— Ej, ej. — zatrzymała ją łapa szylkretki.
Spojrzała zaskoczona na Ambrowiec. Przekręciła łebek, oczekując sprostowania tej sytuacji. W tej społeczności było mnóstwo dziwnych zasad! Koty zamiast jeść kładli wszystko co upolowali na jednej kupce. Zupełnie jakby chcieli, żeby ktoś im to ukradł! Głuptasy. I żyły tu naprawdę stare koty. I mówiły śmieszne rzeczy.
— Dlaczego? — wbiła w kotkę smutne spojrzenie.
— Nie patrz tak na mnie. Jesteś wtedy taka urocza.— jęknęła mentorka, gładząc ją ogonem po grzbiecie. — Zioła są potrzebne do leczenia. Nie można się nimi bawić.
Dymna pokiwała łebkiem, choć nic z tego nie rozumiała. Jakiego leczenia? Magiczne właściwości roślin były dla niej wciąż zagadką niesłychaną.
— Gdzie pani szaman? — miauknęła zniecierpliwiona, rozglądając się na boki.
Chciała zobaczyć tą bajeczną istotę owianą tajemnicą. Za rogu, zupełnie jak na zawołanie, wyszła liliowa kotka. Jej wesoła oczka spojrzały na gości. Purchawka rozpoznała szybko te kwieciste futro. Uśmiechnęła się i podbiegła do szamanki.
— A ja też mogę kwiatki w futerku? — miauknęła do koteczki.
Świergot uśmiechnęła się.
— Jasne, przynieś mi tylko, a pomogę ci wpleść je w futerko. — odpowiedziała. — Jak się czujesz Purchaweczko w naszej społeczności? Odnalazłaś się?
Czarna przekręciła łebek. Czym była ta cała społeczność? I gdzie się zgubiła, że miała się odnaleźć.
— Psps, musisz używać prostszych słów. — szepnęła jej mentorka do liliowej.
Kwiecista pani pokiwała łbem i zrobiła drugie podejście.
— Chodziło mi o to, czy dobrze ci u nas?
Purchawka podskoczyła radośnie.
— Tak! — zawołała od razu. — Jest Kicia, pan Miodek i Ambra! — wymieniła swoje ulubione kotki.
— Cieszę się w takim razie. Z tego co wiem przyszłyście pouczyć się dziś o roślinach. Ambrowcu, tam w kącie leżą zioła, za które jeszcze się nie zabrałam. Jak chcesz możecie je posegregować i przy okazji pouczyć się.
Szylkretka spojrzała w wskazywanym kierunku.
— Jasne. Dziękuję. Chodź, Purchawko. Dowiesz się teraz dużo o roślinkach.
Dymna energicznie ruszyła śladami swojej mentorki, choć zdarzyło się jej wpaść i przewrócić się o parę rzeczy po drodze. Usiadły przed kupką mocno pachnących chwastów. Purchawka patrzyła na nie niepewnie. Wyglądało jakby ktoś pozrywał trawy i rzucił na ziemie. Co one miały z tym nimi robić?
— Spójrz proszę to jest melisa. O a tutaj masz mięte. A to, to jest mniszek. One są bardzo podobne do mleczy. Trochę minęło nim sama nauczyłam się je odróżniać, ale praktyka czyni mistrza. Sama załapiesz jak już parę razy je zobaczysz na żywo.
Czarna siedziała i próbowała nadążyć za słowami mentorki i przewijającymi się w jej pysku roślinami. Aczkolwiek było to niebywale trudne. Wszystkie wyglądały tak samo. Rozmazane zielone rzeczy. Trawa. Purchawka nie rozumiała czemu trawa ma aż tyle nazw i jej mentorka jeszcze je rozróżnia. Złapała się za łebek załamana. Nauka o magicznych roślinkach nie była ani trochę fajna.
— Oj, boli cię głowa? — zmartwiła się Ambrowiec. — Nie bój żaby, zaraz coś tutaj na to znajdziemy. No i mam. Patrz. To mak. One tak wyglądają jak już zrzucą płatki. Normalnie mają takie piękne czerwone płatki. Wiesz co to płatki, prawda? Jak nie to nic nie szkodzi, to takie kolorowe listki u kwiatków. I ładnie pachną. Jak tylko znajdę maki to ci przyniosę. Są naprawdę śliczne. Będą pasowały do twojego pysiaczka.
Purchawka rozumiejąc tylko to, że dostanie kwiatki ucieszyła się. Patrzyła dalej tępo, gdy Ambrowiec kontynuowała swój wykład, jedynie uśmiechając się do szylkretki.
[trening medyczny słow 606]
[przyznano 12%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz