[Przeszłość, przed śmiercią Sosnowej Gwiazdy]
Jarzębinowy Żar stała naprzeciwko Wiecznego Zaćmienia, po stronie Klanu Klifu. Była na obcym terytorium, ale jako medyczka miała do tego prawo. Wiedziała jednak, że musi się spieszyć. Kotom z patrolu powiedziała, że potrzebuje kilku ziół od sąsiadów — w rzeczywistości jednak miała pilniejszy cel: rozmowę z medyczką Klanu Klifu. I to ją irytowało. Nie znosiła czuć się zależna od innych. Ale tym razem potrzebowała odpowiedzi.
— Nie chodzi o medycynę — mruknęła, czując jakby pazury zaciskały się jej na gardle. — Chodzi o coś... z nią związanego.
Słowa ledwo przeszły jej przez gardło. Zaćmienie patrzyła na nią coraz bardziej podejrzliwie, mrużąc złote oczy.
— Klan Gwiazdy — wyrzuciła w końcu z siebie Jarzębina. — Chcę o nim porozmawiać.
Poczuła, jak spada z niej ciężar. Łapy zadrżały, jakby ledwo utrzymywały ją w pionie. Ku jej zaskoczeniu, postawa medyczki Klanu Klifu się zmieniła. Zamiast zirytowania, w jej oczach pojawiło się zaciekawienie. Uszy nastawiły się uważnie.
— Moja rodzina nigdy nie wierzyła. W nic. Cisowe Tchnienie o tym nie wie — mówiła dalej Jarzębina, zniżając głos. — Wyszła z założenia, że... wiem wszystko o przodkach. Głupio mi ją zapytać. A ty... ty wydajesz się im naprawdę oddana. Pomyślałam, że może opowiesz mi coś o nich. Bo... miałam sen. Od nich. I chciałabym być bliżej.
Usiadła, otulając łapy długim ogonem. Jej głos zadrżał od napięcia. Bała się — nie tylko reakcji Zaćmienia, ale też samej prawdy, której mogła się dowiedzieć. Wieczne Zaćmienie przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu, jakby oceniając, czy ta rozmowa to nie jakiś podstęp. W końcu jednak również usiadła.
— A co dokładnie chcesz wiedzieć? I... Cisowe Tchnienie nie dawała ci lekcji o wizjach od przodków?
— Dawała — przyznała Jarzębina. — Ale... nigdy się w to nie wczułam. Skupiałam się na leczeniu, na ziołach, na teraźniejszości. Teraz jednak... dorosłam. I czuję, że chcę ich poznać. Chcę wiedzieć, kim są. Jakie mają zasady.
Mówiła spokojnie, ale pewnie. W jej głosie nie było cienia zawahania — chociaż kilka rzeczy przemilczała. Nie wspomniała o Mrocznej Puszczy. Jeszcze nie. Nie mogła.
— Słyszałam też kiedyś o... miejscu, gdzie nie ma światła? — dodała nieco swobodniej. — Coś mi kiedyś przemknęło przez uszy, ale nie rozumiem, o co chodzi.
Wieczne Zaćmienie drgnęła.
— O Miejscu Gdzie Nie Ma Gwiazd... chcesz wiedzieć? — zapytała z nagłym niepokojem w głosie.
Jarzębina skinęła głową.
— Tak. O nim. I o Klanie Gwiazdy. Czym się różnią? Czym jest to miejsce? — Jej wzrok był błagalny. — Chcę wiedzieć wszystko.
Wieczne Zaćmienie milczała przez chwilę, jakby ważąc słowa. W końcu westchnęła, odchrząknęła i zaczęła mówić.
[Chwilę potem]
Jarzębinowy Żar właśnie przekraczała granicę, wracając na terytorium swojego klanu. W pyszczku trzymała zioła, które otrzymała od Wiecznego Zaćmienia – pod pretekstem, że Klan Wilka ich pilnie potrzebuje. Szła z ogonem nisko przy ziemi, a jej wzrok błądził niespokojnie po okolicy. Dowiedziała się. Wszystkiego. Czym naprawdę jest Klan Gwiazdy i czym była Mroczna Puszcza — ta, którą w ukryciu czciła większość jej klanu. Jarzębina czuła się przerażona i zagubiona. Czy mogła ufać Wiecznemu Zaćmieniu? Przecież od kocięcych dni słyszała od matki, że inne klany kłamią — przedstawiają Mroczną Puszczę jako zło, wywyższając Klan Gwiazdy. Ale… czy Klan Wilka nie robił dokładnie tego samego, tylko w odwrotną stronę? I dlaczego w jej własnym klanie nikt nigdy otwarcie nie mówił o wierze? Wszystko działo się jakby szeptem, gdzieś w cieniu. Jarzębina podniosła wzrok ku niebu. Jej serce wysłało cichą, bezgłośną prośbę — do Klanu Gwiazdy. Prosiła o znak. Sen. Cokolwiek, co mogłoby jej powiedzieć, co ma robić dalej. W oddali dostrzegła znajome sylwetki: Zabłąkaną Łapę i Prążkowaną Kitę. Obaj krążyli niespokojnie w miejscu, rozglądając się na wszystkie strony. Widząc ich, Jarzębina od razu przywołała na pysk sztuczny uśmiech. Uniosła głowę z udawaną pewnością siebie i podeszła bliżej.
— W końcu jesteś! Bałem się o ciebie — mruknął z ulgą Prążek, podchodząc do niej i liżąc ją po głowie. Oczywiście, że się martwił. Był jej ojcem.
— Przepraszam. Wieczne Zaćmienie była zajęta, kiedy ją znalazłam. Trochę to trwało, zanim przekazała mi zioła — powiedziała pogodnym tonem, trzymając rośliny w pyszczku.
— To możemy wracać? — zapytał Zabłąkana Łapa.
Jarzębina skinęła głową. W trójkę ruszyli w stronę obozu, po drodze zbierając jeszcze kilka roślin i łapiąc coś do jedzenia. Gdy dotarli z powrotem, tamta sprawa jakby zniknęła. Dla Prążkowanej Kity wymiana ziół między medykami była czymś zupełnie zwyczajnym. Zabłąkana Łapa z kolei... po prostu się tym nie interesował. Jarzębinowy Żar szybko schowała rośliny do magazynu. Woń Klanu Klifu nawet nie zdążyła się roznieść — natychmiast przykrył ją zapach świeżych ziół. Tak samo, jak niepokój przykrył jej myśli. Była w obozie. Otoczona znajomymi. Bezpieczna. A mimo to w środku... wszystko się chwiało.
<Dziękuje Wieczne Zaćmienie, za prawdę>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz