“— Tato… Ale nie zapomnisz mnie nigdy, prawda? — zapytała zmartwionym głosem.
Czekoladowy zamrugał kilkakrotnie, a na jego mordce pojawiło się zmieszanie.
— Dlaczego miałbym cię zapomnieć? — odparł, uśmiechając się do niej z politowaniem.
— No nie wiem… Cały czas zapominasz o mamie! Wcześniej przecież odwiedzałeś ją co drugi dzień, a teraz? Czy ty w ogóle pamiętasz, jak ona wygląda? — burknęła, odwracając od niego wzrok. — Bardzo za nią tęsknię… i za swoim bratem też. Dlaczego nie możemy się z nimi spotkać…? — wymamrotała pod nosem.”
Dawne słowa Wąsatki nadal nawiedzały go, szczególnie gdy starał się wypocząć pod koniec każdego dnia. Czyżby jednak nie nadawał się na ojca? A może lepiej będzie, jeśli kotka w końcu dowie się, że Pustułkowy Szpon nie jest jej biologicznym rodzicem, a jedynie ją księżyce temu przypadkowo uratował od rychłej śmierci? Nie wiedział, co robić, lecz nie był aż tak zdesperowany, by radzić się kogokolwiek w tej kwestii, nawet Mroczną Wizję. Czekoladowy nie chciał jej po prostu niepokoić w ostatnich księżycach życia — oczywiste było, że dawna mistrzyni niedługo odejdzie do Mrocznej Puszczy, by spotkać się ze swoją zmarłą partnerką. Wtedy też zostanie tylko on i Krucze Pióro pośród żywych. Może i wizja ta nie była jakaś optymistyczna, jednak kocura to nie obchodziło, każdy w końcu umrze, a on miał nieco ważniejsze sprawy niż ciągłe napięcie z bratem.
Zielonooki zastanawiał się także, czemu to akurat dymnego wybrała Zalotna Gwiazda na zastępcę? Jasne, mieli we dwóch pewien dawny układ z liderką, jednak miał wrażenie, że tylko on przykłada się do powierzonej roli. Jakoś nie był w stanie sobie przypomnieć sytuację, kiedy to Krucze Pióro wyznaczał patrole na następny dzień. Nieco to irytowało kocura, lecz nic nie mówił z nadzieją, że Zalotna Gwiazda sama to dostrzeże i upomni zastępcę — Pustułkowy Szpon wolał sam tego nie robić, by jeszcze bardziej nie pogłębiać napięcia, jakie między nimi było. A gdyby tego było mało, od dnia, w którym niewielki patrol przyprowadził do obozu Ulę, obecnie Miodową Łapę, czuł, jak coś go uwiera w jedną z łap. Już dawno mówił sobie, że przy najbliższej okazji uda się z tym do Cisowego Tchnienia, lecz za każdym razem znajdowała się wymówka, która odwlekała to wszystko w czasie. W taki sposób prze kuśtykał niemal większość pory nagich drzew. W końcu jednak ból i irytacja sięgnęły zenitu, popychając zastępcę we właściwym kierunku, jakim było udanie się do medyków. Ich legowisko mieściło się tuż obok tego należącego do Zalotnej Gwiazdy.
Nora, w której swe rządy sprawowała Cisowe Tchnienie była już od samego wejścia przesiąknięte zapachem różnych ziół, które nieco gryzły kocura w nos. Dawniej, po wojnie z Klanem Klifu aż nazbyt często tutaj przychodził, przez co mógł się określać stałym bywalcem tego legowiska. Zastrzygł naderwany uchem, by powoli kroczyć w głąb dawnej borsuczej jamy, w której w większości panował przyjemny półmrok. Już niemal zapomniał, jak to jest być otoczony mieszaniną ziół i pomrokiem — samo to przywołało w jego umyśle nieprzyjemne wspomnienia z przeszłości, kiedy to jako młody wojownik był cieniem siebie, jedynie zawieszonym w marazmie, który tak chętnie i prędko oblepił go całego. Wtedy też każde opuszczenie posłania było wysiłkiem ponad jego siły, że nawet Poziomkowa Polana nie był w stanie go wyciągnąć z legowiska. Jego pierwsze zauroczenie, przed którym ostrzegała go zmarła matka — nieśmiały wojownik okazał się zdrajcą, jak znaczna część innych Wilczaków.
— Co Cię tu sprowadza Pustułkowy Szponie? — Pytanie ze strony starszej kotki skutecznie go wyrwało z wiru myśli i żaru, który na nowo zalewał go, kiedy tylko wracał myślami do wielkiej ucieczki znacznej grupy kotów.
— Witaj Cisowe Tchnienie, coś mi się wbiło w łapę — odpowiedział, unikając podawania informacji o czasie, w jakim mogło to nastąpić. Medyczka jednak nie dopytywała, zapewne aż nadto znając takie przypadki jak on i wskazała jedynie ogonem na wolne posłanie. Niebieska zniknęła w odmętach legowiska, by po chwili wrócić z niewielkim zawiniątkiem składającym się z ziół i pajęczym. Bez słowa jednooki pokazał zranioną łapę, w której tkwił kawałek szkła, by Cis sprawnie się go pozbyła, nałożyła zioła, a następnie owinęła kończynę pajęczyną.
— Przez parę dni staraj się oszczędzać łapę i przyjdź, by sprawdzić, czy nie wdała się infekcja.
— Dziękuje Ci, w zamian wtedy coś Ci przyniosę ze stosu. — Ta jedynie skinęła głową, by następnie zniknąć w głębi legowiska. Kocur sam po chwili opuścił norę, mając zamiar sprawdzić, jak sobie radzi nowe trio mistrzyń, chcąc wypytać je o parę rzeczy, lecz chęć ta dość szybko opuściła kocura. Właśnie Wąsatkowy Ruczaj brała sobie nieco marnego kosa ze stosu — Pustułka musiał z nią porozmawiać prędzej czy później, a unikanie tematu raczej w niczym nie pomoże. Dlatego też dość żwawo podszedł do stosu, biorąc losową piszczkę, by z nią w pysku dogonić przybraną córkę.
— Wąsatko, co powiesz na wspólny posiłek? — zaproponował ciut niewyraźnie. — Przy okazji muszę z tobą o czymś porozmawiać — dodał i nie czekając na odpowiedź młodszej, udał się do bardziej odosobnionego miejsca przy murze okalającym obóz.
— To o czym tato chciałeś porozmawiać?
— Cóż… Wiem, że może być to trudne lub nawet szokujące i wiedz, że mimo wszystko będę Cię kochać, jak ojciec córkę.
— Ale?
— Chodzi o to, że nie jesteśmy ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Kiedy mówisz o swojej matce, to nie wiem, kogo masz na myśli, gdyż nigdy z nikim się nie spotykałem, ani nie odwiedzałem poza obozem. Jedynie przypadkowo Cię wtedy uratował przed utonięciem, byłaś tak mała i drobną, nie mogłem Cię tam zostawić, sama zdecydowałaś mnie nazywać ojcem, choć byłem Ci kompletnie obcy. Początkowo nie było mi to na łapę, gdyż uważałem, że raczej nie nadaje się na rodzica, lecz z dnia na dzień zacząłem akceptować fakt, iż uważasz mnie za ojca i nawet pokochałem niczym rodzoną córkę.
<Wąsatko? Nie gniewaj się na ojca, że to przed tobą ukrywał>
Wyleczeni: Pustułkowy Szpon
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz