Tego dnia Rokitnik się nie zjawił. Był już późny wieczór, a słońce chyliło się ku horyzontowi. Wiciokrzew ziewnął przeciągle, wyciągając się na jednym z posłań w legowisku medyka. Tak bardzo chciał móc spać już tu oficjalnie, bez towarzyszących mu przy tym wyrzutów sumienia. Wiedział jednak, że nie mógł. Nigdy nie będzie mógł – no, chyba że jakoś poważnie zachoruje. Wolał jednak nie poświęcać swojego zdrowia dla kilku nocy spędzonych w towarzystwie Świergot. Zmrużył zmęczone oczy, na chwilę się rozluźniając. Prawie zasypiał, choć wiedział, że nie powinien. Jego myśli powoli znikały na tle czerni, aż w końcu do legowiska nie wkroczył jakiś kot. Wiciokrzew się wzdrygnął, a futro na jego karku stanęło dęba. Otworzył szeroko oczy, udając, że wcale nie zasypia. Myślał, że to Rokitnik po niego przyszedł, ale zamiast burego futra, dostrzegł tylko szylkretowe. Odetchnął z ulgą i podniósł się z miejsca, podchodząc do gościa.
— Mi-Migotko! — zawołał, stając przed zwiadowcą. Wyglądała trochę blado, jakby była czymś wyczerpana. — C-co ci do-dolega? — zapytał, nie widząc żadnych urazów na jej ciele, które pomogłyby mu w doborze ziół. Kotka przez chwilę się w niego wpatrywała, a potem westchnęła:
— Okropnie boli mnie brzuch, w ogóle nie mam apetytu — Wiciokrzewowi od razu zrobiło się żal biednej Migotki. Przyszło mu na myśl, że mogła się czymś struć, co wyjaśniałoby wszystkie te objawy, jednak nie wiedział, jak załagodzić jej ból. Świergot nigdy nie uczyła go jeszcze, jak leczyć zatrucia. Wzrokiem szybko przeskanował legowisko, lecz znajomej, cętkowanej kocicy nie było w pobliżu.
— Zo-zostań tu, do-dobrze? Po-poszukam Świergot — uśmiechnął się słabo, po czym wyminął szylkretkę i wyszedł na obozową polanę. Węszył w powietrzu, lecz żaden trop nie wskazywała na to, że szamanka znajdowała się obecnie w obozie. Jej zapach był zwietrzały, co świadczyło o tym, że musiała ona opuścić obóz. “Nie pójdę jej przecież teraz szukać, coś może mi się stać…” pomyślał, czując, jak narasta w nim niepokój i poczucie bezradności. Wrócił do Migotki, z rozczarowaniem na pysku. — Prze-przepraszam, ale mu-musisz tu po-poczekać na powrót Świe-Świergot — wyjaśnił, po czym wskazał ogonem na jedno z posłań. — Mo-możesz się tu po-położyć i o-odpocząć — zaproponował. Migotka sztywnym krokiem podeszła do niego, a po chwili ułożyła się w kłębek, choć widać po niej było, że doskwierał jej ból. — Przy-przyniosę ci trochę ma-maku
Chciał trochę umorzyć jej ból, chciał, aby kotka się trochę rozluźniła i może nawet zasnęła. Zabrał ze sobą kilka nasion, a następnie położył je przed zwiadowcą.
— Dziękuje — Migotka mruknęła, biorąc je do pyska. Gdy już je zjadła, do legowiska wkroczyła szamanka, trzymając w zębach różnorakie rośliny. Wzrok Świergot od razu przystanął na szylkretce.
— Masz, poukładaj te zioła w składziku, a ja zajmę się Migotką — poleciła. Wiciokrzew zabrał ze sobą zawiniątka, a kątem oka dostrzegł, jak obie kotki rozmawiają. “Jest w dobrych łapach” pomyślał, segregując rośliny.
***
Rankiem, gdy Migotka wybyła z legowiska, w progu spotkała się z kolejnym pacjentem – Malinką. Kotka przywitała się krótko i ruszyła dalej, zostawiając Malinkę pod opieką dwójki kotów. Wiciokrzew, który już od kilku minut siedział obok Świergot, tej nocy musiał oczywiście spać w legowisku uczniów, ale teraz wyglądał na całkiem rozbudzonego. Gdy tylko zobaczył nadchodzącego szylkreta, od razu poderwał się na wszystkie cztery łapy i wyszedł mu naprzeciw. Jego spojrzenie natychmiast padło na ogon kocura, na którym widniała jakaś rana, uraz. Końcówka ogona wyglądała na nieco poharataną, a futro było pobrudzone i w okolicy rany, posklejane krwią. Uczeń zmarszczył brwi, oglądając się uważnie ogonowi.
— Co się sta-stało? — zapytał po jakimś czasie. — Co-coś cię u-ugryzło?
Szylkret poruszył się niespokojnie, spuszczając wzrok na moment.
— Wczoraj… można powiedzieć, że w coś się zaplątałem. To były jakieś śmieci dwunożnych, były ostre — wyznał. Wiciokrzew czuł na sobie wzrok szamanki, oglądała ich z boku, ale siedząc w cieniu, nie odezwała się ani słowem. Westchnął, po czym kiwnął głową.
— Do-dobrze. D-dam ci na to szcza-szczaw — mruknął, nurkując w składziku. Wygrzebał z niego kilka nieco mniej świeższych liści i zaczął przeżuwać je na papkę. Potem nałożył ją na ranę i zgrabnie owinął opatrunek pajęczyną, aby przypadkiem się nie ześlizgnął. — Mo-możesz już i-iść. Gdyby się n-nie po-polepszyło, to przy-przyjdź znowu.
[1043 słów do treningu medyka]
[przyznano 21%]
Wyleczeni: Migotka, Malinka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz