Starsza kotka musnęła jej grzbiet ogonem, powoli kierując ich kroki w stronę legowiska medyków, do którego także zbierała się kolejka. Gdzieś w tłumie mignęły jej ciemne uszka i puchata główka Mewiego Puchu. Wojownik zatrzymał się, zaskoczenie wymalowane na jego mordce. Potem strach, potem coś jeszcze innego… Chciała do niego podbiec, powiedzieć cokolwiek, jednak nie zaszłaby daleko na trzęsących się nogach. Nim zdążyła zaprotestować, została odciągnięta na bok i oddana w łapy Różanej Wonii. Przełknęła ślinę, stosując się do poleceń medyczek. Mewa nie będzie się nią brzydził, prawda?
Jej głowa zanurzyła się w mchu jednego z posłań, a rany na barkach i brzuchu prędko opatrzone przez Pierzastą Kołysankę. Powieki opadły same z siebie, a z gardła wymsknęło się ciche westchnienie. Głosy innych zamieniły się w odległe szumy, w pewnych momentach jak gdyby przybierając formę pojedynczych słów, wypowiadanych przez tych, których tam nie było. Zmarszczyła nos, obracając się tak, aby jej uszy zagłębiły się w zieleni posłania. Nie minęło dużo czasu, zanim odpłynęła od rzeczywistości.
Łapy samotnika ponownie przygniatały jej grzbiet. Dziwnym trafem, nawet z mordką wciśniętą w błotny grunt, widziała spojrzenie niebieskich oczu. Pióro za uchem, szara, postrzępiona sierść… A może jednak brązowe oczy? Może to światło księżyca płatało jej figle? Jasne zęby wbiły się w jej kark; próbowała się wić w niechcianych objęciach, kopiąc i wymachując łapami na wszystkie strony. Silne szczęki szarpnęły, z łatwością przewracając ją na druga stonę, brzuchem do góry - łaciaty, zabliźniony pysk pochylił się nad nią. Znajome, pełne pogardy spojrzenie nie leśnej włóczęgi, a Kazimiery. Brązowe, identyczne do jej własnych ślepia matki. Mamy. Wroga- Nie, opiekuna. Opiekuna kogo? Węgielka, Myszki i Dymki?
Łapy nieco jej zmiękły; zaprzestała szamotania. Kazimiera zmierzyła ją ostrym wzrokiem.
— Wyglądasz teraz jak wojowniczka — przez oschły głos starszej przebijała się nuta czegoś, czego nie potrafiła nazwać. — Jesteś z tego dumna? Dumna z ucieczki? Zostawiłaś nas samych.
Nie — chciała krzyknąć, wyprzeć się tym słowom, jednak głos grzęzł jej w gardle. Wróg. Zacisnęła mocno zęby. Wróg, to jej wina. Wygnanie, nie ucieczka. Jej wina.
— Byłaś błędem. Ty i reszta — słowa były stanowcze. Pokręciła głową, raz i drugi. Głupstwa. — Ale im się do czegoś przydałaś. Nawet ze swoim okopconym ryjkiem. To mogłabym docenić.
Zastygła w miejscu. Kocica wykrzywiła pyszczek w czymś na kształt uśmiechu. Nim Mżawka zdążyła jednak jakkolwiek odpowiedzieć, dwie niebieskie łapy strąciły jej matkę znad jej ciała. Zgrabne szczęki chwyciły szyję łaciatej, z której gardła wyrwał się przeraźliwy krzyk; przerwał go głośny trzask. Czerwień spłynęła po mokrej ziemi. Podniosła wzrok, a z pyska znajomej włóczęgi zwisała ciemna, futrzasta masa, zbyt bardzo przypominająca kształtem głowę Kazimiery.
Otworzyła oczy. Wzięła nagły, świszczący oddech. Wróg. Tylko kim on był? Podniosła się z posłania, czując, jak jej niedobrze.
Czarne futro mignęło jej w kąciku oka. Różana Woń prędko pojawiła się u jej boku, pytając, co się stało. Co ją boli. Nie zyskała jednak jednoznacznej odpowiedzi, tylko nieskoordynowane pomruki, toteż oddaliła się na moment. Po paru uderzeniach serca przed mordką Mżawki pojawiło się parę ziarenek maku oraz polecenie, aby je zażyć. Pokręciła głową. Mak oznaczał sen, a tam na pewno czaiła się jeszcze ta przebrzydła włóczęga. Nie spieszyło się jej, aby tam wracać. Wracać do zabarwionej czerwienią głowy matki i brudnych łap stojących za nią. Końcowo medyczka wręcz wepchnęła jej nasionka do pyszczka, wzdychając z irytacją.
Zacisnęła powieki i zwinęła się w kulkę. Kroki Różanej Wonii oddaliły się; pociągnęła nosem. Ogarnął ją jakiś dziwny smutek. Może strach? Dlaczego? Łzy zaczęły zbierać się jej w kącikach oczu. Nie miała powodu. Cała ta scena była tylko jej wyobraźnią. Jednak gardło się jej ściskało z jakąś dziwną rozpaczą, gdy obraz zimnej już Kazimiery tańczył za jej powiekami. Mogła być z niej dumna. Może naprawdę tak było? Czy, gdyby teraz ją zobaczyła, doceniłaby jej starania? Rzeczywiście uszanowała, tak jak mówiła, czy może były to tylko jej zbyt śmiałe marzenia? Jej czarno-białe futro także było w nieładzie, a skóra zabliźniona. Czy to ślady walki, czy ona także stała się ofiarą własnej matki? Czy stała się do niej podobna? Czy ją też to czeka? Pytania kłębiły się, a nie znała żadnej odpowiedzi.
Jeżeli była szansa, że chociażby spojrzałaby na jedną ze swoich córek z uznaniem, z dumą, to jej myśli były wręcz obraźliwe. Jak mogłaby myśleć, że kocica nie byłaby do tego zdolna? Nie zasłużyła na brudne pazury włóczęgi, ani na szczęki łamiące jej kark, dobierające się do jej gardła. Łzy spłynęły po jasnych policzkach. Co, gdyby okazało się, że Kazimiera naprawdę tak skończyła? Nie miała przecież pojęcia, co się z nią działo. To źle, czy dobrze? Myśli zaczęły się jej zlewać w jedno, jak jeden strumyk, pełen niepokoju. Mięśnie rozluźniły się, wbrew jej woli, jednak nie miała siły, by protestować. Z jej pyszczka padł rozedrgany jęk, mruknięcie, coś na wzór słowa “mamo”.
Tej nocy nie śniło się jej już jednak nic.
***
Wpatrywała się w pointkę przed nią spod półprzymkniętych powiek. Syreni Lament, obok śpiący kociak. Żal jej było przyjaciółki; była w szoku, gdy dowiedziała się o jej urazie. Powiedziałaby jej to, ale teraz… Nie wiedziała jak. Nie była w to dobra - porozumienie się ze ślepym kotem było łatwiejsze, niż z głuchym.
Różana Woń minęła je ze zdenerwowanym wyrazem pyszczka, opuszczając legowisko. Zmarszczyła nos. Nie była na nią obrażona, ale medyczka nie chciała z nią współpracować. Leży tu trzeci wschód słońca, cała obolała, a ta żałuje jej kolejnego ziarenka maku. Mówi i mówi, że nie może i coś tam. Bo niezdrowo. A jej spodobał się sen po nim. Początkowo była sceptyczna, ale nie spotkała tam brudnej włóczęgi, ani trupa matki. Samo myślenie o tym cisnęło jej łzy do oczu, więc próbowała ładnie uśmiechać się do uzdrowicielki, jednak na nic. Bała się, że koszmary czają się gdzieś za rogiem, gdy tylko przymknie ślepia, toteż powstrzymywała się od drzemki, jak zmęczona by nie była.
Jakieś koty weszły do środka, przerywając ciszę. Medyczka powróciła, ciągnąc za sobą łaciatego wojownika, teraz właściwie ucznia. Samowolna Łapa. Odwróciła spojrzenie. Nie rozmawiała z nim od czasu powrotu, nie miała okazji. Albo może się wstydziła? Ukradkiem obserwowała, jak przyjmuje polecenia medyczki, która chwilę później ponownie zniknęła na zewnątrz. Zaczął powoli zamieniać mech w nieużywanych posłaniach, później zatrzymał się przed tymi zajętymi. Poczuła na sobie jego spojrzenie; gdy po paru uderzeniach serca odwróciła mordkę w jego stronę, żółte oczy były już zaszklone. Pociągnął nosem i zatrzymał się w miejscu.
Gardło nieco się jej ścisnęło, ale skinęła końcówką ogona. Łaciate łapki zrobiły parę kroczków do przodu, a ślipia synka spoglądały na nią ze smutkiem i czymś w rodzaju strachu. Wzięła głęboki oddech.
— Hej — miauknęła, a jej jedno ucho drgnęło. Uczeń przełknął ślinę i pokiwał głową. — Chodź, trochę się nie widzieliśmy. Kolcolistne Kwiecie traktuje cię dobrze?
Nadal siedział cicho, patrząc na nią tylko wielkimi oczami. Położyła po sobie zdrowe ucho i uśmiechnęła słabo.
— Nie bój się, nie wyglądam chyba tak okropnie, prawda? — próbowała zażartować, ale w jej tonie głosu zabrzmiała nutka niepewności.
<Mewo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz