili uświadomił sobie, że brązowooki kieruje te słowa prosto do Judaszowcowej Gwiazdy, który stoi przed swoim legowiskiem.
Długa nie trzeba było czekać, by inne koty poparły zrozpaczonego wojownika, który stał przed ciałem zmarłego. Nawet sam Bukowa Korona głośno zawtórował starszemu, na co point przewrócił oczami — oczywiście jak zwykle będzie się rozchodzić o to, że został oszpecony przez mewy.
— Nie pośle kolejnych kotów na śmierć — mruknął ochrypłym głosem, który ledwo dało się usłyszeć przez wrzawę tłumu.
— Jak nic nie zrobimy, kolejni będą z każdym dniem ginąć!
— Trzeba coś zrobić!
— Przegońmy je!
— Lepiej wybijmy, co do jednego!
— Cisza! — Głos Pikującej Jaskółki zagrzmiał niczym piorun na niebie w burzową noc. — Judaszowcowa Gwiazdo, twoi wojownicy chcą iść, a ten problem trzeba w końcu rozwiązać.
Po długiej grobowej ciszy w końcu czekoladowy ciężko westchnął.
— Zgoda. Każdy chętny niech zgłosi się do Pikującej Jaskółki. — Po tych słowach starszy zniknął w odmętach legowiska.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz