Musiał przyznać, że patrole lubił najbardziej. Była to najciekawsza cześć tego zadziwiająco monotonnego i spokojnego życia dzikich kotów. Dalej nie mógł uwierzyć w to, że chodzi spać z pełnym brzuchem, wstaje skoro świt i bierze udział w rozbudzających rozmowach z przemiłymi, niezwykle ciekawymi kotami przez tak długi czas, dopóki z legowiska wojowników nie wygrzebie się Rozświetlona Skóra. Chociaż był bardzo ułożonym kotem, a swoje obowiązki wykonywał z wielką skrupulatnością, lubił przekręcić się na drugi bok i pochrapać jeszcze chwilkę. Czasami dostrzegał inną postać, bardzo do niego podobną, ba! Niemal identyczną, która wali go w głowę łapą, właśnie w takie poranki, kiedy w obozie niemal już nikogo nie ma, a Złota Łapa zaczyna się nudzić, bo wszyscy jego kompani już dawno zabrali się za to, co mieli dzisiaj przypisane. Wtedy kocur schodził na dół i posyła mu karcące spojrzenie; jakby była to jego wina, że ten ominął tak dużą część dnia. No i był zirytowany do końca treningu, ale do tego Leto zdążył się już całkowicie przyzwyczaić.
Na szczęście, to nie był jeden z tych dni. Głównie przez to, że nie zaczynali go od zwykłego szkolenia we dwójkę, tylko od porannego patrolu, w którym udział brali też Pokrzywowe Zarośla, Stokrotkowa Pieśń i jego uczennica, jego koleżanka - Postrzępiona Łapa. Było nawet całkowicie odwrotnie, gdyż kiedy dwójka młodych kotów wychodziła ze swojego legowiska, wojownicy już ich wyczekiwali.
Patrol był spokojny. Nie napotkali niczego, co mogłoby być dla nich zagrożeniem, kiedy maszerowali wzdłuż płaskiej granicy z Klanem Burzy, więc kocur spodziewał się, że tak samo minie im droga przy Klanie Wilka. Z jednej strony miło jest żyć w poczuciu, że nic ci nie grozi, a twoja społeczność jest bezpieczna, a z drugiej... Nie po to tutaj przyszedł. Gdyby chciał właśnie tego: sielanki, arkadyjskiego istnienia wśród śpiewu morza i mewiego puchu... Wróciłby do domostwa, gdzie poduchy wypełnione były piórami, a woda ze srebrzystego patyka również wydawała dźwięki szumiącej fali. Chciał się wykazać, chciał zmyć hańbę i zbudować swój honor na nowych fundamentach. Z zadumy wyrwało go szturchnięcie Postrzępionej Łapy.
— Hej, zobacz! Chyba wypadło z gniazda. Myślisz, że uda nam się je znaleźć i odłożyć na miejsce to jajko? — Faktycznie... Pod ich łapami leżało samotne, zagubione, pozostawione na pastwę okrutnego losu jajeczko. Chociaż gąszcz zdawał się być jakąś formą skrytki, którą natura podarowała bezbronnemu, kruchemu przedmiotowi, Złota Łapa nie był pewny, czy długo by tutaj przetrwało; na pewno nie w jednym kawałeczku.
— Oh! Nie ważne co, musimy spróbować — powiedział przejęty. Chociaż jeszcze ostatnio polował na takie jajka na klifach, teraz nie było mowy, aby je zjadać. Jest takie... Jest niczym jego malutka siostrzyczka. Ona była pewnie teraz taka krucha, jak to jajko. Zagubiona gdzieś w gęstwinie... — Tylko prędko! Bo drapieżne szczęki skradną je nam sprzed nosa.
— Tak, tak! Masz rację. — Mniejsza pokiwała łebkiem i odgarniając trawę, wpatrywała się w nie. Przy Klanie Wilka było wiele drzew, więc znalezienie tego jednego będzie wielkim wyzwaniem. Nawet dla dwójki kotów.
— A wy co tam robicie? — Do uczniów dotarł krzyk Rozświetlonej Skóry; był nieco zirytowany.
— Panie, znaleźliśmy jajo! — odpowiedział donośnie jego uczeń, a Stokrotkowa Pieśń zaśmiał się pod nosem, słysząc nadany młodszemu wojownikowi tytuł.
— I co z tego? Pełno jaj leży na ziemi; odejdźcie, zanim borsuk, które będzie chciał je zjeść, podgryzie i was — polecił, ale uczeń tylko spojrzał na szylkretkę. Pokręcił głową.
— To okrutne, Rozświetlona Skóro! — Pałeczkę przejęła Strzępka, której mordka ukazywała troskę i zdenerwowanie. — Czy Klan klifu nie zawdzięcza ptakom swojego bytu? Musimy o nie dbać, aby nie głodować.
— Powiedz jej coś Stokrotkowa Pieśnio, to twoja podopieczna. — Biały odwrócił się do liliowego kocura, który stał na samym przodzie patrolu.
— No... Myślę, że ma ona rację — zgodził się pomarańczowooki.
— Jest okres lęgowy, więc co za różnica czy jeden zdechnie pod drzewem — prychnął w odpowiedzi syn Bożodrzew.
— Ah! Panie mentorze, lecz powiedziałeś słowo o borsukach. Ja żadnego nie wyczuwam, więc może właśnie lepiej, abyśmy odnieśli tego niewyklutego lotnika do jego matuli. Jeśli tu zostanie, narazimy Klan Klifu na atak tych okrutnych stworzeń — rzekł bengal, a nauczyciel tylko przewrócił oczami. Wszyscy widzieli, że był on coraz bardziej podobny do wuja. To nie były słowa pochwały. W obozie wystarczał im zdecydowanie tylko jeden Judaszowiec.
— O! No właśnie! — zawtórowała mu przyjaciółka, kiwając łbem.
— Coś w tym jest, nie wiem jak wy, ale ja zgadzam się ze Złotą Łapą — odezwał się nagle Pokrzywowe Zarośla, który wcześniej zajmował się łapaniem kilka kroków dalej pojedynczej nornicy. — Ja niekoniecznie chciałbym przeganiać borsuka.
— Jeszcze Klan Wilka by nas oskarżył o nasyłanie dzikich bestii do ich lasów — zażartował Stokrotek, a niebieskooki odpowiedział cichym rechotem.
— Jak jesteście tacy mądrzy, a wasze serduszka tak szlachetne, no to zostańcie z nimi i szukajcie głupiego gniazda. Ja mam patrol do dokończenia — prychnął ciemnooki, wymijając dwóch starszych wojowników.
— Po co te kwaśne miny Rozświetlona Skóro? Myślę, że ta dwójka świetnie sobie poradzi. Nie są małymi kociakami czy nawet nie zaczęli przecież treningu wczoraj. Ostatnio chwaliłeś się, że w końcu udało ci się nauczyć Złotą Łapę wspinaczki na drzewa. Mają wszystko, czego potrzebują, aby samemu odnieść jajeczko — powiedział Stokrotkowa Pieśń, a po chwili dodał: — No a Postrzępiona Łapa w niczym nie jest gorsza od nas. Jej łapa nie przekroczy granicy i wierze, że popilnuje naszego małego przybłędę, aby też tego nie zrobił.
— Popilnuję, jak najbardziej! — zapewniła kotka.
— A ja niczym wiewiórczy wojak wejdę nawet na najwyższą gałąź!
— Żebyśmy nie musieli się wracać i szukać ich połamanych albo, co gorsza, odbijać ich z obozu tych szemranych Wilczaków — rzucił do dwójki liliowych Pełnia. Posłał terminatorom krzywe spojrzenie. — Macie czas do szczytowania słońca, jak nie dacie rady wcześniej, to obiecuje wam, że przez następne kilka księżyców będziecie wnosić na czubki drzew każde głupie jajko, jakie uda mi się znaleźć. Przed Pogorzeliskiem wracamy do obozu, więc wy też idźcie prosto tam. No i upolujcie coś — burknął na odchodne wnuk liderki. Za to Stokrotek puścił dwójce oczko; on im akurat kibicował.
W końcu wojownicy zniknęli za krzakami, a dwójka młodziaków została sama przy granicy z jajkiem pod opieką. Byli jak nowo upieczeni rodzice; tylko ze dziecko zdecydowanie przyniósł bocian lub wyrosło z kapusty.
— No to... Co robimy? — mruknęła Postrzępiona Łapa. — Mamy zamiar wchodzić na każde drzewo po kolei? Wiesz... Akurat w tym nie jestem najlepsza; mam za krótkie łapy.
— To byłoby paskudną mordęgą... Pod jajem jest mech, więc nie przeturlało się tutaj z innego miejsca. Musi to być więc właśnie ten dąb. — Spojrzał w górę. Pień był ogromny, gruby... Miał chropowatą korę, co trochę uspokoiło ucznia. Nie zmieniało to faktu, że on też nie był wyjątkowo uzdolnionym drzewołazem. — Muszę ci niestety tez wyznać, że wiewiórka ze mnie niezbyt uzdolniona... Skłamałem tym szanownym panom w żywe oczy...
<Postrzępiona Łapo?>
[1086 słów]
[przyznano 22%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz