Młodzikowi co jakiś czas obijały się o uszy głosy, że dzień jego ceremonii zbliżał się wielkimi krokami, mimo sielanki, której smakował codziennie i korzystał z niej w pełni, wsłuchując się w wszelką możliwą opowieść, jaką tylko starsi, a przede wszystkim bliscy byli w stanie mu przedstawić. On doskonale wiedział, kto dzisiaj zostanie mianowany. Dzisiaj to właśnie on miał zostać uczniem Klanu Nocy! Można było dość łatwo dojść do takiego wniosku, ponieważ w żłobku przebywał tak naprawdę tylko on. No i oczywiście ta rybia strawa oraz ten kocur, który go też co nieco uczył, chociaż point nie wiedział jak do niego podchodzić i jak go traktować. W końcu piastun był naprawdę ważnym kotem w życiu każdego kota należącego do rodu i nie tylko. Na myśl, że łaciaty uczył kiedyś także tę czekoladową brzydotę, żółć podchodziła mu do gardła. Może Złocisty Widlik jednak był porządny, a fakt, że Fląderka przeżyła, był jedynie czystym przypadkiem? Szczęściem w nieszczęściu?
W dodatku… odnośnie do ceremonii, kto wie, może wreszcie zyska upragniony lotos na czole, dzięki któremu koty będą kłaniały mu się niżej, niż dotychczas? Może uśmiechaliby się do niego więcej? Czy ojciec odwiedzałby go częściej? Może uważał go za słabego? Takiego, co nie umie za wiele? Jeszcze się nauczy i mu pokaże. Jeszcze ojciec będzie z niego dumny! Bardziej niż z kogokolwiek innego, bardziej niż z siebie kiedykolwiek. Niebieskooki ziewnął przeciągle, gdy matka pociągnęła jego kłosy na karku językiem za mocno. Zmarszczył brwi, które prędko wygładził. Nie wolno mu było tyle się złościć, bo jeszcze mu tak zostanie i co? I kto wtedy będzie chciał z nim w ogóle rozmawiać, skoro wyglądałby tak, jakby chodził naburmuszony całymi dniami? Chociaż może coś w tym było, w końcu wcale nietrudno było go doprowadzić do stanu konkretnego podenerwowania. Wystarczyło tak naprawdę powiedzieć parę nieprzychylnych, a nawet i niewylewnych słów o jego kochanej mamusi lub ogólnie rodzinie, której nie zdążył jeszcze poznać tak porządnie, jak mógłby chcieć. To znaczy, odkąd przyszedł na świat, poznał naprawdę wiele kotów, skoro jednak chciał być autorytetem, musiał znać cały Klan Nocy. Każdego i to doskonale, a przynajmniej tak mu się wydawało. Bo jeśli każdy by go znał, do wszystkich uśmiechałby się odpowiednio często i szeroko, to może zdobyłby parę miłych opinii o sobie, które przecież były tak kluczowe, jeśli chciał być szanowany! Oczywiście należał mu się już teraz szacunek za sam fakt bycia tak ważnym kotem, w końcu nie wszyscy byli wnukami Mandarynkowej Gwiazdy, a ponadto… prapraprawnukiem samej Sroczej Gwiazdy! Na samą myśl o tym napuszył sierść na piersi, ku niezadowoleniu matki. Nawet jeśli nie znał wszystkich kotów spokrewnionych z nim, to i tak czuł swego rodzaju więź z nimi.
— No już, Flamingu, zaraz musimy wychodzić. Na pewno za niedługo Mandarynkowa Gwiazda zwoła zebranie klanu! — poniosło się uradowane miauknięcie matki. Flaming zamrugał parokrotnie, posyłając jej uśmiech.
— Myślisz, że mi nada ładne imię? Może Dumna Łapa? Idealna Łapa. Nie, to… brzmi dobrze, ale nie pasuje w ten sposób — zamyślił się jeszcze, spozierając na grunt. Poczuł, jak matka powoli zaczyna go pchać w kierunku wyjścia.
— Z pewnością ci dobierze jakieś porządne! W końcu jesteś jej wnukiem, nie skrzywdziłaby cię tak, jak niektórych — powiedziała nieco ciszej. Point jakby ponownie odpłynął myślami. Ach, chodziło jej pewnie o Mysiomózgą Łapę, która prawie by go zabiła! Ta kotka była tak niepoważna! Nie potrafił zrozumieć, dlaczego przywódczyni pomyślała, żeby ją zostawić w szeregach klanu. Może przydawała się jako służka? On miał Fląderkę, a właśnie…
— Pokrako! — zawołał, a już po chwili nieopodal znalazła się czekoladowa Nocniaczka, chyląc przed nim łeb. Widząc to, uśmiechnął się chytrze, niczym młody lis.
— Tak, książę Flamingu? — zapytała, a jej końcówka ogona drgała nerwowo, gdy Wężynowy Kieł mierzyła ją oceniającym wzrokiem. Karmicielka po paru uderzeniach serca pokręciła głową ze zrezygnowaniem, jakby nie do końca mogła uwierzyć w zachowanie syna. Sam Flaming nie czuł się jakoś szczególnie źle czy ogólnie winny całej tej sytuacji. Nie jego wina, że dawała sobą tak pomiatać i urodziła się czekoladowa. Skoro więc była kotem, który zaciąga innych do błota i im rujnuje życia, to równie dobrze i on mógł sobie jej porujnować, skoro ona napsuła już wystarczająco. Matkę pewnie denerwował bardziej fakt, że syn się ociągał, niżeli traktował źle kota, który sobie zapracował na takie traktowanie.
— Przynieś mi potem jakąś rybę ze sterty. Na pewno będę głodny po mojej ceremonii — polecił jej, nakazując kotce teraz posprzątać łoże, w którym spał jeszcze jakiś czas temu wtulony w gęste futro matki. Zauważył, że pomiędzy paprociami robiło się coraz mniej miejsca, widać było, że szybko nabierał na wadze. Fląderka miała sklecić mu nowe, wygodne, wyłożone najlepszym jakości pierzem, jakie tylko mogła znaleźć. A posłanie te miało znajdować się w legowisku uczniów, więc był ciekaw, jak jej pójdzie i czy w ogóle podoła danemu zadaniu. Tak naprawdę to nie miała wyboru. Oprócz jego rozkazów to nikt od niej nic obecnie nie chciał. Medycy już co mogli, to wyprosili, to pomogła, pozanosiła i dojrzała.
— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — rozbrzmiało wołanie srebrnej kocicy. Flaming zaczął wreszcie przebierać łapami, powracając myślami do teraźniejszości. Legowiskiem się będzie martwił później, na razie nie było takiej potrzeby. To znaczy oczywiście, on nie musiał, a Fląderka owszem. Musiała się postarać, o ile tylko te jej paskudne łapy były w stanie cokolwiek akceptowalnego ułożyć.
Postawił się z ogonem uniesionym wysoko na polanie, szukając wzrokiem ojca. Matka usadowiła się tuż za nim, młody kocurek miał wrażenie, że jego serce zaraz wyskoczy mu z piersi. Kiedyś z pewnością dokładnie tak samo czuła się jego babka, a ponadto praprababka. Każdy Nocniak, nawet jego tata! W jego ślepkach zatańczyły iskierki podekscytowania, a łapki zaczęły delikatnie ugniatać grunt, gdy wpatrywał się w elegancki chód pręgowanej liderki. Śledził jej wzrok dość dyskretnie, żeby jej przypadkiem nie zachęcić do zmiany zdania odnośnie do jego ceremonii! Gdy ich spojrzenia spotkały się, point miał na mordce wymalowaną gotowość. Chciał już wystąpić na środek, chciał dowiedzieć się, kto zostanie jego mentorem. Od mentora zależało naprawdę wiele, miał szczerą nadzieję, że nie przydzieli mu nikogo słabego czy… niegrzeszącego mądrością. Na przykład nie chciałby, żeby go uczyła jakaś czekoladowa brzydota. Całe szczęście, że tutaj nie byli traktowani nawet jak zwyczajni wojownicy. Oni byli pod nimi, pod każdym Nocniakiem, nawet nie członkami rodu i doskonale o tym wiedzieli. Ostatnia sytuacja związana z Mysiomózgową Łapą tylko to udowodniła. To była kwestia czasu aż Fląderka zrobi coś identycznego. Może jeśli będzie wykonywać jego rozkazy, to jej los nie będzie aż tak marny?
Chłodne podmuchy wiatru omiotły powoli kształtującą się kryzę ucznia. Sierść ułożoną miał idealnie, wyglądał przepięknie! Najlepiej, jak zawsze, oczywiście. Kto mu dorównywał urodą?
Gołębie chmury pięły się po nieboskłonie, zasłaniając wszelkie możliwe promienie słońca. Krążyły po przestrzeni nad drzewami tak, jak łapy kocie po błocie, które utworzyło się po niedawnej ulewie. Flaming miał szczerą nadzieję, że nie będzie dzisiaj więcej padać. Deszcze, w połączeniu z tak zimnym wiatrem nie mogły być nigdy czymś dobrym. Ponadto wcale mu się nie widziało moknąć, dlatego to była dodatkowa kwestia, nad której prawdopodobieństwem warto było się namyślić, jednak nie teraz, teraz miał ważniejsze, dużo ważniejsze rzeczy na głowie…
“Pamiętaj, skąd pochodzisz. Pamiętaj, czyim synem i wnukiem jesteś. Nie przynieś nam wstydu”.
Pysk przywódczyni zdobiła nieodgadniona mimika. Kocurek miał lekką trudność w odczytaniu jej, starał się być jednak pozytywnej myśli.
— Flamingu, wystąp — rozbrzmiało po obozie, odbijając się po ścianach jego uszu echem, niczym w wielkiej jaskini. Kocur wystąpił przed szereg, czując na sobie spojrzenia pobratymców. Jego spojrzenie było spokojne i pewne. Przywódczyni nie spuszczała z niego pomarańczowych ślepi. — Flamingu, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Rogata Łapa. Twoim mentorem zostanę ja, Mandarynkowa Gwiazda — powiedziała stanowczo, ale i z nutą dumy w głosie. A może ją on sobie tylko dopowiedział? Rogata Łapa… Rogata Łapa… Przed jego ślepiami nagle wymalowała się postawna kocica, która nachyliwszy się nad młodziakiem, zetknęła się z nim nosami. Spojrzał na nią z lekkim oszołomieniem, jakby nadal nie docierało do niego to, że jego mentorką została… jego babka! Sama przywódczyni Klanu Nocy! Czy mógł trafić lepiej? Absolutnie nie! Jego serce zaczęło bić szybciej, a ucho podrygiwało z rozemocjonowania. Odwrócił się do pobratymców, słysząc, jak z ogromnym zadowoleniem skandują jego nowe, przepiękne imię.
— Rogata Łapa! Rogata Łapa!
Czy pasowało mu takie? Było mu do twarzy w… wyimaginowanych rogach? Ciekawe co sprawiło, że otrzymał akurat takie? Nie mógł powiedzieć, że mu nie odpowiadało. Brzmiało doskonale. Poroże, ogólnie rogi kojarzyły się raczej pozytywnie albo przynajmniej dumnie. W głowie zamajaczyła mu sylwetka masywnego, dumnie wyprostowanego jelenia, prezentującego swoje rozłożyste niczym gałęzie u drzew poroże, lustrując spojrzeniem las wokół siebie, niczym król całych tych terenów. Sam point starał się nie wypaść na zbyt aroganckiego, jego pyszczek przyozdobił stonowany, elegancki uśmiech, mimo że serce, zdawało się, zaraz mu się wyrwie z klatki piersiowej, uciekając gdzieś hen daleko.
Nie był to jednak koniec. Mandarynkowa Gwiazda zachęciła swojego ucznia do tego, żeby za nią poszedł. Rogata Łapa, nie kwestionując tego, podążył za nią posłusznie niczym baranek, idąc przez centrum Klanu Nocy tak, jakby chodził tędy już niezliczone księżyce, a w rzeczywistości był to jeden z pierwszych razów, kiedy postawił tu łapę. W pewnym momencie przyłączyła się do niego reszta jego rodziny, w tym Błękitna Laguna, o dziwo, co bardzo ucieszyło kocurka, oczywiście liderka, Gąbczasta Perła, Różana Woń i jeszcze parę kotów, po których point nie rozglądał się nadto, a może powinien albo wypadałoby…?
Znaleźli się pod wysokim sumakiem. Bursztynooka zamoczyła łapę delikatnie w szkarłatnej mazi, która pachniała rybnie, ale i w pewnym sensie owocowo. Niebieskooki przyglądał się całej tej ceremonii z zaciekawieniem. Może kiedyś to on zasiądzie na miejscu babki i będzie musiał odprawić podobny rytuał, kto wie?
Zbliżyła łapę do jego głowy, naznaczając ją starannie symbolem lilii wodnej. Rogata Łapa starał się siedzieć tak spokojnie i nie ruszać się, jak tylko było to możliwe. Zależało mu na tym, aby jego znak był wykonany idealnie, żeby nikt się przypadkiem nie zastanawiał co do jego pochodzenia. Starsza zakończyła to jeszcze dwoma kropkami, które naznaczyły spód lotosu, przypominając łodygę. Przepiękne kwiecie na jego głowie było dla niego dumą tak ogromną, że ciężko było mu wyobrazić sobie przejście do codziennych obowiązków, które nadeszły szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Jego dotychczasowa sielanka opuściła go okrutnie, robiąc miejsce wreszcie na moment, w którym przyszło mu się wykazać, a musiał dokonać tego niejednokrotnie. Musieli być z niego dumni. Jego rodzina musiała widzieć jego postęp i chęci do zostania najlepszym z najlepszych, tym razem oprócz tylko pewnie nacechowanych słów, a zerowego udowodnienia w postaci zarysowanych mięśni pod futrem. W żłobku nauczył się wiele, a to nie był koniec jego nauki. Rogata Łapa wiedział, że jeśli zrobi choć jedną rzecz nie tak, mógłby wtedy pożegnać się ze swoim pięknym, dumnym imieniem i nadziejami rodziny, które tylko rosły względem niego.
Rogata Łapa szedł u boku przywódczyni, czując nieprzyjemnie mokrą ziemię pod poduszkami. Rozpływała się i była zdecydowanie za miękka! Trzymał ogon tak, żeby nim przypadkiem nie dotknąć tego całego brudu wszędzie wokół. Ciekawe co dzisiaj będą robić? Mokre, chłodne powietrze docierało do jego nosa prędko, przypominając o plusze. Rechot żab ucichł, gdy dwójka zbliżyła się wystarczająco blisko. Point prędko odkrył, że ich obóz otoczony był masą wysepek, a więc jeśli chcieli dotrzeć gdziekolwiek, to musiał nauczyć się pływać. On tak naprawdę wiedział już, jak pływać, moczył się przecież tyle razy w tym malutkim brodziku pod czujnym okiem Złocistego Widlika i matki, ale może wody tutaj to było zupełnie co innego. Dwójka przystanęła przy jednym z drzew, Mandarynkowa Gwiazda spojrzała na swojego podopiecznego, jakby z podejrzliwością, a sam Flaming czekał na polecenia z jej strony, zastanawiając się gdzieś z tyłu głowy, dlaczego go takim spojrzeniem obdarzyła. Wyprostował się wręcz jak na zawołanie, układając sierść na piersi starannie. Może zrobił już teraz coś nie tak? Chciał jej pokazać, że był mądry i nie było potrzeby tłumaczenia mu tak obszernie, jak małemu, nierozgarniętemu kociakowi. Nagle kiwnęła do niego głową, wskazując na drzewo.
— Wdrap się. Chyba że wolisz siedzieć w tym błocie — miauknęła, owijając ogon starannie wokół łap. Może jej nie dopisywał humor?
Kocur sterczał tak jeszcze przez parę uderzeń serca, zastanawiając się, jak powinien do tego podejść. Najlepiej tak, jak uczyła go matka. Chociaż ona nie wspominała o drzewach wcale tak dużo, raczej skupiała się na rodzie królewskim, panujących zasadach w Klanie Nocy i oczywiście pływaniu czy łowieniu, wspinaczka go szczerze zaskoczyła… ale nie zamierzał się poddawać. Dobrze byłoby wykorzystać fakt, że miał większe łapy i ostrzejsze pazury, więc wczepienie się w korę nie powinno być kłopotliwe. Musiał naśladować wszystkie te mniejsze zwierzęta wokół… Podszedł do drzewa pospiesznie, ale elegancko i stanąwszy na dwóch łapach, wczepił się przednimi w twardy pień. Początkowo wyglądało to dość zabawnie, ponieważ zatrzymał się na parę uderzeń serca, sprawdzając, gdzie najlepiej byłoby wykonać następny ruch. Kora nie była miękka, ale była z pewnością odrobinę śliska z powodu wcześniejszej mżawki.
Okazało się, iż to było nieco trudniejsze, niż początkowo zakładał, ale to go wcale nie zniechęciło. Po chwili zaczął wczepiać się wyżej, wykorzystując do tego już również tylne łapy. Ciekawe czy tak się czuły wiewiórki? Rogata Łapa wybierał dość proste miejsca, do których mógłby się wczepić. Szukał ubytków, gdzie może i by zmieścił, chociaż część łapy. Patrzył też za takimi, gdzie było jak najmniej brudu czy innych niedogodności. W końcu kto by chciał drzazgi w poduszce? Jeszcze by się biedny poranił i musiał czekać w legowisku medyków! Nie miał na to czasu! On się musiał uczyć i zostać wojownikiem. Kątem oka zerknął, czy babka patrzyła na jego ruchy. Śledziła tak naprawdę każdy z nich, jakby czekała, aż w końcu się pomyli. W tym samym czasie jego łapa, jak na złość, poślizgnęła się, a on sam runął na ziemię, lądując w mokrym błocie. Skrzywił się, gdy ból rozprzestrzenił się po jego ciele niczym ciarki zimna czy… w tym przypadku prędzej zażenowania. Mokra ciecz rozbryzgnęła się naokoło, na szczęście nie dotykając nawet koniuszka gęstego ogona starszej.
“Dlaczego w takim momencie mi się poślizgnęła łapa? Teraz to ona na pewno nie będzie mnie traktowała na poważnie…” — pomyślał, odrobinę się smucąc. Prędko podniósł się na łapy sztywno, sprawdzając, czy przypadkiem niczego sobie nie połamał, czy nie wygiął. Po oględzinach stwierdził szybko, że raczej nic poważnego sobie nie zrobił. Tak naprawdę nie wspiął się nawet wysoko, bo przez swoje wybrzydzanie wcale sobie nie ułatwiał zadania.
Mandarynkowa Gwiazda zerknęła na niego, jakby sprawdzała, czy się uszkodził, jednak prędko z tego zrezygnowała, zauważywszy, że poruszał się normalnie.
— Drzewa nie są zbudowane pod ciebie. Musisz czasami poświęcić jedną rzecz, żeby zyskać drugą. Gdybyś tylko zauważył niektóre wgłębienia, to nie dość, że wszedłbyś na górę szybciej, to w dodatku może i byś nie spadł. Jeśli szukasz wygody, to zostajesz na dole, a jeśli ci zależy na wejściu wyżej, to nie wybrzydzasz. I co najważniejsze – jak się wspinasz, to patrz przed siebie, bo nie ma wcale czasu na takie lustrowanie otoczenia, na pewno nie wtedy, kiedy drugi kot siedzi prawie że tuż za tobą. Rozglądasz się, to spadasz, proste — machnęła ogonem, otrzepując się z drobinek kurzu. Uśmiechnęła się do niego delikatnie, ale wcale nie dostrzegł w tym uśmiechu nadmiernej pobłażliwości. Podeszła do drzewa teraz ona i bez dłuższego zastanawiania się chwyciła łapami kory, robiąc to dużo bardziej elegancko niż on. Mimo śliskiej kory, jej wspinaczka szła dużo lepiej i w dodatku szybciej. Zupełnie tak, jakby jej ta wilgoć wcale nie przeszkadzała. Już po chwili znalazła się na jednej z najniższych gałęzi, spoglądając na swojego wnuka spomiędzy łysych gałęzi. Gdyby nie pomarańczowe ślepia, to wtapiałaby się w tło nawet nie najgorzej.
Rogata Łapa otrzepał sierść również, ale to nie wystarczyło, żeby się pozbyć tych niedogodności. Jego białe plamy pokryte teraz były brudem, miał ochotę zanurzyć się w jakiejś wodzie i umyć, ale to by było bardzo nierozsądne, szczególnie przy tak mroźnej pogodzie. Zesłałby na siebie tylko więcej nieszczęścia. Otrzepał się też po to, żeby zrzucić z siebie budujące się nieprzyjemne uczucia. Nie uszkodził się, więc mógł próbować dalej. Zapamiętał mniej więcej sposób, w jaki pręgowana się podnosiła wyżej i zamierzał samemu teraz tego spróbować.
Zaczął podciągać się mniej elegancko, wybierając teraz nawet i te brudne wgłębienia, byleby tylko móc gdzieś się podtrzymać. Gdyby było sucho, to by wcale nie musiał tak robić, bo pazury by mu w pełni wystarczyły.
W pewnym momencie usłyszał głos babki, która nadal przypatrywała się uczniowi.
— Spójrz, jak wysoko już jesteś.
Rogata Łapa miał ochotę wykonać to, co mu poleciła, w dodatku wybiło go to lekko z rytmu, zmuszając do zatrzymania się, aczkolwiek nie wykonał tego polecenia. Nie był jeszcze bezpieczny, więc nie mógł się tak rozglądać w najlepsze. Jak tylko znajdzie się na gałęzi, to sobie wtedy popatrzy czy widać stąd obóz Klanu Nocy. W oczach liderki pojawiła się iskra zainteresowania.
Wreszcie znalazł się nawet wyżej niż wcześniej. Łapy powoli zaczynały mu odmawiać posłuszeństwa przez nagły nadmiar wysiłku, co objawiało się lekkim trzęsieniem się kończyn, ale fakt, że był już blisko celu, bardzo go pocieszał. Szarpnął się ostatni raz, znajdując wreszcie obok upragnionego miejsca odpoczynku. Usadowił się na jednej z gałęzi, spoglądając na babkę, czując rosnące zadowolenie z siebie. Kocica zamrugała, wydając z siebie cichy pomruk.
— Może jednak coś z ciebie będzie, o ile to nie było tylko szczęście, a faktyczne umiejętności.
Kocur spojrzał na grunt pod sobą, czując, że to miał być dopiero początek jego treningów. Będzie musiał zrobić wiele, żeby babka go rzeczywiście pochwaliła. Dobrze, że już teraz dostrzegała, że nie był typowym Nocniakiem… a może nie był wcale nikim szczególnym w jej oczach?
Powróciwszy do obozu, Rogata Łapa prędko odszukał brązowej pokraki, zajmującej się w danej chwili jakimiś odpadkami, chyba miała je wyrzucić. W momencie, gdy tylko koteczka spostrzegła kocura, odruchowo wręcz podbiegła do sterty zwierzyny, niosąc teraz w jego kierunku dorodną rybę. Point uniósł brodę do góry, spoglądając wymownie na zdobycz. Zmrużył oczy, a mordkę zwrócił na bok, jakby mu nie pasowała taka propozycja. Przewrócił oczami, wydając z siebie teatralnie głośne westchnięcie.
— Nie ma nic innego? — powiedział zawiedziony, trącając rybę łapą, niczym z obrzydzeniem! Tak naprawdę nie robiło mu różnicy, jaką rybę miał za moment zjeść. Chciał jej po prostu dokopać po treningu, który dokopał w pewnym momencie i jemu. — Pokrako, wyczyść moje futro. Muszę wyglądać idealnie, zawsze! — zażądał, przysiadłszy wygodnie na miejscu. Owinął gęstym ogonem swoje łapy, patrząc na kiwającą głową kotkę. Uśmiechnął się podle, a jego wąsy zastrzygły. — Ale najpierw zadbaj o to, żebym był dobrze wyżywiony. Nie mogę przecież po szkoleniu być o pustym żołądku! Ani chodzić cały brudny, jakbym był jednym z was, czekoladową brzydotą — zacmokał jeszcze na sam koniec, dopiero teraz odczuwając cały ten dzisiejszy wysiłek, który mu pulsował w łapach.
— Pokrako! — zawołał, a już po chwili nieopodal znalazła się czekoladowa Nocniaczka, chyląc przed nim łeb. Widząc to, uśmiechnął się chytrze, niczym młody lis.
— Tak, książę Flamingu? — zapytała, a jej końcówka ogona drgała nerwowo, gdy Wężynowy Kieł mierzyła ją oceniającym wzrokiem. Karmicielka po paru uderzeniach serca pokręciła głową ze zrezygnowaniem, jakby nie do końca mogła uwierzyć w zachowanie syna. Sam Flaming nie czuł się jakoś szczególnie źle czy ogólnie winny całej tej sytuacji. Nie jego wina, że dawała sobą tak pomiatać i urodziła się czekoladowa. Skoro więc była kotem, który zaciąga innych do błota i im rujnuje życia, to równie dobrze i on mógł sobie jej porujnować, skoro ona napsuła już wystarczająco. Matkę pewnie denerwował bardziej fakt, że syn się ociągał, niżeli traktował źle kota, który sobie zapracował na takie traktowanie.
— Przynieś mi potem jakąś rybę ze sterty. Na pewno będę głodny po mojej ceremonii — polecił jej, nakazując kotce teraz posprzątać łoże, w którym spał jeszcze jakiś czas temu wtulony w gęste futro matki. Zauważył, że pomiędzy paprociami robiło się coraz mniej miejsca, widać było, że szybko nabierał na wadze. Fląderka miała sklecić mu nowe, wygodne, wyłożone najlepszym jakości pierzem, jakie tylko mogła znaleźć. A posłanie te miało znajdować się w legowisku uczniów, więc był ciekaw, jak jej pójdzie i czy w ogóle podoła danemu zadaniu. Tak naprawdę to nie miała wyboru. Oprócz jego rozkazów to nikt od niej nic obecnie nie chciał. Medycy już co mogli, to wyprosili, to pomogła, pozanosiła i dojrzała.
— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — rozbrzmiało wołanie srebrnej kocicy. Flaming zaczął wreszcie przebierać łapami, powracając myślami do teraźniejszości. Legowiskiem się będzie martwił później, na razie nie było takiej potrzeby. To znaczy oczywiście, on nie musiał, a Fląderka owszem. Musiała się postarać, o ile tylko te jej paskudne łapy były w stanie cokolwiek akceptowalnego ułożyć.
Postawił się z ogonem uniesionym wysoko na polanie, szukając wzrokiem ojca. Matka usadowiła się tuż za nim, młody kocurek miał wrażenie, że jego serce zaraz wyskoczy mu z piersi. Kiedyś z pewnością dokładnie tak samo czuła się jego babka, a ponadto praprababka. Każdy Nocniak, nawet jego tata! W jego ślepkach zatańczyły iskierki podekscytowania, a łapki zaczęły delikatnie ugniatać grunt, gdy wpatrywał się w elegancki chód pręgowanej liderki. Śledził jej wzrok dość dyskretnie, żeby jej przypadkiem nie zachęcić do zmiany zdania odnośnie do jego ceremonii! Gdy ich spojrzenia spotkały się, point miał na mordce wymalowaną gotowość. Chciał już wystąpić na środek, chciał dowiedzieć się, kto zostanie jego mentorem. Od mentora zależało naprawdę wiele, miał szczerą nadzieję, że nie przydzieli mu nikogo słabego czy… niegrzeszącego mądrością. Na przykład nie chciałby, żeby go uczyła jakaś czekoladowa brzydota. Całe szczęście, że tutaj nie byli traktowani nawet jak zwyczajni wojownicy. Oni byli pod nimi, pod każdym Nocniakiem, nawet nie członkami rodu i doskonale o tym wiedzieli. Ostatnia sytuacja związana z Mysiomózgową Łapą tylko to udowodniła. To była kwestia czasu aż Fląderka zrobi coś identycznego. Może jeśli będzie wykonywać jego rozkazy, to jej los nie będzie aż tak marny?
Chłodne podmuchy wiatru omiotły powoli kształtującą się kryzę ucznia. Sierść ułożoną miał idealnie, wyglądał przepięknie! Najlepiej, jak zawsze, oczywiście. Kto mu dorównywał urodą?
Gołębie chmury pięły się po nieboskłonie, zasłaniając wszelkie możliwe promienie słońca. Krążyły po przestrzeni nad drzewami tak, jak łapy kocie po błocie, które utworzyło się po niedawnej ulewie. Flaming miał szczerą nadzieję, że nie będzie dzisiaj więcej padać. Deszcze, w połączeniu z tak zimnym wiatrem nie mogły być nigdy czymś dobrym. Ponadto wcale mu się nie widziało moknąć, dlatego to była dodatkowa kwestia, nad której prawdopodobieństwem warto było się namyślić, jednak nie teraz, teraz miał ważniejsze, dużo ważniejsze rzeczy na głowie…
“Pamiętaj, skąd pochodzisz. Pamiętaj, czyim synem i wnukiem jesteś. Nie przynieś nam wstydu”.
Pysk przywódczyni zdobiła nieodgadniona mimika. Kocurek miał lekką trudność w odczytaniu jej, starał się być jednak pozytywnej myśli.
— Flamingu, wystąp — rozbrzmiało po obozie, odbijając się po ścianach jego uszu echem, niczym w wielkiej jaskini. Kocur wystąpił przed szereg, czując na sobie spojrzenia pobratymców. Jego spojrzenie było spokojne i pewne. Przywódczyni nie spuszczała z niego pomarańczowych ślepi. — Flamingu, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Rogata Łapa. Twoim mentorem zostanę ja, Mandarynkowa Gwiazda — powiedziała stanowczo, ale i z nutą dumy w głosie. A może ją on sobie tylko dopowiedział? Rogata Łapa… Rogata Łapa… Przed jego ślepiami nagle wymalowała się postawna kocica, która nachyliwszy się nad młodziakiem, zetknęła się z nim nosami. Spojrzał na nią z lekkim oszołomieniem, jakby nadal nie docierało do niego to, że jego mentorką została… jego babka! Sama przywódczyni Klanu Nocy! Czy mógł trafić lepiej? Absolutnie nie! Jego serce zaczęło bić szybciej, a ucho podrygiwało z rozemocjonowania. Odwrócił się do pobratymców, słysząc, jak z ogromnym zadowoleniem skandują jego nowe, przepiękne imię.
— Rogata Łapa! Rogata Łapa!
Czy pasowało mu takie? Było mu do twarzy w… wyimaginowanych rogach? Ciekawe co sprawiło, że otrzymał akurat takie? Nie mógł powiedzieć, że mu nie odpowiadało. Brzmiało doskonale. Poroże, ogólnie rogi kojarzyły się raczej pozytywnie albo przynajmniej dumnie. W głowie zamajaczyła mu sylwetka masywnego, dumnie wyprostowanego jelenia, prezentującego swoje rozłożyste niczym gałęzie u drzew poroże, lustrując spojrzeniem las wokół siebie, niczym król całych tych terenów. Sam point starał się nie wypaść na zbyt aroganckiego, jego pyszczek przyozdobił stonowany, elegancki uśmiech, mimo że serce, zdawało się, zaraz mu się wyrwie z klatki piersiowej, uciekając gdzieś hen daleko.
Nie był to jednak koniec. Mandarynkowa Gwiazda zachęciła swojego ucznia do tego, żeby za nią poszedł. Rogata Łapa, nie kwestionując tego, podążył za nią posłusznie niczym baranek, idąc przez centrum Klanu Nocy tak, jakby chodził tędy już niezliczone księżyce, a w rzeczywistości był to jeden z pierwszych razów, kiedy postawił tu łapę. W pewnym momencie przyłączyła się do niego reszta jego rodziny, w tym Błękitna Laguna, o dziwo, co bardzo ucieszyło kocurka, oczywiście liderka, Gąbczasta Perła, Różana Woń i jeszcze parę kotów, po których point nie rozglądał się nadto, a może powinien albo wypadałoby…?
Znaleźli się pod wysokim sumakiem. Bursztynooka zamoczyła łapę delikatnie w szkarłatnej mazi, która pachniała rybnie, ale i w pewnym sensie owocowo. Niebieskooki przyglądał się całej tej ceremonii z zaciekawieniem. Może kiedyś to on zasiądzie na miejscu babki i będzie musiał odprawić podobny rytuał, kto wie?
Zbliżyła łapę do jego głowy, naznaczając ją starannie symbolem lilii wodnej. Rogata Łapa starał się siedzieć tak spokojnie i nie ruszać się, jak tylko było to możliwe. Zależało mu na tym, aby jego znak był wykonany idealnie, żeby nikt się przypadkiem nie zastanawiał co do jego pochodzenia. Starsza zakończyła to jeszcze dwoma kropkami, które naznaczyły spód lotosu, przypominając łodygę. Przepiękne kwiecie na jego głowie było dla niego dumą tak ogromną, że ciężko było mu wyobrazić sobie przejście do codziennych obowiązków, które nadeszły szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Jego dotychczasowa sielanka opuściła go okrutnie, robiąc miejsce wreszcie na moment, w którym przyszło mu się wykazać, a musiał dokonać tego niejednokrotnie. Musieli być z niego dumni. Jego rodzina musiała widzieć jego postęp i chęci do zostania najlepszym z najlepszych, tym razem oprócz tylko pewnie nacechowanych słów, a zerowego udowodnienia w postaci zarysowanych mięśni pod futrem. W żłobku nauczył się wiele, a to nie był koniec jego nauki. Rogata Łapa wiedział, że jeśli zrobi choć jedną rzecz nie tak, mógłby wtedy pożegnać się ze swoim pięknym, dumnym imieniem i nadziejami rodziny, które tylko rosły względem niego.
***
Rogata Łapa szedł u boku przywódczyni, czując nieprzyjemnie mokrą ziemię pod poduszkami. Rozpływała się i była zdecydowanie za miękka! Trzymał ogon tak, żeby nim przypadkiem nie dotknąć tego całego brudu wszędzie wokół. Ciekawe co dzisiaj będą robić? Mokre, chłodne powietrze docierało do jego nosa prędko, przypominając o plusze. Rechot żab ucichł, gdy dwójka zbliżyła się wystarczająco blisko. Point prędko odkrył, że ich obóz otoczony był masą wysepek, a więc jeśli chcieli dotrzeć gdziekolwiek, to musiał nauczyć się pływać. On tak naprawdę wiedział już, jak pływać, moczył się przecież tyle razy w tym malutkim brodziku pod czujnym okiem Złocistego Widlika i matki, ale może wody tutaj to było zupełnie co innego. Dwójka przystanęła przy jednym z drzew, Mandarynkowa Gwiazda spojrzała na swojego podopiecznego, jakby z podejrzliwością, a sam Flaming czekał na polecenia z jej strony, zastanawiając się gdzieś z tyłu głowy, dlaczego go takim spojrzeniem obdarzyła. Wyprostował się wręcz jak na zawołanie, układając sierść na piersi starannie. Może zrobił już teraz coś nie tak? Chciał jej pokazać, że był mądry i nie było potrzeby tłumaczenia mu tak obszernie, jak małemu, nierozgarniętemu kociakowi. Nagle kiwnęła do niego głową, wskazując na drzewo.
— Wdrap się. Chyba że wolisz siedzieć w tym błocie — miauknęła, owijając ogon starannie wokół łap. Może jej nie dopisywał humor?
Kocur sterczał tak jeszcze przez parę uderzeń serca, zastanawiając się, jak powinien do tego podejść. Najlepiej tak, jak uczyła go matka. Chociaż ona nie wspominała o drzewach wcale tak dużo, raczej skupiała się na rodzie królewskim, panujących zasadach w Klanie Nocy i oczywiście pływaniu czy łowieniu, wspinaczka go szczerze zaskoczyła… ale nie zamierzał się poddawać. Dobrze byłoby wykorzystać fakt, że miał większe łapy i ostrzejsze pazury, więc wczepienie się w korę nie powinno być kłopotliwe. Musiał naśladować wszystkie te mniejsze zwierzęta wokół… Podszedł do drzewa pospiesznie, ale elegancko i stanąwszy na dwóch łapach, wczepił się przednimi w twardy pień. Początkowo wyglądało to dość zabawnie, ponieważ zatrzymał się na parę uderzeń serca, sprawdzając, gdzie najlepiej byłoby wykonać następny ruch. Kora nie była miękka, ale była z pewnością odrobinę śliska z powodu wcześniejszej mżawki.
Okazało się, iż to było nieco trudniejsze, niż początkowo zakładał, ale to go wcale nie zniechęciło. Po chwili zaczął wczepiać się wyżej, wykorzystując do tego już również tylne łapy. Ciekawe czy tak się czuły wiewiórki? Rogata Łapa wybierał dość proste miejsca, do których mógłby się wczepić. Szukał ubytków, gdzie może i by zmieścił, chociaż część łapy. Patrzył też za takimi, gdzie było jak najmniej brudu czy innych niedogodności. W końcu kto by chciał drzazgi w poduszce? Jeszcze by się biedny poranił i musiał czekać w legowisku medyków! Nie miał na to czasu! On się musiał uczyć i zostać wojownikiem. Kątem oka zerknął, czy babka patrzyła na jego ruchy. Śledziła tak naprawdę każdy z nich, jakby czekała, aż w końcu się pomyli. W tym samym czasie jego łapa, jak na złość, poślizgnęła się, a on sam runął na ziemię, lądując w mokrym błocie. Skrzywił się, gdy ból rozprzestrzenił się po jego ciele niczym ciarki zimna czy… w tym przypadku prędzej zażenowania. Mokra ciecz rozbryzgnęła się naokoło, na szczęście nie dotykając nawet koniuszka gęstego ogona starszej.
“Dlaczego w takim momencie mi się poślizgnęła łapa? Teraz to ona na pewno nie będzie mnie traktowała na poważnie…” — pomyślał, odrobinę się smucąc. Prędko podniósł się na łapy sztywno, sprawdzając, czy przypadkiem niczego sobie nie połamał, czy nie wygiął. Po oględzinach stwierdził szybko, że raczej nic poważnego sobie nie zrobił. Tak naprawdę nie wspiął się nawet wysoko, bo przez swoje wybrzydzanie wcale sobie nie ułatwiał zadania.
Mandarynkowa Gwiazda zerknęła na niego, jakby sprawdzała, czy się uszkodził, jednak prędko z tego zrezygnowała, zauważywszy, że poruszał się normalnie.
— Drzewa nie są zbudowane pod ciebie. Musisz czasami poświęcić jedną rzecz, żeby zyskać drugą. Gdybyś tylko zauważył niektóre wgłębienia, to nie dość, że wszedłbyś na górę szybciej, to w dodatku może i byś nie spadł. Jeśli szukasz wygody, to zostajesz na dole, a jeśli ci zależy na wejściu wyżej, to nie wybrzydzasz. I co najważniejsze – jak się wspinasz, to patrz przed siebie, bo nie ma wcale czasu na takie lustrowanie otoczenia, na pewno nie wtedy, kiedy drugi kot siedzi prawie że tuż za tobą. Rozglądasz się, to spadasz, proste — machnęła ogonem, otrzepując się z drobinek kurzu. Uśmiechnęła się do niego delikatnie, ale wcale nie dostrzegł w tym uśmiechu nadmiernej pobłażliwości. Podeszła do drzewa teraz ona i bez dłuższego zastanawiania się chwyciła łapami kory, robiąc to dużo bardziej elegancko niż on. Mimo śliskiej kory, jej wspinaczka szła dużo lepiej i w dodatku szybciej. Zupełnie tak, jakby jej ta wilgoć wcale nie przeszkadzała. Już po chwili znalazła się na jednej z najniższych gałęzi, spoglądając na swojego wnuka spomiędzy łysych gałęzi. Gdyby nie pomarańczowe ślepia, to wtapiałaby się w tło nawet nie najgorzej.
Rogata Łapa otrzepał sierść również, ale to nie wystarczyło, żeby się pozbyć tych niedogodności. Jego białe plamy pokryte teraz były brudem, miał ochotę zanurzyć się w jakiejś wodzie i umyć, ale to by było bardzo nierozsądne, szczególnie przy tak mroźnej pogodzie. Zesłałby na siebie tylko więcej nieszczęścia. Otrzepał się też po to, żeby zrzucić z siebie budujące się nieprzyjemne uczucia. Nie uszkodził się, więc mógł próbować dalej. Zapamiętał mniej więcej sposób, w jaki pręgowana się podnosiła wyżej i zamierzał samemu teraz tego spróbować.
Zaczął podciągać się mniej elegancko, wybierając teraz nawet i te brudne wgłębienia, byleby tylko móc gdzieś się podtrzymać. Gdyby było sucho, to by wcale nie musiał tak robić, bo pazury by mu w pełni wystarczyły.
W pewnym momencie usłyszał głos babki, która nadal przypatrywała się uczniowi.
— Spójrz, jak wysoko już jesteś.
Rogata Łapa miał ochotę wykonać to, co mu poleciła, w dodatku wybiło go to lekko z rytmu, zmuszając do zatrzymania się, aczkolwiek nie wykonał tego polecenia. Nie był jeszcze bezpieczny, więc nie mógł się tak rozglądać w najlepsze. Jak tylko znajdzie się na gałęzi, to sobie wtedy popatrzy czy widać stąd obóz Klanu Nocy. W oczach liderki pojawiła się iskra zainteresowania.
Wreszcie znalazł się nawet wyżej niż wcześniej. Łapy powoli zaczynały mu odmawiać posłuszeństwa przez nagły nadmiar wysiłku, co objawiało się lekkim trzęsieniem się kończyn, ale fakt, że był już blisko celu, bardzo go pocieszał. Szarpnął się ostatni raz, znajdując wreszcie obok upragnionego miejsca odpoczynku. Usadowił się na jednej z gałęzi, spoglądając na babkę, czując rosnące zadowolenie z siebie. Kocica zamrugała, wydając z siebie cichy pomruk.
— Może jednak coś z ciebie będzie, o ile to nie było tylko szczęście, a faktyczne umiejętności.
Kocur spojrzał na grunt pod sobą, czując, że to miał być dopiero początek jego treningów. Będzie musiał zrobić wiele, żeby babka go rzeczywiście pochwaliła. Dobrze, że już teraz dostrzegała, że nie był typowym Nocniakiem… a może nie był wcale nikim szczególnym w jej oczach?
Powróciwszy do obozu, Rogata Łapa prędko odszukał brązowej pokraki, zajmującej się w danej chwili jakimiś odpadkami, chyba miała je wyrzucić. W momencie, gdy tylko koteczka spostrzegła kocura, odruchowo wręcz podbiegła do sterty zwierzyny, niosąc teraz w jego kierunku dorodną rybę. Point uniósł brodę do góry, spoglądając wymownie na zdobycz. Zmrużył oczy, a mordkę zwrócił na bok, jakby mu nie pasowała taka propozycja. Przewrócił oczami, wydając z siebie teatralnie głośne westchnięcie.
— Nie ma nic innego? — powiedział zawiedziony, trącając rybę łapą, niczym z obrzydzeniem! Tak naprawdę nie robiło mu różnicy, jaką rybę miał za moment zjeść. Chciał jej po prostu dokopać po treningu, który dokopał w pewnym momencie i jemu. — Pokrako, wyczyść moje futro. Muszę wyglądać idealnie, zawsze! — zażądał, przysiadłszy wygodnie na miejscu. Owinął gęstym ogonem swoje łapy, patrząc na kiwającą głową kotkę. Uśmiechnął się podle, a jego wąsy zastrzygły. — Ale najpierw zadbaj o to, żebym był dobrze wyżywiony. Nie mogę przecież po szkoleniu być o pustym żołądku! Ani chodzić cały brudny, jakbym był jednym z was, czekoladową brzydotą — zacmokał jeszcze na sam koniec, dopiero teraz odczuwając cały ten dzisiejszy wysiłek, który mu pulsował w łapach.
[nauka wspinaczki na drzewa, 3235 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz