Czuł, że zaraz wyzionie ducha, że nie wytrzyma ani chwili dłużej pod morderczym spojrzeniem lidera. A jednak, nadal tu stał, przełykając gulę w gardle i bezskutecznie próbując uspokoić drżenie całego ciała, ale stał. Brązowe ślepia mierzyły go wyczekująco, świdrowały, próbowały dostać się do środka duszy. Łabędzi Plusk przełknął, próbując wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, ale paraliżujący strach przejął pałeczkę nad umysłem. Lisia Gwiazda wysunął i wsunął pazury.
— Z-zrobię c-co w mo-mojej m-mocy — wysapał point, gdyż tym razem przerażenie dodało mu odwagi do działania. Nie chciał do końca rozwścieczyć przywódcy, wiedział, że to nie skończy się dobrze. — B-Barwinkowa Ła-Łapa b-będzie do-dobrym w-wojownikiem.
— A jednak jego trening idzie coś mozolnie długo — parsknął, trzepiąc ogonem o ziemię.
— A-ale w ko-końcu go s-skończy — odpowiedział, kładąc uszy po sobie. Nie podobało mu się to, do czego zmierza ta rozmowa. Nie chciał tu być. Skoro Lisiej Gwieździe nie odpowiadało, jak wojownik szkoli swojego podopiecznego, czemu dokonał takiego wyboru?! Łabędzi Plusk był wręcz przekonany, że gdyby nie został mentorem Barwinkowej Łapy, wszyscy byliby szczęśliwsi, łącznie z nim samym. Racja, nie nadawał się do trenowania innych kotów, ale nie mógł tego przyznać, bo co wtedy zrobiłby z nim rudy?
Oczy Lisiej Gwiazdy zwężyły się do wielkości ciasnych szparek. Pyski jego i młodzika dzieliła bardzo niewielka odległość. Pointa przeszedł kolejny dreszcz, źrenice się rozszerzyły.
— Klan Klifu nie potrzebuje za starych na to stanowisko, nieumiejętnych uczniów. Potrzebuje młodych, zdolnych go obronić i wykarmić wojowników. Czy to nie jest jasne? Gdybyś się postarał, Barwinkowa Łapa dawno byłby już wojownikiem. Ale ty się nie starasz — wycedził, ponownie przejeżdżając pazurami po kamieniu. Odgłos ten doprowadzał młodszego z kocurów do szaleństwa.
— S-staram s-się! — zaprzeczył.
— Za mało. Za mało robisz, Łabądku. Nie takiego zaangażowania i stanowczości oczekuję od moich wojowników! — Pod koniec wypowiedzi podniósł głos, przerodzając stanowcze stwierdzenie w krzyk. — Oczekuję postępu. Masz się wziąć za Barwinkową Łapę, rozumiesz?! Jeśli nie… wiesz, co wtedy, prawda?
— W-wiem
— Czyli obiecujesz mi poprawę? Ogarniesz się i zrobisz, co do ciebie należy? — Ogon nadal był w ruchu, oczy wpatrzone w śmiertelnie przerażonego Łabędziego Pluska.
— O-obiecuję — wyjąkał. W myślach błagał, by to się już skończyło.
— Idź — odparł, zdecydowanie nakreślając tonem wypowiedzi, że był to rozkaz, nie prośba. Posłał ostatnie spojrzenie wojownikowi, odwrócił się i zrobił kilka kroków w głąb swojego legowiska. Strzepnął uchem. Pointowi nie trzeba było jednak dwa razy powtarzać, natychmiast opuścił to miejsce, czując, że serce zaraz wystrzeli mu z piersi.
Jakiś czas temu myśli, czy Klan Klifu aby na pewno jest miejscem dla niego odeszły, ale w tym momencie powróciły ze zdwojoną siłą. Lisia Gwiazda miał rację, Łabędzi Plusk nie potrafił odpowiednio wyszkolić ucznia, charakterem i poglądami również nie wpasowywał się w przyjęte tu normy. Ale z drugiej strony, gdzie indziej miałby być? Te wiele księżyców temu, gdy po raz pierwszy znalazł się w tych okolicach, uciekł od Sroczego Żaru, ale ona znalazła go znowu, a to musiało już coś znaczyć. Może mieszkanie tu było swojego rodzaju… przeznaczeniem? Może los związał go z tymi kotami? A może takie rzeczy wcale nie istniały i to wszystko było serią niefortunnych zdarzeń, czystym wypadkiem? A może… może jednak istniały i Łabędzi Plusk namieszał w przeznaczeniu, gdyż według niego powinien być zupełnie gdzie indziej?
***
Słońce przygrzewało, niezwykle delikatny wiatr mierzwił futro. Rozległe łąki roztaczały się aż po horyzont, kwitły różnobarwne kwiaty, gdzieniegdzie można było dostrzec pojedyncze drzewa i krzewy. Słychać było świergot ptaków, gdzieś w wysokiej trawie zapiszczała mysz. Standardowy krajobraz tego miejsca zakłócała tylko jedna rzecz — całkiem spora grupka kotów brnąca stanowczo do przodu. Był to podróżujący do nowego domu Klan Klifu.
Łabędzi Plusk czuł, jak łapy zaczynają go boleć od długiej trasy bez żadnego postoju, wiedział, że jeśli wkrótce nie odpocznie, dalsza droga będzie prawdziwą mordęgą i ciężko mu będzie nadążyć za pozostałymi. Zbyt bał się jednak poprosić o zatrzymanie się, gdyż zapewne w najlepszym wypadku zostałby olany, a w najgorszym wyśmiany i poniżony na oczach wszystkich pobratymców.
Od tamtej rozmowy z Lisią Gwiazdą zdążyło wydarzyć się tyle, że strach pointa do lidera wzrósł o co najmniej 200% i wojownik był przekonany, że rudy czeka na jego każdy, nawet najmniejszy błąd. Dlatego też Łabędzi Plusk nie odzywał się prawie w ogóle do niezaufanych Klifiaków i w towarzystwie przywódcy, a jak już coś mówił, najpierw musiał przemyśleć to 5 razy, byle tylko nie mieć problemów. Miał wręcz chorą obsesję na punkcie tego, że Lisia Gwiazda ustanowił sobie za cel zniszczenie mu życia i psychiki jak tylko się da. Coraz częściej zaczął też myśleć o ewentualnym opuszczeniu towarzyszy i rozpoczęciu nowego życia, ale przeprowadzka pokrzyżowała mu plan. Do tego, im więcej o tym myślał, tym bardziej zaczął w ten pomysł powątpiewać. Cóż, zawsze mogło być gorzej, jeszcze wcale nie było paskudnie, żeby opuszczać klan, wśród którego miał jakiś tam znajomych i mógł odczuwać bezpieczeństwo, przynajmniej przed drapieżnikami.
Widząc, że faktycznie zostaje w tyle, od razu przyspieszył, zrównując się z kotami na przedzie pochodu. Natychmiast jednak pożałował tej decyzji, gdy zorientował się, że znajome brązowe oczy wpatrują się w niego wrogo. A może jednak lepiej się wycofać? Zrobił niepewny krok do tyłu, wpadając tym samym na Tęczową Zatoczkę i niemal nie zgniatając chudziutkiej kotki. Wszystkie ślepia były zwrócone ku niemu, do tego zatamował ruch. Świetnie, teraz zepsuł po całości.
<Lisia Gwiazdo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz