Dzisiejszego dnia do kociarni zawitała Pajęcza Lilia wraz z Bajkową Stokrotką. Z uśmiechem na pyszczku przywitała się z przyrodnimi siostrami, które dość często wpadały w odwiedziny do żłobka, w szczególności była uczennica Margaretki. Jej wizyty w głównej mierze skupiały się na doglądaniu siostrzeńców i upewnieniu się, że kocięta się prawidłowo rozwijają. A Bajkowa Stokrotka z przyjemnością opowiadała przeróżne historie najmłodszym członkom ich rodziny, gdy miała wolną chwilę od pełnienia powierzonych przez Króliczą Gwiazdę, bądź Przepiórczy Puch zadań.
– Przyniosłam wam prezent. – mówiąc to, medyczka momentalnie została otoczona przez dwa kocurki, które czym prędzej chciały otrzymać podarek od cioci. — Dla ciebie też coś mam. – zwróciła się do królowej, kiedy to Echo wraz z Kruczkiem podbiegli do drugiej z cioci, aby się pochwalić, co otrzymali od Lilii. Wśród śmiechów kociąt, dało się usłyszeć dociekliwe pytania, czy druga z rudych kotek, również coś im przyniosła.
Stokrotka skinęła głową w stronę sióstr, dając niemo sygnał, że zajmie przez chwilę dwa małe urwisy; otoczyła ich swą rudą kitą, rozpoczynając opowieść, a ci jak zaklęci zajęli miejsce u boku ciotki, z zapartym tchem słuchając kontynuację historii o skarbie zakopanym przy Kamiennych Strażnikach.
– ... wiele kotów próbowało dokopać się do Gwiezdnego skarbu ...
– Dziękuję. – szepnęła cicho, gdy medyczka podała jej zioła na zwiększenie laktacji, na co młodsza porozumiewawczo skinęła łebkiem i w geście pokrzepienia położyła łapkę na grzbiecie królowej.
Prawdopodobnie częste spożywanie maku i innych medykamentów na ukojenie nerwów przed kilkoma sezonami wpłynęło na problemy z laktacją u Margaretkowego Zmierzchu; jako była medyczka była niemal pewna, że to właśnie mak jest temu winien. Mak, który sama brała. Czuła się okropnie, bo na własne życzenie przyczyniła się do tego stanu rzeczy. Znała skutki w przypadku nadmiernego spożywania go, w szczególności dla kociąt i królowych w ciąży, dlatego gdy sama była przy nadziei kategorycznie go unikała, niemal każdego zioła, który mógłby zaszkodzić jej, bądź jej potomstwu. Najwyraźniej jednak mak już wcześniej zdołał wyniszczyć jej organizm, a brak wystarczającej ilości mleka był jednym z jego skutków, który mogła w tej chwili zaobserwować. Najważniejsze jednak dla niej było, że nic nie było jej dzieciom, były zdrowe.
Rozmawiały o wszystkim i niczym, tak jak mają w zwyczaju rozmawiać siostry. O pogodzie, przeszłości, jak i przyszłości Klanu Burzy. Pajęcza Lilia nawet wyznała kotce, że coś tak czuła, że prędzej czy później szylkretka zwiąże się Króliczą Gwiazdą. Nawet zdradziła jej, że jakiś czas wcześniej kilkoro starszych, którzy zdołali dołączyć już do Klanu Gwiazdy, obstawiało pyszczki w sprawie tego, które z nich zrobi pierwszy krok. Słysząc to na pysku burej momentalnie pojawił się rumieniec. Nie sądziła, że jej relacje z innym kotem były tematem w starszyźnie.
– Jak się miewa Nagietkowy Wschód? – spytała nagle, po dłuższej wymianie zdań z siostrą na temat nastrojów w klanie po objęciu rządów przez Króliczą Gwiazdę, sama nie wiedząc czemu.
– Tak samo jak wcześniej. – Wzruszyła ramionami. – Może i stracił wzrok, ale nie spokorniał ani trochę. Szamota się jak małe kocię i wyzywa, kiedy Skowroni Odłamek próbuje mu nałożyć maść na oczy, bądź przemyć rany. Wstyd mi za niego. – westchnęła kotka, wywracając oczami. – Szkoda, że zamiast wzroku nie stracił głosu. Przynajmniej byłby z niego nadal pożytek w klanie, a tak oczekuje, że wszyscy będą wokół niego skakać, a potem odmawia pomocy, bo "brudne łapy Skowronka nie są godne, aby go dotykać". Jak mu tak szybko na Srebrzystą Skórę, to proszę bardzo, droga wolna. Chociaż wątpię, że Klan Gwiazdy chciałby go u siebie...
Na chwilę między kotkami zapadła cisza. To prawda, Klan Gwiazdy raczej nie chciałby go u siebie. Idąc tym tokiem rozumowania, ich matka również nie zjadowała się na Srebrzystej Skórze. Tak samo większość przodków, o których opowiadała im kocica. Każda z historii była kłamstwem. Margatetka to widziała. Pajęcza Lilia na pewno zdawała sobie z tego sprawę.
– A jak się trzyma Płomienny Ryk? – spytała. Może i młodszy z jej braci był równie okropny jak starszy, ale słyszała, że podobnie jak nią, również i nim wstrząsnęła śmierć Obserwującej Gwiazdy. – Podobno stał się częstym gościem w legowisku medyków...
Pajęcza Lilia już miała odpowiedzieć, gdy w kociarni podniosła się wrzawa.
– Tata! Wujek Barszcz!
Kocięta poderwały się na równe łapki, podbiegając do kocurów stojących w wejściu. Po krótkim przywitaniu się z kociętami, lider zbliżył się do Margaretkowego Zmierzchu i zetknął się z nią czołem. Następnie przywitał się z medyczką i wojowniczką. W tym samym czasie, drugi z kocurów stojący w wejściu lekko skinął kotce łebkiem, bo w tej właśnie chwili jeden z jej synów próbował wdrapać się na jego grzbiet, gdy ten schylił głowę do kociąt.
– Razem z Barszczową Łodygą wpadliśmy na pomysł zabrania chłopców na mały spacer po obozie. Mogliby dowiedzieć się z pierwszej łapy czym zajmuję się na co dzień i może by przestali marudzić, że całe dnie tylko śpię w Skruszonej Wieży i ich nie odwiedzam, kiedy ja ciężko pracuję. – przeniósł spojrzenie na swojego brata, na którego grzbiecie znajdował się Echo zadziornie spoglądający na Kruczka. – Taki męski wypad dobrze im zrobi. Tobie również.
– Dobrze. – przystała na chwilę odpoczynku od swoich pociech. – Tylko po obozie, nie zabierajcie ich jeszcze do tuneli. Chciałabym, żebyśmy udali się tam wspólnie. Poza tym Czuwająca Salamandra pracuje jeszcze nad wiesz czym... – miauknęła cicho, nie chcąc psuć niespodzianki synom
– Oczywiście. – przytaknął, po czym zwrócił się do wojowniczki. – Bajkowo Stokrotko, Ognista Piękność cię szuka. Tak właściwie Płomiennego Ryku, ale o ciebie również pytała... Czy mogłabyś dopilnować, aby nie przewróciła całego obozu do góry w poszukiwaniu swojego partnera, który najwyraźniej chce odpocząć od jej obecności? Pewnie w tej chwili próbuje przeszukać legowisko medyków... – Na dźwięk słów lidera medyczka wywróciła oczami, być może obawiała się tego co zostanie w legowisku, gdy do niego wróci.
Ruda kotka przytaknęła. Jak jeden mąż, kocięta przypominały sobie, że jeszcze chwilę temu były zajęte słuchaniem opowieści cioci, ale zostały rozproszone przez obecność ojca i wuja.
– Tato? A czy potem możemy iść do Kamiennych Strażników? Ciocia Stokrotka wie, gdzie dokładnie znajduje się skarb! Chodźmy tam razem, i to zaraz! Nam na pewno się go uda wykopać, prawda Echo?
– Tak!
– Lepiej będzie, jak poczekacie z zabawą w poszukiwaczy skarbu. Spójrzcie tylko, macie małe łapki. Musielibyście kopać cały księżyc, żeby chociaż wykopać małą dziurkę. Co wy na to, żeby jeszcze trochę poczekać i po waszej ceremonii na uczniów wspólnie wybrać się do Kamienny Strażników? Może nawet razem z waszymi mentorami? A może i nawet całym klanem? Moglibyśmy zrobić takie małe zawody. – rzucał propozycje, a oczy kociąt świeciły się jak gwiazdy na niebie. – A teraz chodźmy do Skruszonej Wieży. Zobaczycie, jak was tata pracuje i jaki ma piękny widok na obóz. – nachylił się do Kruczka, pozwalając mu się tym samym wdrapać na jego grzbiet.
Piątka kotów opuściła kociarnie, a wraz z ich wybyciem zrobiło się w niej dziwnie cicho.
– Jeśli chciałabyś, abym przyniosła jeszcze jakieś z ziół, proś śmiało – zagadnęła Lilia, powoli sama zbierając się do wyjścia.
– Dziękuję, na razie nic więcej nie potrzebuję. No może poza porządnym snem... – wyznała.
Pajęcza Lilia porozumiewawczo skinęła łebkiem i zniknęła w wyjściu z kociarni. Margaretkowy Zmierzch miała zamiar w stu procentach wykorzystać chwilę dla siebie, którą jej zagwarantował partner i jego brat. Nim jednak zasnęła, zażyła przyniesione przez siostrę zioła.
– Przyniosłam wam prezent. – mówiąc to, medyczka momentalnie została otoczona przez dwa kocurki, które czym prędzej chciały otrzymać podarek od cioci. — Dla ciebie też coś mam. – zwróciła się do królowej, kiedy to Echo wraz z Kruczkiem podbiegli do drugiej z cioci, aby się pochwalić, co otrzymali od Lilii. Wśród śmiechów kociąt, dało się usłyszeć dociekliwe pytania, czy druga z rudych kotek, również coś im przyniosła.
Stokrotka skinęła głową w stronę sióstr, dając niemo sygnał, że zajmie przez chwilę dwa małe urwisy; otoczyła ich swą rudą kitą, rozpoczynając opowieść, a ci jak zaklęci zajęli miejsce u boku ciotki, z zapartym tchem słuchając kontynuację historii o skarbie zakopanym przy Kamiennych Strażnikach.
– ... wiele kotów próbowało dokopać się do Gwiezdnego skarbu ...
– Dziękuję. – szepnęła cicho, gdy medyczka podała jej zioła na zwiększenie laktacji, na co młodsza porozumiewawczo skinęła łebkiem i w geście pokrzepienia położyła łapkę na grzbiecie królowej.
Prawdopodobnie częste spożywanie maku i innych medykamentów na ukojenie nerwów przed kilkoma sezonami wpłynęło na problemy z laktacją u Margaretkowego Zmierzchu; jako była medyczka była niemal pewna, że to właśnie mak jest temu winien. Mak, który sama brała. Czuła się okropnie, bo na własne życzenie przyczyniła się do tego stanu rzeczy. Znała skutki w przypadku nadmiernego spożywania go, w szczególności dla kociąt i królowych w ciąży, dlatego gdy sama była przy nadziei kategorycznie go unikała, niemal każdego zioła, który mógłby zaszkodzić jej, bądź jej potomstwu. Najwyraźniej jednak mak już wcześniej zdołał wyniszczyć jej organizm, a brak wystarczającej ilości mleka był jednym z jego skutków, który mogła w tej chwili zaobserwować. Najważniejsze jednak dla niej było, że nic nie było jej dzieciom, były zdrowe.
Rozmawiały o wszystkim i niczym, tak jak mają w zwyczaju rozmawiać siostry. O pogodzie, przeszłości, jak i przyszłości Klanu Burzy. Pajęcza Lilia nawet wyznała kotce, że coś tak czuła, że prędzej czy później szylkretka zwiąże się Króliczą Gwiazdą. Nawet zdradziła jej, że jakiś czas wcześniej kilkoro starszych, którzy zdołali dołączyć już do Klanu Gwiazdy, obstawiało pyszczki w sprawie tego, które z nich zrobi pierwszy krok. Słysząc to na pysku burej momentalnie pojawił się rumieniec. Nie sądziła, że jej relacje z innym kotem były tematem w starszyźnie.
– Jak się miewa Nagietkowy Wschód? – spytała nagle, po dłuższej wymianie zdań z siostrą na temat nastrojów w klanie po objęciu rządów przez Króliczą Gwiazdę, sama nie wiedząc czemu.
– Tak samo jak wcześniej. – Wzruszyła ramionami. – Może i stracił wzrok, ale nie spokorniał ani trochę. Szamota się jak małe kocię i wyzywa, kiedy Skowroni Odłamek próbuje mu nałożyć maść na oczy, bądź przemyć rany. Wstyd mi za niego. – westchnęła kotka, wywracając oczami. – Szkoda, że zamiast wzroku nie stracił głosu. Przynajmniej byłby z niego nadal pożytek w klanie, a tak oczekuje, że wszyscy będą wokół niego skakać, a potem odmawia pomocy, bo "brudne łapy Skowronka nie są godne, aby go dotykać". Jak mu tak szybko na Srebrzystą Skórę, to proszę bardzo, droga wolna. Chociaż wątpię, że Klan Gwiazdy chciałby go u siebie...
Na chwilę między kotkami zapadła cisza. To prawda, Klan Gwiazdy raczej nie chciałby go u siebie. Idąc tym tokiem rozumowania, ich matka również nie zjadowała się na Srebrzystej Skórze. Tak samo większość przodków, o których opowiadała im kocica. Każda z historii była kłamstwem. Margatetka to widziała. Pajęcza Lilia na pewno zdawała sobie z tego sprawę.
– A jak się trzyma Płomienny Ryk? – spytała. Może i młodszy z jej braci był równie okropny jak starszy, ale słyszała, że podobnie jak nią, również i nim wstrząsnęła śmierć Obserwującej Gwiazdy. – Podobno stał się częstym gościem w legowisku medyków...
Pajęcza Lilia już miała odpowiedzieć, gdy w kociarni podniosła się wrzawa.
– Tata! Wujek Barszcz!
Kocięta poderwały się na równe łapki, podbiegając do kocurów stojących w wejściu. Po krótkim przywitaniu się z kociętami, lider zbliżył się do Margaretkowego Zmierzchu i zetknął się z nią czołem. Następnie przywitał się z medyczką i wojowniczką. W tym samym czasie, drugi z kocurów stojący w wejściu lekko skinął kotce łebkiem, bo w tej właśnie chwili jeden z jej synów próbował wdrapać się na jego grzbiet, gdy ten schylił głowę do kociąt.
– Razem z Barszczową Łodygą wpadliśmy na pomysł zabrania chłopców na mały spacer po obozie. Mogliby dowiedzieć się z pierwszej łapy czym zajmuję się na co dzień i może by przestali marudzić, że całe dnie tylko śpię w Skruszonej Wieży i ich nie odwiedzam, kiedy ja ciężko pracuję. – przeniósł spojrzenie na swojego brata, na którego grzbiecie znajdował się Echo zadziornie spoglądający na Kruczka. – Taki męski wypad dobrze im zrobi. Tobie również.
– Dobrze. – przystała na chwilę odpoczynku od swoich pociech. – Tylko po obozie, nie zabierajcie ich jeszcze do tuneli. Chciałabym, żebyśmy udali się tam wspólnie. Poza tym Czuwająca Salamandra pracuje jeszcze nad wiesz czym... – miauknęła cicho, nie chcąc psuć niespodzianki synom
– Oczywiście. – przytaknął, po czym zwrócił się do wojowniczki. – Bajkowo Stokrotko, Ognista Piękność cię szuka. Tak właściwie Płomiennego Ryku, ale o ciebie również pytała... Czy mogłabyś dopilnować, aby nie przewróciła całego obozu do góry w poszukiwaniu swojego partnera, który najwyraźniej chce odpocząć od jej obecności? Pewnie w tej chwili próbuje przeszukać legowisko medyków... – Na dźwięk słów lidera medyczka wywróciła oczami, być może obawiała się tego co zostanie w legowisku, gdy do niego wróci.
Ruda kotka przytaknęła. Jak jeden mąż, kocięta przypominały sobie, że jeszcze chwilę temu były zajęte słuchaniem opowieści cioci, ale zostały rozproszone przez obecność ojca i wuja.
– Tato? A czy potem możemy iść do Kamiennych Strażników? Ciocia Stokrotka wie, gdzie dokładnie znajduje się skarb! Chodźmy tam razem, i to zaraz! Nam na pewno się go uda wykopać, prawda Echo?
– Tak!
– Lepiej będzie, jak poczekacie z zabawą w poszukiwaczy skarbu. Spójrzcie tylko, macie małe łapki. Musielibyście kopać cały księżyc, żeby chociaż wykopać małą dziurkę. Co wy na to, żeby jeszcze trochę poczekać i po waszej ceremonii na uczniów wspólnie wybrać się do Kamienny Strażników? Może nawet razem z waszymi mentorami? A może i nawet całym klanem? Moglibyśmy zrobić takie małe zawody. – rzucał propozycje, a oczy kociąt świeciły się jak gwiazdy na niebie. – A teraz chodźmy do Skruszonej Wieży. Zobaczycie, jak was tata pracuje i jaki ma piękny widok na obóz. – nachylił się do Kruczka, pozwalając mu się tym samym wdrapać na jego grzbiet.
Piątka kotów opuściła kociarnie, a wraz z ich wybyciem zrobiło się w niej dziwnie cicho.
– Jeśli chciałabyś, abym przyniosła jeszcze jakieś z ziół, proś śmiało – zagadnęła Lilia, powoli sama zbierając się do wyjścia.
– Dziękuję, na razie nic więcej nie potrzebuję. No może poza porządnym snem... – wyznała.
Pajęcza Lilia porozumiewawczo skinęła łebkiem i zniknęła w wyjściu z kociarni. Margaretkowy Zmierzch miała zamiar w stu procentach wykorzystać chwilę dla siebie, którą jej zagwarantował partner i jego brat. Nim jednak zasnęła, zażyła przyniesione przez siostrę zioła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz