Wyjrzał zza nory, wyłaniając się wreszcie całkowicie, ignorując przy tym inne wychodzące koty, też szukające swoich mentorów. Blask oślepił go na parę sekund, było to związane prawdopodobnie z tym, że posiadał niebieskie oczy, zupełnie tak, jak jego tata. Ślepia mamy były intensywnie zielone. Zastanawiając się tak nad oczami, nawiązał kontakt wzrokowy ze swoją mentorką. Podszedł do niej pospiesznie, prostując przy okazji zesztywniałe z powodu odpoczynku łapy. Srebrna kiwnęła do niego głową na przywitanie i zanim się obejrzeli, Rogata Łapa poczuł się tak, jak na ostatniej nauce wspinaczki na drzewa. Tym razem jednak miał nauczyć się łowić ryby, co bardzo go ucieszyło. Nie, żeby zamierzał się przepracowywać, na pewno nie wtedy, kiedy nikt nie patrzył. Zawsze mógł rozkazać Fląderce, żeby coś dla niego złapała, jeśli tylko by ją wypuścili z obozu. Chociaż… może lepiej nie, bo by jeszcze kogoś skrzywdziła…
Gdy chłodna ciecz oplotła jego przednie łapy, wywołując u niego lekkie dreszcze, zmarszczył pysk, otrzepując jedną z nadmiaru wody, próbując jakoś się szybko ogrzać. Chłód prędko poniósł się dreszczem wzdłuż jego kręgosłupa, a w jego sercu zagościła swego rodzaju frustracja. Dobre przynajmniej tyle, że nie musiał cały się zanurzać, to byłoby bardzo niebezpieczne. Wpatrywał się w chłodne tafle, napędzane i kierowane przez wiatr, miotający gęstymi futrami zarówno babki, jak i Flaminga. Mandarynkowa Gwiazda, dokładnie tak samo, jak ostatnio, nie tłumaczyła mu na początku za wiele, o ile cokolwiek tak naprawdę. Musiał polegać na własnych “wydaje mi się” oraz “słyszałem od mamy…”. Jakby za każdym razem sprawdzała, ile on już wyniósł wiedzy z kociarni.
Zamoczył łapę w wodzie, przysiadłszy wygodnie. Obserwował spokojnie obijające się tafle o brzeg zbiornika, nie mogąc doczekać się, aż wreszcie coś się skusi na jego aksamitne, jasne futerko. Oczywiście nie zamierzał go nikomu oddawać, było jego i tylko jego, nikogo więcej! Ryby, które pływały w tym źródełku, powinny być mu wdzięczne, że zaoferował im taką możliwość, skosztowania jego cudownej, lekko zakurzonej łapy! Rogata Łapa czekał tak z nadzieją, co jakiś czas spoglądając na srebrną, która, zdawało się, miała cały dzień wolny dla niego. Oczywiście nie mogło bardziej się to mijać z prawdą – jako liderka każdego dnia miała bardzo dużo na głowie, niewykluczonym było więc, że ilość chwil, jakich mogła mu zaoferować na trening, mogła być ograniczona. Point, zorientowawszy się, że czucie z każdym kolejnym uderzeniem serca powoli zaczyna go opuszczać, poruszył łapą, wzburzając lekką taflę. Poduszka zaczęła się mrowić, a ryby jak nie było, tak i nie chciało przybyć. Uniósł podejrzliwie łeb, nachylając się nad źródłem lekko. W ciemnej cieczy dostrzegł swoje piękne odbicie, które podziwiał tak jeszcze przez jakiś czas. Nie rzucały mu się w oczy jednak niestety żadne ciemniejsze kształty. Czyżby wydawało mu się źle? To w takim razie jak inaczej miał łowić? Z poirytowaniem plasnął łapą płasko o wodę, ochlapując się odrobinę. Prychnął pod nosem z zażenowania.
— Widzisz, gdybyś czekał tak dłużej, to może i byś doczekał się zachodu słońca. Jeśli chcesz polować w ten sposób, to nie złapiesz wiele — skomentowała mentorka. Podreptała kilka kroków dalej od niego, lustrując powierzchnię cieczy wzrokiem. Niebieskooki i tym razem nie odpowiedział jej na to w żaden sposób. Nie chciał, żeby spoglądała na niego jak na gorszego, jak na niegodnego zaufania i słuchania jej nauczań. Pokiwał więc tylko głową, przyjmując to z pokorą, o dziwo.
“To nie moja wina, że wiatr tak wieje i ryby się po prostu nie znają” — wybrzmiała w jego głowie myśl, której nie zamierzał mówić głośno.
Bursztynooka zanurzyła jedną z łap nagle, wyrzucając na brzeg rybę. Zdobycz miotała się jeszcze przez jakiś czas, próbując powrócić do wody, jednak nieskutecznie. Ślizgała się na trawie i praktycznie nic, oprócz suchej ziemi nie było w stanie jej powstrzymać. Liderka wgryzła się w nią prędko, pozbawiając ją życia. Rogata Łapa przyglądał się całemu temu procesowi, było to kluczowe, jeśli chciał się uczyć. A jeszcze bardziej istotne było, żeby wprowadzał tak dużo praktyki, jak tylko możliwe, bo na samej teorii nie zajdzie daleko.
Uczniak przysiadł w miejscu, gdzie kotka była jeszcze chwilę temu.
Gdy w wodzie zamajaczyły mu ciemniejsze kształty, momentalnie zanurzył łapsko głębiej nawet, niż powinien z nadzieją, że to zapewni mu lepszy łup. Pazurami musnął coś gładkiego, to ryba! Musiała być ryba! Zamachnął się, próbując ją zgarnąć spod wody, aczkolwiek istota wypłynęła mu prosto spod łapy. Trzepnął ogonem gniewnie.
“Teraz to na pewno cokolwiek tu złapię…”
Zirytowany uczniak usiadł z innej strony przy wodzie, mając nadzieję na jakikolwiek czekający na niego posiłek. Dopóki nic nie złapie, to nic nie zje. Musiał złapać tę rybę.
***
Kocur dostrzegł kątem oka lądującego nieopodal ptaka, który niezwykle przykuł jego uwagę. Przekrzywił łeb na bok, zastanawiając się przez parę uderzeń serca, na co on w ogóle patrzył, po skierowaniu pyska w tamtym kierunku. Długie, patykowate nogi istoty utrzymywały cały korpus, a ciało pokryte gęsto pierzem z tej odległości nie wydawało się jakoś szczególnie masywne. Kot schylił się, próbując schować się w zaroślach. To była jego szansa, zesłana prosto z Klanu Gwiazdy! Mógł się popisać przed babką. Zerknął jeszcze na wspomnianą kotkę, jakby potrzebował potwierdzenia, czy aby na pewno mógł iść. Kocica kiwnęła głową, sama też się chowając gdzieś blisko. Książę zaczął się skradać ostrożnie, wydając przy tym jak najmniej hałasu. Jaskraworóżowe ptaszysko o śmiesznym kształcie dziobu wyglądało na dość przestraszone, chociaż samemu Nocniakowi nie przeszkadzałoby to nadto, gdyby nie fakt, że miał wrażenie, jakby zdobycz miała mu uciec prosto sprzed nosa. Jakiś głosik, gdzieś z tyłu głowy postanowił go sabotować, jednak ten się jemu nie dał. Znalazłszy się wystarczająco blisko, wyskoczył prosto na ptaszysko, posyłając w dal drobinki mokrej ziemi. Zaczął gryźć go po długiej szyi, nie będąc pewnym, gdzie powinien w ogóle zacząć. Może krtań miał pod samym łbem? Flaming zaskrzeczał głośno, alarmując wszelką zwierzynę, która mogła czmychać sobie po krzewach. Masywne, ciemno upierzone skrzydła co jakiś czas uderzały w cielsko Rogatej Łapy, który nie miał w planach się poddawać mimo dyskomfortu. Wreszcie jedna z patykowatych nóg sięgnęła go, poczuł, jak ostry pazur zanurza się pomiędzy jego kłosy, naciskając na niego i odpychając kawałek dalej. Zaszurał o grunt, przewracając się na bok, posyłając wraz ze sobą chmurę dymu. Prędko powstał z ziemi, nie czując z powodu adrenaliny bólu, jaki mógł do niego dotrzeć, chociaż na więcej niż na parę siniaków to sobie nie zapracował. W paru susach doskoczył do swojej ofiary, która broniła się tak naprawdę nie najgorzej. W pewnym momencie ptak pochylił się nad przeciwnikiem prędko, dziobiąc go mocno w łeb. Chwycił kocura za sierść na karku, za którą pociągnął okrutnie, po czym cisnął nim znowu, niczym szmacianą lalką. Point wypuścił nerwowo powietrze, gdy poczuł mocne stuknięcie, a potem pulsujący ból głowy i dzwony w uszach. Wybiło go to z rytmu na tyle, że początkowo nawet nie pomyślał o wstaniu. Obraz stał się na parę uderzeń serca rozmazany, zmrużył oczy, jakby próbując odzyskać wizję sprzed upadku. Ptak jeszcze parokrotnie pokręcił łbem na boki, skrzecząc ostrzegawczo lub wrogo, po czym zaczął przebierać łapami, zostawiając za sobą ślady niczym swego rodzaju kaczka, ale większa. Parokrotnie zatrzepotał masywnymi skrzydłami, przyśpieszając tempa. Wreszcie wzbił się ponownie w powietrze, ranny, acz nadal sprawny. Rogata Łapa odprowadził swoją zdobycz wzrokiem, czując nieprzyjemne ukłucie w piersi. Został pokonany. Wbił pazury w ziemię, czując, jak coś w nim się gotuje. To nie on tu miał leżeć, tylko to ptaszysko! To on miał wygrać! Poruszył ogonem na boki, czując zawód przez swoje niepowodzenie. Położył łeb z powrotem na ziemię, wpatrując się w parę różowo-białych piórek, leżących nieopodal jego, trzymających się dzielnie gruntu. Skoro nie udało mu się upolować tego ptaszyska, to mu, chociaż piór nawyrywał i sobie będzie mógł powtykać w kłosy, teraz to dopiero będzie elegancki! Nikt takich nie miał, nikt! Tylko on.
Nagle promienie słońca przysłonił cień Mandarynkowej Gwiazdy. Stanęła nad nim, lustrując go od łap po uszy, jakby go ponownie badała, czy siebie nie uszkodził całkowicie.
— Chodź, spróbujemy znowu, ale tym razem z jakąś mniejszą zdobyczą — powiedziała wreszcie, na co uczniak otworzył oczka i zerknął na nią, leżąc tak jeszcze przez parę uderzeń serca, jakby zastanawiał się, czy aby na pewno warto było wstawać.
Oczywiście, że było.
Dźwignął się ciężko na łapy, otrzepując brudu tyle, co mógł. Schylił łeb po parę piórek, które następnie wetknął sobie pomiędzy kłosy futra, chcąc je zachować na pamiątkę i ruszył za starszą.
[umiejętność łowienia ryb, 1617 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz