UWAGA!

11 listopada 2017 r. o godzinie 18:00 wprowadzony został nowy regulamin. Prosimy o zapoznanie się z jego ustaleniami.
Przypominamy o dwóch ważnych zasadach:
1. Prawo nie działa wstecz - każdy kto złamał ustalenia nowego regulaminu, a były one zgodne ze starym nie złamał prawa.
2. Nieznajomość prawa nie zwalnia z przestrzegania go - każdy kto złamie nowy regulamin po terminie dodania podlega każe zgodnej z jego ustaleniami.

Pozdrawiamy,
~ administracja Warrior Cats: Nowa Era

P.S. Komunikat zniknie 1 grudnia br.

22 listopada 2017

Od Ostrego Kła CD Wierzby

Ostry Kieł oddychał coraz głośniej i głębiej, próbując się uspokoić. Gdy jednak patrzył na leżącą, wyczerpaną, pozbawioną wszelkiej energii Wierzbę, która nie miała teraz nawet sił podnieść powiek, a jej małym ciałkiem co chwila wstrząsał kaszel miał ochotę krzyknąć ,,Nie! Przecież nie może umrzeć!". Już samo patrzenie na koteczkę sprawiało mu ból. W końcu więc nie wytrzymał i gwałtownie odwrócił się i szybkim krokiem wyszedł z legowiska medyków, odprowadzany jedynie spojrzeniem jednego z braci Wierzby.
Wyszedł z obozu i wszedł do gęstego, ciemnego lasu. Była Pora Zielonych Liści, a las wręcz tętnił życiem i zwierzyną. Nie przejmował się jednak polowaniem, nie zwracał nawet uwagi na czasem przecinające mu drogę smakowite zapachy, czy szuranie myszy lub nornic, wręcz proszących się o upolowanie.
Wierzba zaraz zginie! Odejdzie, opuści go, tak jak jego matka przed księżycami. A przecież była taka młoda, nie była jeszcze nawet w wieku uczniowskim. Czym zasłużyła sobie na śmierć?
Wtem las się skończył, a przed nim ukazała się otwarta przestrzeń, Słoneczna Polana. Słońce akurat chyliło się ku horyzontowi Wielkiej Wody i normalnie Ostry Kieł może i by nawet usiadł i przyglądnął się pięknym kolorom które o tej porze barwiły niebo. Teraz jednak spojrzał jedynie przed siebie, a w jego oczach zamiast zachwytu odbijał się gniew i smutek. I wtedy zadał sobie pytanie, tak proste i głupie, na które odpowiedzi było wiele, żadna jednak nie była jasna, czy oczywista. Pytanie tak głupie, że gdyby usłyszał je z cudzych ust, sam by je wyśmiał.
- Dlaczego to jest takie niesprawiedliwe?! - miauknął patrząc przed siebie, po chwili jednak zerknął w górę, na pierwszą już świecącą gwiazdę.
- Życie nigdy nie jest sprawiedliwe - odezwał się nagle jakiś głos, a Ostry Kieł podskoczył zaskoczony i nastroszył sierść. - Sprawiedliwość w życiu to tylko złudne pojęcie. Iluzja. Tak naprawdę istnieje tylko jedna sprawiedliwa rzecz.
Kocur rozglądnął się dookoła z wysuniętymi pazurami, wciąż jeżąc futro i szczerząc kły, głównie demonstrując ten jeden, wielki i przerośnięty.
- Tylko śmierć jest sprawiedliwa - kontynuował tajemniczy głos. Dobiegał z niedaleka, Ostry Kieł nie potrafił jednak stwierdzić skąd dokładnie. - Dopada wszystkich, bez wyjątku.
- Kim jesteś? - warknął wojownik pomimo, że dobrze znał odpowiedź na to pytanie.
- Skoro wiesz to po co pytasz? - odszeptał głos. - Zresztą, to są twoje własne poglądy i przemyślenia. Teraz sam sobie odpowiedziałeś. Skoro więc znasz odpowiedź to dlaczego wciąż pytasz?
Ostry Kieł rozluźnił się. Stanął równo, położył sierść i schował pazury. Następnie wbił smutny wzrok w swoje łapy.
- Bo nie potrafię jej zaakceptować... - szepnął tak, że choćby i ktoś stał tuż obok niego, nie usłyszałby tych słów.
Głos jednak nie stał przed nim, ani obok niego, ani nawet nad nim. Był bliżej niż Ostry Kieł by chciał i niestety zdawał sobie z tego sprawę doskonale. Głos nie istniał, był przecież tylko wytworem jego wyobraźni! Nie widział go ani Miętowy Oddech, ani Krucza Gwiazda, ani nawet Wierzba. Ostry Kieł nie był jednak zaskoczony tym odzewem. Już wcześniej słyszał głosy i widział cienie, odkąd jednak został wojownikiem te zniknęły i nie pojawiały się. Dlaczego teraz wróciły? Myślał, że już udało mu się od nich uwolnić na zawsze. Te jednak były tu cały czas, tylko on był zbyt zajęty, by zwracać na nie uwagę.
- Wierzbę nie powinien spotkać taki los! Ledwo co skosztowała życia, nie powinna tak szybko go tracić! - miauknął nagle i spojrzał przed siebie, prosto na kotlące się w już zacienionych zakamarkach lasu cienie o kocich kształtach i jarzących się złowieszczych oczach. Ich spojrzenia przeszywały go na wylot, a ich ogromne ciała wraz z pogłębiającą się ciemnością powoli przesuwały się w jego kierunku. Ostry Kieł cofnął się kilka kroków, bacznie jednak dbając o to, by nie odejść za bardzo i przypadkiem nie spaść z klifu co skończyłoby się niechybną śmiercią.
- Nie ty decydujesz co jest słuszne, a co nie - szepnął mu ktoś prosto do ucha. Ostry Kieł podskoczył, żaden cień jednak nie stał aż tak blisko niego. - Śmierć jest nieuchronna.
- Ciebie również kiedyś dopadnie - szepnął ktoś inny.
Wtem głosy zaczęły się mnożyć, każdy coś szeptał, jedne głośniej, drugie ciszej. Ostry Kieł nie był jednak w stanie rozróżnić wszystkich, wyłapał więc tylko kilka.
- Na Kruczą Gwiazdę już wystawia swe szpony.
- Miętowy Oddech też nie dożyje starości.
- Nawet Wierzba nie uchroni się przed śmiercią.
Nim usłyszał i zrozumiał resztę, zawiał zimny, przeszywający aż do szpiku kości wiatr. Szepty nagle zamarły, jakby ustępując innemu, zimnemu i ochrypniętemu głosowi nieznanej kotki.
- Lecz co to za wojownik, który ginie we własnym legowisku? - wycharczała
Wtem jej obecność zniknęła i dopiero wtedy Ostry Kieł uświadomił sobie jak namacalna ona była.
Cienie, które jeszcze przed chwilą nie ruszały się, nagle zaczęły znów zbliżać się do niego, idąc coraz szybciej, a Ostry Kieł już niemal czuł za sobą bliską krawędź urwiska.
One nie istnieją, nie ma ich tutaj!, powtarzał sobie w myślach. Te jednak, mimo że wciąż wyglądały jak cienie, wydawały się też być z krwi i kości. Były nierealne, lecz jednocześnie tak prawdziwe, jak prawdziwa była trawa pod nim. Kocur słyszał ich kroki i głośne oddechy, czuł bijące od nich ciepło. Widział przeszywające go na wylot rozżarzone ślepia gotowe w każdej chwili skoczyć i rozszarpać go na strzępy.
Starał się stać spokojnie, mimo, że serce biło mu jak oszalałe. Patrzył im prosto w oczy, nie odwracając wzroku. Wzrastający z każdym ich krokiem strach kazał mu czym prędzej uciekać, on jednak starał się jak tylko mógł go ignorować. Skoro bał się czegoś co nie istnieje to jak miał przeżyć w tym lesie? Jak mógł zwać się wojownikiem Klanu Klifu, synem Kruczej Gwiazdy?
Cienie zbliżyły się, lecz gdy były już na wyciągnięcie łapy, stanęły. Nie spuszczały z młodego kocura swego wzroku, a gdy ten myślał, że już na niego skoczą, te nagle - i tu Ostry Kieł aż rozszerzył źrenice ze zdziwienia - zniknęły. Po prostu, kocur szybko mrugnął, a po otworzeniu oczu ich już nie było. Rozglądnął się, trochę zdezorientowany, jakby spodziewając się, że te powrócą. Na polanie panowała jednak pustka i cisza przerywana jedynie niedalekim cykaniem świerszczy.
Twardo usiadł na trawie, w głowie analizując to co właśnie zaszło. Spojrzał w dal, na horyzont, w Miejsce, Gdzie Zachodzi Słońce. Ostatni promyk słońca właśnie zniknął, pochłonięty przez wodę. Gwiazdy świeciły nad wyraz jasno, zastępując księżyc przypominający teraz bardziej szpon niż okrąg.
Ostry Kieł nie miał zamiaru się ruszyć, patrzył więc jedynie na mrugające do niego gwiazdy.

***
Ostry Kieł resztę nocy spędził poza obozem. Posiedział jeszcze chwilę na Słonecznej Polanie po czym zamiast wrócić do swojego legowiska postanowił zapolować, efektem czego w obozie był dopiero o świcie. Przyniósł jednak kilka dorodnych piszczek, nikogo więc to nie zdziwiło. Po odłożeniu ich chciał od razu pójść się przespać, był bowiem zmęczony, nie mógł się jednak powstrzymać i ruszył najpierw w kierunku legowiska medyków zobaczyć co z Wierzbą, obawiając się jednak najgorszego.
Tym bardziej był zaskoczony, gdy wszedł i ujrzał siedzącą i spokojnie skubiącą wróbla burą koteczkę.
- Cześć, Ostry Kle - miauknęła do niego z uśmiechem, choć jej głos wciąż był zachrypnięty i cichy.
Kocur zaskoczony spojrzał na Fenkułowe Serce, chcąc wyjaśnień. Ta uśmiechnęła się najszczerszym i najradośniejszym uśmiechem jaki kiedykolwiek widział.
- Klan Gwiazdy czuwa nad nią - powiedziała, a Ostry Kieł poczuł jak jego serce otacza radość i ulga.

<Wierzbełku?>

Od Piaskowego Podmuchu

- Powiedziałaś mu? - spytałam, kiedy Srebrzyste Piórko weszła do legowiska z zającem.
Kotka upuściła przede mną zwierzę i powiedziała:
- Tak. - odpowiedziała bez uczuć, ale po chwili dodała z troską - Na pewno tego chcesz?
- Tak.
- A co jeśli znów się nie uda? Jeśli znów porobisz? - dotknęła łapką mój brzuch.
- Wtedy już nie będziemy w ogóle próbować. Ale i tak chcę mieć kocięta.
- Jesteś tego pewna?
- Tak. A jeśli nie wyjdzie, to ty urodzisz za mnie. - zaczęłam się śmiać i położyłam się na plecach.
- Chyba sobie żartujesz. Nie będę spać z byle kupą futra.
Powiedziała siostra i zaczęła bić mnie lekko po łapach i głowie. Potem zaczęła machać łapą przed oczami, a ja próbowałam ją złapać. W końcu wstałam i skoczyłam na biało-szarą lekko podgryzając ją w ucho. Tak zleciała nam reszta dnia.
***
Całkiem zapominając o czasie, szybko ruszyłam w stronę siedliska owiec. Rudy kocur już na mnie czekał. Wtuliłam się w futro mojego partnera.
- Jesteś. Myślałem, że coś ci się stało. Długo Cię nie było. - powiedział i polizał mnie po pyszczku.
- Jestem już. Wybacz, że chcę się widzieć tak późno, ale... chcę spróbować jeszcze raz. - powiedziałam.
- Jesteś pewna?
Kocur spojrzał na mnie, a ja kiwnęłam łebkiem. Kocur odsunął się ode mnie, a ja przybrałam dogodną pozycję dla nas. Kocur na mnie wszedł i po chwili zaczęło się...
***
Wstałam lekko obolała w swoim legowisku. Wczorajsza noc była... dawno się tak nie czułam w każdym razie. Gdy chciałam wstać, to nie mogłam. Bardzo polała mnie lewa łapa i okolice miejsc intymnych. Podniosłam się jednak do pozycji siedzącej i zaczęłam opatrywać ranę. Na szczęście było to tylko kilka siniaków. Spojrzałam na swój brzuch. Zastanawiałam się, ile ich będzie.

Miętowy Oddech?

Od Jagódki

Jagódka przechadzała się lasem, który miło szumiał i poruszał liśćmi. Pod łapami kotki, co jakiś czas było można usłyszeć pękające gałązki. Czuć było w powietrzu zapach Klanu Klifu. Ten srogi, złowrogi, ostry zapach, ale jednak było w nim coś interesującego. Kiedy usłyszała szelest doskoczyła do miejsca z którego dobiegał, a już po chwili w pysku trzymała małego drozda. Szybko zaczęła go spożywać. Szkarłatna ciecz pokryła jej biały jak śnieg pyszczek. Po zjedzeniu ptaka dokładnie umyła łapki, nosek i mordkę. Znowu była piękna, biała i urocza. Podeszła do jakiejś kałuży po czym zaczęła się sobie przyglądać. W odbiciu był widoczny uroczy pyszczek kotki, zadbane futerko, ostre ząbki, uwodzicielski wzrok i uśmiech. Z zamyślania kotkę wyrwały głosy gdzieś nie daleko. Obróciła szybko łeb i zaczęła węszyć. Wyczuła jakieś dwa koty... Dwa kocury. Jeden był ewidentnie młodszy, a drugi dorosły. Wspięła się na drzewo i z góry patrzyła na zbliżające się kształty. Jeden był czarny, a drugi? Nie przyjrzała się dokładnie gdyż ją wyczuły. Czarny szepnął coś do drugiego, a ten powoli odszedł. Jagódka zeszła z drzewa i podeszła do kocura. Ten syknął na nią, ale ona nic sobie z tego nie zrobiła. Zbliżyła się, a następnie ogonem przejechała mu po jego podbródku.

<Kruk?> Nie wiem... Może spacerowałeś z synem? xD Tylko jej nie zabijaj!

Do Jagódki C.D Owocowego Alberta

- Wyglądasz jak strawa dla wron. - Prychnęłam i jednym, szybkim ruchem doskoczyłam do kocura. Zanim ten się zorientował pazurem drapnęłam jego sweter. Ten wykrzywił pysk i syknął. Wtedy usłyszałam dwunoga. Szczurek ruszył do dwunożnego po czym uniósł do góry łeb i ogon. Samica dwunogów schyliła się po czym pogłaskała łysolka po głowie. Ten zamruczał głośno, a następnie wyprężył grzbiet. Postanowiłam, że mu dokopię. Zeszłam z parapetu i poszłam do dwunożnej. Ta spojrzała na mnie i zrobiła wielkie oczy. Zaczęłam się łasić, ocierać o nogi, pokazywać brzuszek do głaskania. Szczurek patrzył na mnie nienawistnym wzrokiem. Syknął głośno, a jego dwunóg skarcił go za to. Ja tylko uśmiechnęłam się wrednie do niego. Dwunożna poszła szybko do swojego legowiska i w mgnieniu oka przyszła i dała mi rybkę. Z chęcią zjadłam ją, a kobieta pogłaskała Szczurka. Uśmiechnął się szyderczo,a ja zrobiłam wielkie, piękne, zielone oczęta i zamrugałam dwa, albo trzy razy do dwunoga.

<Albert??>

Od Miętowego Oddechu c.d. Piaskowego Podmuchu

Nie mogłem uwierzyć w to, co powiedziała kotka. Czemu Klan Gwiazdy nas tak pokarał? Tylko dlatego, że jesteśmy zakazaną parą? Kochamy się i Gwiezdni powinni to uszanować! Posiedzieliśmy tak jeszcze chwilę, a potem po piaskową kotkę przyszła jej siostra. Ja wróciłem do obozu.
***
Minęło pół księżyca od tego okropnego momentu. Piaskowy Podmuch już się pozbierała. Tego dnia byłem z Ostrym Kłem, Osmolonym Brzuchem i Zabluszczonym Futerkiem na patrolu. Wyczułem znajomy zapach.
- Wy idźcie tam. Ja z Ostrym Kłem pójdziemy w drugą stronę. - powiedziałem do brata i byłej mentorki.
Gdy koty się oddaliły, z pobliskich krzaków wyszła biało-szara kotka.
- Co ty tu robisz? - spytałem trochę zły - Nie możesz wchodzić na nasze tereny!
- Nie chciało mi się na ciebie czekać kupo futra. - fuknęła kotka z jadem w głosie.
- To Cię jednak nie usprawiedliwia! Gadaj, czego chcesz i spadaj stąd!
- Twoja partnerka przysyła mnie z wiadomością mysi móżdżku! Bez powodu nie wchodziłabym na tereny tego starego głupca Kruczej Gwiazdy!
- Co masz mi do przekazania!? - spytałem już mocno wkurzony.
- A no tak. Piaskowy Podmuch chce się spotkać z tobą dziś w nocy. Tuż po zachodzie słońca tam, gdzie zawsze. - powiedziała kotka i zniknęła w krzakach.
Tak bardzo nie lubiłem się z kotką, ale musieliśmy się przynajmniej tolerować. Dla Piaskowego Podmuchu. Dla mojej kochanej partnerki.


Ostry? Piaskowa?

21 listopada 2017

Od Sarenki

Gdy ptaki przylatują, a pąki rosną na drzewach zaczyna się czas, gdy rodzi się najwięcej kociąt. W Klanie Lisa od dawna nie zawitały nowe, młode pyszczki. Klanowicze błądzili bez celu po lasach, a tereny tak obfitowały w zwierzynę, że każdy mógł najeść się do syta, a na stosie jeszcze zostawało sporo zwierzyny w porównaniu do innych pór. Każdy zastanawiał się czy nadciągnął dobry czas, gdy mogli odpoczywać niczym się nie zamartwiając czy zły. Myszy i nornice pojawiały się po to, by zaspokoić młode kocięta. Delikatne kwiatki powoli wyrastały zza wysokiej trawy, a spokojny wietrzyk powiewał na sianko, które drgało pod jego wpływem. Ucho Sarenki drgnęło, gdy kolejny podmuch wdarł się do stodoły. Wymruczała coś pod nosem i przewróciła się na drugi bok, by rozprostować łapy i otworzyć w ziewnięciu pyszczek, który przecinała blizna. Zdążyła się już prawie zagoić, ale za każdym razem, gdy tak robiła czuła ból idący wzdłuż pyska. Powoli podniosła się i poruszyła kilka razy swoim kijkiem, jak to miała w zwyczaju. Jako dzieciak nieźle oberwała, ale zdawało się, że nic sobie z tego nie robi. Szła twardym krokiem przez stodołę, nie mając nawet zbytniej ochoty na przywitanie się z już obudzonymi Lisimi. Nie starała się iść zgrabnie czy tym bardziej ładnie - była Sarną, nie żadną Sarenką, córką Sowy i Szramy, a także potomkiem Wilczej Gwiazdy, największego lidera, którego znają ci błędni wojownicy krążący za sosnami opatulającymi miejsce zamieszkania jej klanu, rodziny. Gdy ktoś powie rodzina od razu przypominasz sobie wspólne płakanie sobie jak jakieś beksy i pocieszanie się w trudnych chwilach. Tutaj tak nie było, nie czuła żadnego z tych uczuć do otaczających ją kotów. Nie było płaczu czy pocieszania. Było życie. Nie dostaniesz maku na pocieszenie, jedynie zaciśnij zęby i walcz o swoje, nawet jeśli miałbyś iść drogą stworzoną z trupów. Jej łapy były splamione krwią i mimo młodego wieku miała dużo rzeczy na sumieniu. W jej uszach po nocach słychać było wrzaski, a przed oczami podczas snu widziała, jak pazury zatapiają się coraz głębiej i głębiej w ciele niewinnego kota. Otaczał ją las, który wyglądał pięknie podczas Pory Nowych Liści - ona jednak jedynie deptała fiołki i zabijała zające, wychylające noski ze swoich norek. Wysunęła pazury i zahaczyła nimi o nornicę leżącą na stosie, która razem z łapą uniosła się w powietrze. Chwyciła ją zębami, a z pazurów skapnęło kilka kropelek szkarłatnej krwi. Ruszyła z nim przed wyjście ze stodoły i zaczęła go jeść. Po chwili dosiadł się do niej Jasio.
- Huh, cze... eść - Wymamrotała pomiędzy żuciem mięsa. Nie miała zamiaru przerywać konsumpcji na rzecz kocura, ale spojrzała na niego z ukosa. Zawsze trzymała się zasady, że gdy się z kimś rozmawia to trzeba mu patrzeć w oczy, tym bardziej jeśli żyje się w takim świecie jak ten, gdzie każdy w każdej chwili może rzucić się na ciebie z pazurami do gardła. Odgryzła kolejny większy kawałek nornicy i połknęła go, czując już wystarczający dosyt tymi kilkoma, aczkolwiek dużymi kęsami. Odsunęła zdobycz i spojrzała na Jasia, który zajmował się wróblem. - Czegoś chcesz? 
- Wiesz, pomyślałem, że moglibyśmy wybrać się na wspólny patrol.
Sarenka uniosła jedną brew, a jej pyszczek wykrzywił się w podejrzliwym uśmiechu. Słodkim jak maliny, ale ostrym jak ciernie. Nie wiedziała do końca czy da się nabrać, gdyż równie dobrze jej kolega, mógł ponownie zaprowadzić ją na ekhe obchód po Siedlisku Dwunożnych, a tego łaciata nie miała zamiaru powtarzać. Te koty wyglądały na zadowolone, ale w głębi duszy wiedziała, że to nie one wybrały ten los i, że po prostu tam się urodziły i nie potrafiły przejść z tego wygodnego życia w świat pełni krwi, ale i wolności.
- No dobra, ale jak gdzieś znowu polecisz, to ci dowalę. Mocno! Ale wiesz co, nawet mi nieco żal tych twoich znajomych... - Zbliżyła się nieco do Jasia i wtuliła się w jego futerko. Miękkie futerko, które opatulało ciało jak na razie pozbawione bolesnych szram, a jedynie mniejsze zadrapania. Miał jeszcze przed sobą dużo księżyców i mimo tego, że był w podobnym wieku co Sarenka to reprezentował się znacznie lepiej zważywszy na to, że padające na nią słońce właśnie rzucało blaskiem na jej drewnianą łapę i ogon, z którego został jedynie mały kikut. - I żal mi też tego, że przewróciłeś się tak boleśnie na trawę.
- Co?
Popchnęła go bokiem, nie dając mu nawet kilka bić serca na zorientowanie się co miała na myśli. Ziemia zadrżała, a do jej uszu dotarło uderzenie i jęknięcie na tyle głośne, że Trujący Bluszcz również musiała wyjrzeć ze stodoły. W jej oczach błyszczało niezadowolenie, ale nie był to jakiś rzadki widok, dlatego Sarenka zignorowała ją i zamiast tego zerwała się z ziemi. Skierowała na wstającego Jasia zarówno żółte, jak i niebieskie oko. Nie trwała w tej pozycji zbyt długo, być może dlatego, że jej towarzysz rzucił się na nią prawie od razu, ale ta zdążyła mu umknąć i rzucić się do ucieczki. Słyszała trzaskanie gałązek pod jej łapami i krople uderzające o liście. Omijała sosny, które rosły nieopodal stodoły w lasku ją otaczającym. Nagle potknęła się o swoją drewnianą łapę i zrobiła fikołka uderzając w drzewo. Usłyszała śmiech, dlatego szybko potrząsnęła głową, gdyż obraz przed jej oczami nadal był zamazany. Po chwili córka Sowy mruknęła głośno:
- To nie śmieszne! Pft, przynajmniej wreszcie podniosłeś swój tłusty zad i przeszliśmy już nieco części lasu.
Wypluła piach, który wpadł jej do pyszczka i otrzepała futerko. Połączenie wody i piachu z pewnością nie było dobrym połączeniem o czym przekonała się dosłownie przed chwilą na własnej skórze. Jej futerko było posklejane, a wśród nich pełno było igliwi, ale nie zwracałam na to większej uwagi i po prostu szłam przed siebie. Dzień był piękny i ciepły, ale z drzew nadal spadały jeszcze pojedyńcze kropelki. Co noc robiło się coraz zimniej co nie zapowiadało nic dobrego, a także często niebo było zachmurzone - jesienna pogoda przybywała o wiele szybciej niż powinna, a ten dzień był wyjątkowo ciepły jak na resztę ostatnich, chociaż nie bardzo interesowało to dwójkę kotów, a przynajmniej Sarenkę.
Na szczęście las nie był zbyt wielki, ba, rosło tam tylko trochę drzewek, dlatego po chwili wyszli na otwarty teren jakim było Siedlisko Owiec. Na szczęście te, jeszcze nie zostały wypuszczone, gdyż panował blady świt, dlatego dwójka przeszła bez większych problemów. Siedlisko jednak było na tyle wielkie, że zajęło nieco czasu zanim pastwisko zaczęło się kończyć, a jej oczom ukazały się dzikie łąki i polany, które ciągnęły się, aż do terenów klanów. W końcu dotarli w miejsce, skąd najbardziej było czuć Klan Klifu. Nieco zwolniła i schyliła się niuchając w powietrzu. Zerknęła na Jasia czy robi to samo co ona, chociaż ostatecznie stwierdziła, że jeżeli wpakuje się w tarapaty tylko i wyłącznie z własnej głupoty to nie będzie miała go zamiaru ratować. Ruszyła powoli w stronę oznakowania starając się, by nie stanąć na niczym co wywołałoby niepożądany hałas - co prawda znajdowali się na terenach niczyich, ale kogoś mogłaby zdenerwować dwójka samotników pałętająca się obok terenów łowieckich. Zastygła w bezruchu i podniosła wyżej głowę, by stwierdzić czy nigdzie nie chodzi wrogi patrol. Cisza, przerywana jedynie szelestem liści z lasu, znajdującego się zaraz obok Głębokiej Ścieżki. Westchnęła z ulgą i nieco szybszym krokiem wyminęła granicę i już chciała udać się dalej w miejsce gdzie najlepiej polować, gdy usłyszała tupot łap. Co prawda cichy, ale nadal dosłyszalny w ciszy łąki.
- Ej, wy tam - Usłyszała po chwili i zaczęła przeklinać w duszy na trawę, która na ostry i ciernie, rosła tutaj najniżej. Nadal stała w bezruchu, a jedynie jej powoli poruszająca się klatka piersiowa i otwarte oczy dawały znak, że nie zasnęła na stojąco. Zerknęła na niego kątem oka i odparła:
- Nikogo tu nie ma.
- Co tutaj robicie.
- Do kogo mówisz? - Spytała ponownie, tym razem już mniej poddenerwowana i z uśmieszkiem na pysku, a Jasio spojrzał na nią najpierw ze zdziwieniem, a później również się jego pysk wykrzywił się w zadziornym uśmieszku.
- No, do różowych jeży, co? - Mruknął nieznajomy Klifiak i od razu słychać było, że zahaczali jego granicę wytrzymałości. To była właśnie zabawa, w którą najchętniej lubiła grać. Droczenie się z każdym napotkanym kotem. Tym razem głos zabrał Jaś, zanim szara zdążyła w ogóle otworzyć pysk:
- Żadnych nie widzę.
- Agh, idźcie zanim naprawdę się zdenerwuję. Już.
- Mówisz do jeży?
- AGHHHH, SIO!
Zmrużyła oczy powstrzymując się od parsknięcia gromkim śmiechem i po chwili odwróciła się dając znak pyskiem, że mogą iść, bo zapewniła sobie wystarczającą dawkę rozrywki. Zaczęłam przedzierać się przez trawę, która była wyższa i dziksza tym więcej kroków robili w przeciwną stronę niż jest las. Nagle jednak zatrzymała się, a jej przydupas, jakim jest Jasiu wpadł prosto na nią i mruknął pod nosem coś dla niej niezrozumiałego.
- ...jacyś głupi samotnicy - Usłyszała słowa z oddali, które zapewne należały do tego samego kota z którym przed chwilą rozmawiali. Zmrużyła ozy, czując jak stroszy jej się futerko, jednakże nie przejęła się tym na tyle, by odwrócić się i splunąć mu w pysk albo bardziej zagrać na nerwach. -...oprócz tego nic niepokojącego nie zauważyłeś. Jak myślisz czy to te brednie o, których gadali medycy? Wiesz, te drzewo i mroźna zima...

Biegli ile sił w łapach w kierunku stodoły. Sarenka nie zważała na to, że bolały ją łapy, gdy przebiegała przez małą Grzmiącą Ścieżkę, która oddzielała klany od Siedliska Owiec. Nie zwracała też uwagi na bolący pysk, który wiele razy ocierała się o konary drzew. W końcu razem z Jasiem wpadła do stodoły, gdzie na szczęście była większość kotów; wszyscy spojrzeli na nich ze zdziwieniem. Jedni przerwali pielęgnację, a inni właśnie mieli odłożyć swoje zdobycze na stos. Szaro-biała miała ochotę odpowiedzieć od razu, ale przeznaczyła te kilka bić serca spokojnego stania na wzięcia kilka głębokich oddechów.
- Klanie Lisa! Jak zapewne wiecie o ostatniej pełni przyglądałam się zgromadzeniu. Doskonale wiecie, że to Klan Nocy zabił Sowę i najpewniej też Szramę, chociaż w to możemy wątpić. Klan Nocy jest słabszy niż zazwyczaj. Ma królowe do obrony, a co za tym idzie kociaki. Nie posiadają medyka*, więc nikt nie będzie mógł ich leczyć. To nasza szansa! Pokarzemy im, że z Klanem Lisa się nie zadziera! - Wykrzyczała, a wśród tłumu rozległy się zadowolone pomruki. - Przypuszczamy, że nadciąga mroźna Pora Nagich Drzew, a może nawet bardzo zimna Pora Opadających Liści, dlatego stwierdziłam, że powinniśmy... zaatakować teraz. Stwierdzam, że możemy oficjalnie powitać Zająca Biegnącego Po Łące oraz Czarną Kroplę Deszczu, mmm... no dobrze, wyruszy ze mną jedynie Kropelka, Jaś i ja, wasza dwójka zostanie w obozie.
Usłyszała ciche westchnięcie Zająca, ale nic na nie nie odpowiedziała. Wydała rozkazy i miał się ich trzymać, nieważne, że mówiła niezbyt oficjalnie. Była nową przywódczynią i teraz ona decydowała co robią i po co robią. Może dla niektórych atakowanie i narażanie się na duży klan tylko z powodu jakiejś kotki był głupi, ale dla niej mogła nawet sama umrzeć, chociaż mimo wszystko nie mogła na to pozwolić - w końcu co z tego, że pomści Sowę, skoro nie dokończy jej planów? Nie rozumiała za bardzo co ma na celu pomoc Klanu Wilka, ale skoro jej najlepsza matka im pomagała to musiało mieć to dużo więcej sensu niż się wydaje.

Szli powoli, a słońce chyliło się już ku zachodowi. Pojawił się wietrzyk, co prawda delikatny, ale przyprawiający Sarenkę o dreszcze. Drzewa rzucały złowrogi cień na ziemię porośniętą wysoką trawą. Szli wzdłuż Drogi Grzmotu, a potwory po niej jadące co chwila wydawały głośne ryki, a dym z nich wylatujący szczypał oczy członków Klanu Lisa, którzy szli na wojnę. W końcu byli już blisko terenów Klanu Nocy, dlatego przeszli szybko i niepostrzeżenie przez drogę. Poruszali się blisko drzew, w cieniu, by być jak najmniej zauważalnym. Przeszkadzały im białe futerka, dlatego szli jeszcze wolniej. Pierwsza córka z drugiego miotu zdawała się nie być zestresowana. Szła z głową wysoko prowadząc grupę. Przylgnęła bardziej do ziemi dopiero gdy wyczuła już wyraźny zapach łowców ryb. Jeżeli dobrze myślała to jeszcze nie przeszedł tu patrol, dlatego nakazała swoim towarzyszom, by razem z nią ukucnęli wśród krzewów, pomiędzy którymi rosło nieco czosnku, który mógł przytłumić ich zapach. W tym momencie nie liczyło się, że nawet po starannej pielęgnacji futra długo zajmie zanim z jej futra zaniknie zapach czosnku. Teraz liczyło się jedno. Walka. Czekali długo, a może to te bicia serca się tak wydłużały. Gdy już znudzeni przymykali oczy, nagle zza wysokiej trawy i drze wyłoniła się trójka kotów, w tym jeden nieco młodszy, więc najpewniej zaliczał się jeszcze do terminatorów, chociaż nie wyglądał też na jakiegoś malutkiego. Raz... Szepnęła cicho. Dwa... Dodała nieco głośniej, ale nadal szeptem. Trzy. Dodała już normalnym tonem, a gdy skoczyła na pierwszego lepszego kota momentalnie cisza napięcia zamieniła się w hałas, wymieszany z głosami i prychnięciami. Wbiła pazury w jego bok, a on syknął z bólu i odrzucił ją lisią długość dalej. Dopiero wtedy mogła przyglądnąć się uważnie kotu. Jego futerko było szare, ale w blasku zachodzącego słońca widać było, że posiada także białe plamy, które teraz były zaplamione szkarłatną krwią. W jego pomarańczowych oczach widać było strach, ale dopatrzyła się też błysku wściekłości. Taki sam widać było w jej oczach, dlatego ruszyła w jego stronę uderzając go bokiem z siłą, która zdaje się miała go przewrócić, jednak słabo się to udało, gdyż kocur jedynie upadł, ale nie widać było żadnych zadrapań. Zdenerwowana Sarenka chciała go zaatakować jeszcze raz, ale ten zdążył na nią skoczyć i przygwoździć do ziemi.
- Po co to robicie? - Spytał ją, patrząc jej prosto w oczy.
- A, weź się.
Kopnęła go prosto w brzuch, a on odleciał ponownie, ale tym razem przywalił w głowę. Widziałam krew, która kapała z rany zrobionej na jego brzuchu. Starał się podnieść, ale nie udawało mu się. Jęknął jedynie z bólu, a szara napędzana niekontrolowaną wściekłością ponownie na niego zaszarżowała, a gdy znalazła się wystarczająco blisko to jedynie ugryzła go w szyję, a ten padł na ziemię. Przez chwilę patrzyła się na niego, a później szturchnęła go łapą. Martwy. Nagle usłyszała krzyk i coś skoczyło prosto w jej bok. Zaorała w ziemię i przywaliła głową w drzewo. Wszystko zaczęło jej się kręcić przed oczami. Oddychała z trudem, aż w końcu jakiś inny kot skoczył na wojownika, który ją przydusił. Odetchnęła z ulgą, ale nadal czuła się na skraju wyczerpania.

<Jaś? Klan Nocy?>
*Sarna nie wie, że Dryf to med
+ Skaczący Wzrok dedł
Niech nikt inny się nie wpycha, plz
I jak KN ją porwie, to będzie fajna fabuła (y)
(ale nie dedajcie mi Sarny :c Ja też nie dedam nią grających)

Od Różanej Łapy (Różanego Kwiatu) C.D. Gradowej Mordki

Różana Łapa stała obok Fenkułowego Serca i była przerażona. Dlaczego coś takiego miało się stać? Czuła niepokój i jej serce biło szybciej niż zwykle. Bała się cokolwiek powiedzieć, nieśmiałość była większa niż normalnie. Po jakimś czasie, po słowach Lawendowego Płatka...
-Najpierw nasza kolej. Następni są Kwiecisty Wiatr i Dryfująca Łapa. Teraz Gwiezdny Klan pozna nowych medyków.- powiedziała Fenkułowe Serce uśmiechając się.
Po chwili medyczka stała przed Różaną Łapą, blisko wody.
-Ja, Fenkułowe Serce, medyk Klanu Klifu wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego uczennicę. Trenowała pilnie, by zrozumieć drogę medyka, i z Waszą pomocą służyć swojemu klanowi przez wiele przyszłych księżyców.
- Różana Łapo, czy przysięgasz przestrzegać Kodeksu Medyka?
- Przysięgam - powiedziała Różana Łapa, co dla innych brzmiało jak szept mimo, że się starała.
- Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię medyka. Różana Łapo, od tej pory będziesz znana jako Różany Kwiat. Klan Gwiazdy ceni twoją i lojalność.
- Różany Kwiat! Różany Kwiat!- krzyczeli wszyscy medycy ciesząc się.
Różany Kwiat zobaczyła, że Fenkułowe Serce wyglądała na szczęśliwszą niż inni.
Potem Dryfująca Łapa został Dryfującym Obłokiem.
- Gratuluję, teraz jesteś medykiem Klanu Nocy - szepnęła do Dryfującego Obłoku.
- Teraz nadszedł czas, abyście otrzymali sen od Klanu Gwiazdy - powiedziała Kwiecisty Wiatr.
Po krótkiej chwili, Różany Kwiat usiadła i napiła się wody z Zatoczki. Potem poczuła jak zapada w głęboki sen.
Nagle znalazła się w jasnym miejscu, gdzie nie gdzie była trawa, a obok niej był czarno-biały kot.
- Witaj Różany Kwiecie - powitał ją kocur, co ją zdziwiło. Ze strachem zobaczyła, że otoczenie się zmieniło, teraz widziała walczące koty, także te martwe. Znowu się bała.
- Kiedy piorun złowieszczy uderzy, w Klanach poleje się krew - powiedział czarno-biały, a jego głos był poważny i groźny, jakby to było ostrzeżenie.
Po tym wszystkim obudziła się, słonće powoli zaczęło już świtać, a reszta medyków już powoli szykowała się do powrotu do swoich klanów.
Naprawdę minęło tyle czasu?, pomyślała Różany Kwiat.
Fenkułowe Serce spojrzała na swoją uczennicę.
- Różany Kwiecie? Dostałaś przepowiednię? - spytała medyczka Klanu Klifu, a jej głos był poważny.
- Tak, Fenkułowe Serce. Brzmiała tak: "Kiedy piorun złowieszczy uderzy, w Klanach poleje się krew" - odpowiedziała, a w jej głosie słychać było przerażenie.

Od Gradowej Mordki

Kształt pazura świecił na niebie jasno, kiedy Kwiecisty Wiatr, Dryfująca Łapa i Gradowa Mordka szli Głęboką Ścieżką do Księżycowej Zatoczki. Jak co księżyc medycy zebrali się, aby podzielić się ze sobą nowinami. 
Zebrania medyków były niezwykłe, bowiem medycy byli zupełnie inni niż wojownicy. Choć winni byli lojalną służbę swoim klanom, z którymi łączyła ich więź krwi i przyjaźń, przede wszystkim byli reprezentantami Klanu Gwiazdy w lesie. To im, garstce wybrańców przysługiwała zdolność widzenia żyć swoich liderów, interpretowania omenów i przepowiedni, a także pomocy każdemu wojownikowi, niezależnie z jakiego jest klanu. Bowiem prawdą znaną w lesie było, że po śmierci wszyscy idą do Klanu Gwiazdy, gdzie różnice nie istnieją, a każdy wojownik jest innemu bratem.
Jednak wielu medyków ignorowało ten fakt. Ograniczali się do barier, jakie stawiały między sobą klany i żyli niezgodnie ze swym przeznaczeniem. Medykom zabrania się polować, aby nie plamili swych łap morderstwem. Medyk nie może walczyć, gdyż jego pazury nie mają prawa krzywdzić wojowników. Medyk nie może mieć partnera, ani kociąt, gdyż przywiązałby się wówczas zbyt do klanu, do którego tymczasowo przynależy. Tak postanowił Klan Gwiazdy i tego należy przestrzegać.
Gdy grupa dotarła do zatoczki od razu poznali pyszczki pozostałych. Była tam Fenkułowe Serce z Klanu Klifu. Kotka o duszy czystej i dobrej, oddanej swojemu klanowi i każdemu wojownikowi w potrzebie. Wszyscy wiedzieli, że intencje tej kotki zawsze są dobre, a to, co postanawia niesie korzyści każdej ze stron. Tuż obok niej siedziała dumnie Różana Łapa. Ładna, szylkretowa kotka o nieśmiałej duszy, jednak jak jej mentorka pełna dobroci i ciepła. Od długiego czasu była uczennicą i jak zapowiedziała ukradkiem Fenkułowe Serce, tej nocy miała zostać pełnoprawną medyczką. Obecna była też Lawendowy Płatek. Kotka oszpecona szkaradną blizną na pyszczku i obdartą z sierści łapą budziła swym wyglądem mieszane uczucia. Nie była medyczką taką jak inni zebrani. Wcześniej była wojowniczką, ale jej rany zmusiły ją do opuszczenia funkcji i objęcia innej. Często jej medyczna funkcja pokładana była w wątpliwość. Kotka nie wyglądała na zdolną medyczkę i kilkakrotnie pozostali powątpiewali w jej umiejętności. Ona jednak zaklinała się, że Klan Gwiazdy wybrał ją spośród jej klanu do objęcia funkcji po Widmowym Wilku. Ze jej plecami mawiano jednak, że ma tupet, skoro nazywa Milczącą Gwiazdę Klanem Gwiazdy.
U boku Lawendowego Płatka był ktoś nowy. Młoda kotka o długiej, błękitnej sierści zerkała na innych nieśmiało swoimi zielonymi ślepiami. Dla Burzowej Łapy był to pierwszy raz w tym miejscu i nie do końca rozumiała jak ma się zachować. Była młoda, zbyt młoda by rozumieć. Miała teraz zacząć szkolenie, a spotkanie było jej pierwszym wyzwaniem.
I wreszcie nowo przybyli. Kwiecisty Wiatr dumnie przylizała sierść na klatce piersiowej nim przywitała wszystkich. Była to kotka nie tak serdeczna jak Fenkułowe Serce, jednak służyła jako przykład wzorowego medyka, który także ma swoje wady. Była w towarzystwie najstarsza i najbardziej doświadczona. Choć nie przecząc bardzo opryskliwa i momentami niemiła. Jednak to w niej lubiono. Nie była sztuczna, nie szczerzyła się. Zawsze umiała powiedzieć jak jest, bez wymyślania. Jej starszy uczeń najlepiej wiedział o tym, jaka ona jest. Byli dobrymi przyjaciółmi, choć często wypominała Gradowej Mordce jego wygląd. Krzywy pysk i nieproporcjonalne ciało. W dodatku długa sierść, która brudziła się i łatwo pokrywała błotem. Gradowa Mordka nie był pięknością, ale jego serce było szlachetne i pełne miejsca. Często jednak sprawiał wrażenie, jakby był nie w tym miejscu co trzeba. Nie wywiązywał się z obowiązku służenia wszystkim wojownikom. Swój obowiązek uważał za wyłączną powinność. Nie był winien nic innym klanom. Jego postawa była bardzo podobna do postawy zwykłych wojowników co niepokoiło medyków. Gradowa Mordka mógł stanowić dla nich zagrożenie. Inaczej myślano jednak o Dryfującej Łapie. Kocurek ten był uczniem Kwiecistego Wiatru, ale też członkiem Klanu Nocy. Był pierwszym medykiem od wielu księżyców, jaki zaszczycił ten klan. Dla swojego lidera był skarbem nie do opisania. Ostatnią nadzieją Klanu Nocy. Tej nocy, podobnie jak Różaną Łapę czekało go mianowanie na wojownika. Bardzo się denerwował. Już następnego dnia jego przyjaciele przywitają go jako medyka. 
- Moi drodzy - zaczęła Kwiecisty Wiatr. - Wiem, że najchętniej opowiedzielibyście o swoich klanach i przepowiedniach, ale mam na początek coś, co dotyczy nas wszystkich.
Medyczki przybrały na powadze. Nastawiły uszu, aby nie uronić choćby słowa swojej koleżanki.
- Tej pory zielonych liści w Burzowe Drzewo uderzył piorun - oznajmiła kotka. Choć Fenkułowe Serce rozszerzyła źrenice, Lawendowy Płatek miała minę, jakby chciała wyśmiać Kwiecisty Wiatr. Wówczas szylkretka zwróciła się do niej. - Burzowe Drzewo to dar od Klanu Gwiazdy. Gdy uderza w nie piorun możemy się spodziewać nieszczęścia w porze nagich drzew.
Lawendowy Płatek nadal wyglądała na niewzruszoną, ale starała się to ukryć. 
- Moja droga! To okropne! - zawołała medyczka Klanu Klifu. - Ale masz rację! Dziś, przysięgam na Klan Gwiazdy, dziś rano widziałam zamarzniętą kałużę na plaży. To nie mógł być przypadek! W takie gorące dni nie powinno do tego dojść!
- Nieszczęścia? Głód i mróz? - zapytała Lawendowy Płatek. - To okropność! Nie chcę żegnać członków mojego klanu! Ale czym można leczyć głód? Niczym!
- Droga Lawendowy Płatku - mruknęła Kwiecisty Wiatr. - W tej Porze Nagich Drzew nie martwiłabym się tym, ilu wojowników umrze z głodu, zamarznie czy zachoruje. Martwiłabym się raczej tym, ilu z nich zabiją rany zadane przez innych wojowników.
- To prawda - mruknęła Fenkułowe Serce. - Krucza Gwiazda będzie gotów walczyć o rzekę, kiedy ptaki uciekną z lasu do siedlisk dwunożnych.
- O ile będzie o co walczyć - westchnęła Kwiecisty Wiatr. - Jeśli rzeka zamarznie nic nie pomoże Klanowi Nocy. Możliwe że Płomienna Gwiazda zdecyduje się walczyć o tereny Klanu Burzy.
- Podobne obawy mam w stosunku do Milczącej Gwiazdy - prychnął Gradowa Mordka. - Ona ma tendencję do zabijania niewinnych wojowników swoimi głupimi decyzjami. Martwimy się o swój klan. Wielka woda nie zamarznie, Fenkułowe Serce. Ale lasy opustoszeją.
- Nie czas teraz, aby martwić się przyszłością - powiedziała Lawendowy Płatek. - Omówimy to przy innej okazji. Teraz jednak skupmy się na tamtej dwójce. Oni z pewnością się już niecierpliwią!

<Różana Łapo? Burzowa Łapo? (tylko wy nie jesteście NPC)>

ODPIS WAŻNY TYLKO I WYŁĄCZNIE DZISIAJ!!!

20 listopada 2017

Od Gradowej Mordki

Wiatr od rana wiał mocno od zachodu, a ze szczytu wzgórza widać było wielkie fale uderzające o klify. Gradowa Mordka obserwował pogodę od rana z niepokojem, jednocześnie szykując się na nadchodzącą burzę. Po porannym patrolu nikt nie miał wychodzić z obozu na polowanie, aby ulewa i pioruny nie zastały go poza obozem.
Normalnie byłaby pora górowania słońca, ale chmury zasłaniały całe niebo. Właśnie wtedy wojownicy usłyszeli pierwsze grzmienie. Lamparcia Gwiazda zwołał cały klan i wszystkich dokładnie przeliczył. Nie brakowało nikogo i tak miało pozostać, aż do przejścia burzy.
Szybko zaczęła się ulewa. Niebo błyskało, a co raz głośniejsze grzmoty nie zwiastowały niczego dobrego. Gradowa Mordka poprawił jeszcze raz wał przeciwpowodziowy przed legowiskiem medyka i już miał wejść do środka, kiedy zauważył Kwiecisty Wiatr w wyjściu z obozu. Zaintrygowany jej zachowaniem szybko podbiegł do mentorki.
- Kwiecisty Wietrze, gdzie idziesz? - zapytał zdenerwowany. - Powinniśmy schować się w legowisku i przeczekać ulewę. Zmokniemy.
- Nie wiedziałam, że taki z ciebie Suchaołapy - zaśmiała się kotka wychodząc z obozu. - Boisz się deszczyku?
- Nie boję się. Po prostu kiedy futro mi moknie wyglądam beznadziejnie! - poskarżył się kocur.
- Jakby to coś zmieniało - zachichotała kotka. Gradowa Mordka oburzył się tym stwierdzeniem. - Mój drogi, idziemy wykonywać medyczny obowiązek.
- Jaki to obowiązek wymaga moknięcia? Pierwsze słyszę. No chyba, że idziemy nad rzekę zrywać zioła - prychał dalej.
- Idziemy obserwować Burzowe Drzewo - wyjawiła medyczka.
- Po co?
- No bo... Ech... Naprawdę nie mówiłam ci o Burzowym Drzewie? - spytała Kwiecisty Wiatr. Kocur pokręcił głową. - W każdą burzę wychodzę z obozu i obserwuję to drzewo. Królicza Skóra zauważyła, że piorun uderzył w drzewo w porze zielonych liści, a pora nagich drzew była bardzo mroźna. Sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy i Klan Gwiazdy to potwierdził... Gdy piorun uderza w Burzowe Drzewo, oznacza to, że pora nagich drzew będzie bardzo sroga.
- Dlaczego dopiero teraz mi o tym mówisz? To bardzo ważna informacja!
- Nie wiem. Lepiej późno niż nigdy.
Gradowa Mordka musiał się zadowolić tym argumentem, ponieważ dotarli już w miejsce, z którego doskonale było widoczne Burzowe Drzewo, a wielki głaz dawał schronienie przed ulewą. Usiedli więc i czekali.
Siedzieli tak w milczeniu przez bardzo długi czas. Gradowa Mordka po raz trzydziesty policzył językiem wszystkie swoje kły. Miał ich chyba trzydzieści, ale dla pewności zabrał się do liczenia jeszcze raz. Gdy liczenie zębów mu się przejadło zabrał się do liczenia kropli deszczu, spadających prosto na jego nos, ale kiedy nie nadążał zrezygnował na rzecz liczenia ździebeł trawy wokół jego łap.
Co chwila grzmiał piorun. Błyskawice uderzały w morze i raz nawet w drzewo na klifach. Jeden uderzył gdzieś za Drogą Grzmotu, inny po drugiej stronie rzeki. Nic nie zwiastowało jednak, że trafi w Burzowe Drzewo.
Korzystając z chwili ciszy Grad odezwał się do kotki.
- Jak tam twoja pchła? - zapytał zaczepnie.
- Chodzi o Dryfującą Łapę? Ma się całkiem dobrze - mruknęła kotka. - Będzie dobrym medykiem.
- Nadal uważam, że jesteś głupia. Jak mogłaś zgodzić się na uczenie kota z Klanu Nocy po tym wszystkim co nam zrobili?
- Lamparcia Gwiazda mówi, że Płomienna Gwiazda to nie Malinowa Gwiazda i teraz Klan Nocy jest zupełnie inny - oznajmiła szylkretka. - Podzielam tę opinię. Nie ma złych wojowników. To intencje liderów są niesłuszne.
- Nadal uważam, że jesteście głupi! - prychał dalej. - Kiedy nasz klan i Klan Nocy staną do walki wrogowie szybko wyzdrowieją i wrócą na pole bitwy, bo wyuczyliśmy im medyka!
- Jesteś okropny! Nie powinniśmy mieszać spraw medyków i wojowników. Nas obowiązuje inny kodeks. A on każe nam bronić nawet życia naszych najgorszych wrogów. - Kwiecisty Wiatr Wzięła głęboki wdech i odwróciła się do przyjaciela. - Gradowa Mordko, naszym zadaniem jest chronić życie wszystkich kotów, a nie wybranych. Gdyby Klan Nocy i Klan Burzy walczyły, a jeden z nich nie miałby medycka naszym obowiązkiem byłoby opatrywać także rany wrogów, niezależnie co o tym myśli klan czy przywódca.
- Łatwo ci mówić! Tobie Klan Nocy nie zabrał rodziny!
Nagle niedaleko pary uderzył piorun. Wystraszone koty odskoczyły i uciekły w tył, a gdy w chwilę później się uspokoili, odwrócili się i zobaczyli gałąź Burzowego Drzewa, naderwaną i dymiącą. Oboje się przerazili.
- To czarny dzień dla naszego lasu! - krzyknęła Kwiecisty Wiatr. - Głód i nędza! To będzie straszliwa pora nagich drzew!

Od Płonącego Grzbietu C.D Szepczącego Wiatru

- Czy to ONA, Płonący Grzbiecie? - zapytała ponownie. Zawsze zadawała za dużo pytań. Nie odpowiedział. Sama przecież sobie odpowiedziała. Nie dał żadnego znaku, że jest niespokojny. - To ona, tak? Tak, braciszku? Ta ze zgromadzenia?
- Skoro wiesz, to po jaką mysz się dopytujesz!- warknął kocur, zirytowany. Uznał, że nie ma sensu kłamać. Przynajmniej nie na razie.
- A więc jednak! - kotka wcale nie wydawała się dotknięta tą uwagą. - Czyżby znowu cię podrywała?
- Jakie "znowu podrywała"? To była tylko przyjacielska rozmowa, jedna z tych które mają prawo toczyć się na zebraniu. - mimowolnie przypomniał sobie swój pierwszy dzień szkolenia, kiedy mówił o kodeksie wojownika i słowa Pustułkowego Dziobu, który mówił o tym, że na zebraniach można zawierać przyjaźnie. A potem ujrzał w myślach uśmiechniętą Pręgowane Piórko, która z taką radością się z nim witała. A potem, już normalnie widział tylko oburzony pyszczek szylkretki.
- To nie była tylko przyjacielska rozmowa i dobrze o tym wiesz. Ona bezczelnie flirtowała z tobą, nawet gdy obok byłam ja i Biegnąca Łapa.
- To czemu ty i Biegnąca Łapa nie poszłyście sobie gdzieś indziej? - syknął. - Skoro tak strasznie wam przeszkadzało jej towarzystwo, to może byłoby dla was lepiej się oddalić?
- Bo musiałam cię pilnować! Skąd miałam wiedzieć czy nie postanowisz spełnić swojego postanowienia?
- Jakiego posta...
I wtedy sobie przypomniał. Miał porozmawiać z ojcem o ewentualnym przeniesieniu go do Klanu Nocy. Na jego masywny pysk wpełzł wyraz olśnienia.
- Zapomniałem! No przecież miałem złapać Płomienną Gwiazdę i z nim porozmawiać, ale przez ten raban z tą samotniczką zupełnie wypadło mi z głowy! - przelotna mina Szeptu wskazywała na wątpliwości, czy zapomniał tylko przez tę samotniczkę, ale zaraz pojawiła się typowa dla kotki wyraz wskazujący na kres jej wytrzymałości i smutek.
- Nie, proszę, nie próbuj nawet wznowić tego! - rudy westchnął. W pierwszym odruchu chciał to zrobić, ale uznał, że jeśli by go przyjęli i dowiedzieli się o spotkaniach z Burzowiczką, to nie mógłby liczyć na dobre traktowanie, nawet jeśli liderem byłby jego ojciec.
- Nie mam zamiaru. - odparł, a kotka jęknęła z ulgi.
- Niech Klanowi Gwiazdy będą dzięki.
- To co, wracamy? Chociaż nie, lepiej nie pokazać się bez zdobyczy w obozie. - rzekł zdawkowo. Kotka ruszyła za nim, ale nie przestała go męczyć w sprawie Pręgowanego Piórka.
- Czy możesz już przestać ględzić? Jak tak bardzo ci zależy to tak, spotkałem ją przypadkowo w trakcie polowania na granicy i chwilę rozmawialiśmy. Najpierw rzuciła się na mnie, chyba myślała że to jakiś obcy kot wtargnął na jej teren - wiesz, Klan Burzy i nasz nie mają ostatnio zbyt dobrych stosunków. Ale potem zobaczyła, że to ja i wyszło jak wyszło.
Och, jak zgrabnie się wywinął! Siostra nadal ma nietęgą minę, ale przynajmniej się nie odzywa. Bo i cóż ma zrobić? Skaże się na, ekhem, "wieczne potępienie" z jego strony. Spojrzał na nią kątem oka i ze zdziwieniem uznał, że jest bardzo ładna. Jeśli w klanie trafi się jakiś nowy kocur, to na pewno będzie wykazywał nią zainteresowanie. Ha, nie to co on. Żadna kotka w klanie nawet nie podeszłaby do niego. Pręgowane Piórko jest jedyna i pierwsza. Tylko ona jest warta jego ciepłych spojrzeń. Nawet jeśli jest z innego klanu.
Nagle przypomniał sobie lekcje z mentorem i swoje własne słowa: Zdrada klanu to działanie wbrew jego dobru, wiązanie się z kotem innego klanu i posiadanie z nim potomstwa.
Cholera, czemu tak utrudniliście mi życie, wielcy przodkowie?

<Szept? I co, a mówiłaś że napiszę za miesiąc >:C>

19 listopada 2017

Od Wierzby CD. Ostrego Kła

Wierzba uśmiechnęła się lekko i zamruczała ochryple.
- Nic mi nie będzie. - wymiauczała koteczka. Ostry Kieł spojrzał na nią zatroskany.
- Wierzba potrzebuje odpoczynku. - powiedziała Fenkułowe Serce.
- Czy Ostry Kieł może zostać? - Wierzba posłała medyczce błagalne spojrzenie.
- Nie - westchnęła Fenkułowe Serce. - Ostry Kieł może się zarazić.
- Ale... - zaczął wojownik.
- Proszę... - w legowisku rozległ się cichy i zachrypnięty głosik burej koteczki. Fenkułowe Serce ponownie westchnęła.
- Tylko na chwilę. - powiedziała i poszła do części legowiska w której składowała zioła. Ostry Kieł podbiegł do Wierzby i polizał ją po główce.
- Zarazisz się... - mruknęła koteczka niechętnie odsuwając się od kocura.
- Nie szkodzi. - miauknął Ostry Kieł. Wojownik położył się obok niej i objął ją ogonem. Wierzba uśmiechnęła się i zakaszlała, po czym położyła główkę na łapach Ostrego Kła. Kocur uśmiechnął się czule.
- Będziesz mnie odwiedzał? - wymruczała koteczka wlepiając swoje szmaragdowe ślepka w Ostrego Kła.
- Jasne. - wymiauczał. Zadowolona Wierzba wtuliła się w jego futro i zamruczała cichutko, zamykając oczy. Po chwili koteczka zasnęła przytulona do biało-płomiennego wojownika.

****

Z każdym dniem z Wierzbą było coraz gorzej. Bolały ją płuca od kaszlenia, nie odzywała się prawie w ogóle, nie chciała nic jeść, nie ruszała się z jej małego legowiska. Nie cieszyło ją prawie nic przez chorobę. Prawie, ponieważ była jedna malutka rzecz, która sprawiała jej radość. Koteczka uwielbiała, gdy Ostry Kieł przychodził do niej i opowiadał jej różne rzeczy. Co się działo na patrolu, co było na polowaniu. Nawet gdy Wierzba nie zadawała żadnych pytań, Ostry Kieł mówił nawet o najmniejszych szczególikach. Pewnego dnia Ostry Kieł przyniósł dla koteczki mysz i zaczął opowiadać, jak ją złapał.
- Zjedz coś Wierzbo - miauknął kocur. - Potrzebujesz siły.
- Ostry Kieł ma rację. - powiedziała Fenkułowe Serce. Wierzba odwróciła główkę i pokręciła główką.
- Nie chcę. - powiedziała zachrypniętym głosem. W pewnym momencie Wierzbie zaczęło się kręcić w głowie. Medyczka szybko przybiegła do koteczki, widząc, że młoda prawie mdleje.
- Gorączka jej wzrosła... Różano Łapo! - Wierzba usłyszała krzyk medyczki przy sobie. - Potrzebuję liści podbiału! Teraz!
- Już idę! - Różana Łapa pobiegła do ziół. Po chwili przybiegła z zielonymi liśćmi w pyszczku.
- Wierzbo, musisz to zjeść. - miauknęła szybko medyczka. Wierzba wzięła do pyszczka lekarstwo, lecz po chwili wypluła je z powodu napadu kaszlu. Gdy się uspokoiła, ponownie zaczęła żuć liście.
- Ostry Kle, możesz pójść po Pręgowany Grzbiet? - westchnęła czarno biała kotka, gdy upewniła się, że koteczka zjadła lekarstwo. - Muszę z nią porozmawiać.
- Dobrze. - miauknął Ostry Kieł. W jego głosie Wierzba usłyszała wielki niepokój. Nie rozumiała, o co wojownik się martwi. Po chwili przyszła mama Wierzby razem z rodzeństwem burej koteczki.
- Wierzba! Co się stało, Fenkułowe Serce? - królowa miała rozszerzone źrenice z przerażenia. Medyczka podeszła do karmicielki i usiadła obok niej.
- U Wierzby biały kaszel przechodzi w zielony, którego kociaki nie przeżywają. - miauknęła smutno kotka. - Boję się, że musimy przygotować się na najgorsze.
- Nie... - do oczu srebrnej karmicielki napłynęły łzy.
- Czy to znaczy, że Wierzba odejdzie do klanu Gwiazdy? - zapytał cicho Mech. To pytanie pozostało bez odpowiedzi. Pręgowany Grzbiet podbiegła do swojej jednej córki i zaczęła ją delikatnie lizać po główce, płacząc.

<Ostry Kle? Dalej ty coś tam myślaj, ale nie waż mi się umierać Wierzby. Ja się starałam napisać coś długiego i nie wiem, czy mi wyszło, ale coś tam jest xd>

Od Burzowej Łapy

Burzowa Łapa szła w kierunku legowiska Lawendowego Płatka, no tak cały czas zapominała, że teraz to po części także jej legowisko. Choć od mianowania jej na ucznia minęły dwa księżyce, ona nadal nie mogła uwierzyć w to, że to właśnie Lawendowy Płatek jest jej mentorką i że właśnie spełniają się jej marzenia o byciu medykiem. Gdy tak szła, wpatrywała się we własne łapy. Nagle wpadła na Różaną Łapę.
– Cześć. – Powiedziała i poszła dalej.
- Dokąd idziesz? A poza tym wypadałoby przeprosić za to, że na mnie wpadłaś. – Powiedziała poirytowana Różana Łapa, Patrząca nią z wyrzutem. Burzowa Łapa wiedziała, że Różana Łapa próbuje wymusić na niej przeprosiny, tak jak ona to potrafi.
- Och no tak przepraszam, a idę do legowiska Lawendowego Płatka. – Powiedziała z nutą rozbawienia, w głosie wiedząc, że dała się wrobić w przeprosiny. Gdy doszła do legowiska, zobaczyła jak
Lawendowy Płatek, układa nieznane jej zioła.
- Jak dobrze, że jesteś, właśnie miałam cię szukać. - Powiedziała Lawendowy Płatek.
- naprawdę? – Powiedziała zdziwiona.
- Tak, chciałam ci pokazać zioła, które powinnaś znać księżyc temu. - Powiedziała i zaczęła pokazywać jej zioła, które przed chwilą ułożyła.
***
Dobrze widzę, że pamiętasz już wszystkie zioła, które ci pokazałam, a teraz musisz mi nazbierać jagód jałowca, kocimiętkę oraz ziarna maku, Jeśli chcesz, wyśle z tobą Różaną Łapę, bo Borsuczy Goniec dała jej wolny dzień - Powiedziała.
- No Dobrze. – Burzowa Łapa Była zadowolona, że nie musi iść sama, ale pójście z Różaną Łapą to nie był najlepszy pomysł. Parę minut potem razem z Różaną Łapą znalazły się dość blisko granicy z klanem klifu.
- Jesteś pewna, że to, co przed chwilą minęłyśmy to niebyła kocimiętka? - Zapytała Różana Łapa.
- Tak ja wi… - Nie zdążyła dokończyć, gdyż przerwał jej rozpaczliwy wrzask przyjaciółki, Burzowa Łapa zobaczyła Różaną Łapę leżącą na pokrzywach, Co gorsze pokrzywy, w które wpadła, znajdowały się na terytorium klanu klifu, Lecz bez wahania zbiegła ze stromego zbocza, z którego spadła jej przyjaciółka.
Nic ci nie jest? – Powiedziała i zaczęła wyciągać Różaną Łapę z pokrzyw.
– Boli! - Jęczała.
- Przeżyjesz, to tylko pokrzywy mają właściwości lecznicze. Ja bym się bardziej przejęła, że przez twoją nieuwagę ktoś nas złapię. – Powiedziała wkurzona, ale pod koniec ściszyła głos, ponieważ zauważyła, że ktoś się zbliża, miała już uciekać, ale zobaczyła, że stoi nad nią wojownik klanu klifu.

<Byłoby ciekawie jakby ktoś z klanu klifu by je złapał >

Od Piaskowego Podmuchu

Dzień był upalny i duszny tak jak przystało na porę zielonych liści. Ja jednak czułam chłód i wielki egzystencjalny ból. Przeźroczyste łzy spływały po moich kremowych policzkach i białych wąsach. Byłam wtulona w biało-szare futerko siostry, która szeptała mi pocieszające słowa do ucha.
- Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. Nie przejmuj się. - szeptała.
- Nic nie będzie dobrze. Klan Gwiazdy pokarał mnie za to, że miałam kocięta. Do tego z kotem z klanu. - mruczałam zrozpaczona.
- To nie jest żadna kara.
- Jest. Inaczej Klan Gwiazd by mi ich nie odbierał.
Tak. Poroniłam dziś rano. Były to dwa cudne kocięta, ale niestety umarły i to z mojej winy.
- To nie kara. To znak.
- Jaki znak?
- Kocięta nie były gotowe, aby się urodzi, więc odeszły. Następne będą o wiele silniejsze.
- Jakie następne? - zaszlochałam głośniej - Nawet jeśli znów znajdę w ciążę, to szansa na to, że kocięta urodzą się jest nikła.
- Uspokój się. Będą, na pewno. Na razie powinnaś odpocząć. Nie myśl o tym. Idź spać.
Srebrzyste Piórko zaczęła mnie uspokajać, a po chwili oczy - piekące od łez - same się zamknęły, a ciało i dusza wyciszyły.
***
Wstałam pod koniec dnia. Wielkie słońce skłaniało się ku zachodowi dając upragniony chłód oraz nadając piękne barwy niebu i chmurom. Przed sobą zobaczyłam mysz, a mojej siostry nie było w norze pod wyciętym drzewem. Zabrałam się za mysz i po kilku chwilach leżały przede mną tylko małe kosteczki i kawałek futra. Musiałam powiedzieć Miętowemu Oddechowi o tym, co się stało, ale mogłam. Nie miałam jeszcze na tyle siły. Nagle przed legowiskiem usiadł motyl. Był taki... piękny. Jego czerwono-czarne skrzydełka trzepotały hipnotyzując mnie. Musiałam go złapać! Wysunęłam pazury i szykowałam się do skoku. Po chwili skoczyłam, ale motyl uciekł. Latał nade mną. Próbowałam dosięgnąć go łapą, ale on ciągle uciekał, więc go goniłam. Gdy miałam go już złapać, to wpadłam na kogoś. Gdy obróciłam głowę, poczułam piękny, miły zapach i zobaczyłam ognisto-rudą sierść oraz żółte jak słońce oczy. Uśmiechnęłam się do kota.
- Cześć. - powiedziałam z uśmiechem.
- Cześć. - odpowiedział kocur.
Potem lizną mnie po policzku, a ja go po brodzie.
- Jak się czujesz? - spytał mój partner.
- Ech... - wzdychnęłam ciężko, a mój uśmiech nagle zniknął.
- Co się stało?
Poczułam, jak napełnia mnie smutek i żal, a łzy mimowolnie napływają do oczu.
- Ja... ja... poroniłam. - powiedziałam cicho.
Partner najpierw zdziwiony, a potem również smutny przygarnął mnie do siebie, abym wtuliła się w jego miękkie futerko.

Miętowy Oddech?

18 listopada 2017

Od Zamieci

- Ej! - syknęła koteczka. - Zostaw mnie, mysi bobku!
Prychała i wierciła się, by Kaczeniec ją puścił. Znów sobie ubzdurał, że jest wojownikiem i próbuję ją atakować.
- Widzisz? Ja tu tyko będę wojownikiem - zaśmiał się. - Walcz!
Zamieć dokładnie nie wiedziała, gdzie podziała się jej matka. Kocię wreszcie z całych sił kopnęło i zrzuciło brata.
- Słaba jesteś... - zauważył.
- A ty głupi - syknęła.
- Nie podskakuj - warknął i odszedł swoim dziwacznym krokiem.
To już nie była zabawa, on się na nią rzucił z obnażonymi kłami i pazurami. Bała się powiedzieć Karmicielce. Tutaj nie zdał się nawet jej charakterek. Ona miała go po prostu dość!
I nagle w małym łebku uroił się pomysł...
Miała plan, by uciec z dala od obozu. Tak, by nikt jej nie znalazł. Niech Kaczeniec żałuje tego , co zrobił. Dostanie o mamy niezłe manto i wszyscy się będą o nią martwić.
Sprawdziła, czy nikt nie patrzy i wystrzeliła z obozu. Biegła na maksymalnej szybkości, by jak najprędzej znaleźć się daleko od żłobka.

/---------/

Zmęczona zamieć spacerowała powolnym krokiem. Był okropnie zmęczona, a łapy sprawiały wrażenie zaraz odpaść.
Wtem zakręciło jej się w głowie i upadła prosto pod czyjeś rude łapy.

<Ostry Kle?>

Pszczeli Miód urodziła!

Pianka

Pszczeli Miód urodziła jedną, urodziwą koteczkę!

Od Szepczącego Wiatru

Szepczący Wiatr wraz z jej uczennicą, Biegnącą Łapą wchodziły właśnie do obozu. Młoda koteczka robiła postępy w nauce, lecz wciąż brakowało jej naprawdę wiele. Ostatnio jednak trenowały częściej, dłużej i intensywniej, tak, że gdy wracały do obozu jadły, a potem od razu kładły się spać. Szepczący Wiatr robiła tak jednak celowo i w dobrej wierze. Niedawno zmarła jej młodsza siostra, Promienna Łapa. Wiedziała, że Biegnąca Łapa strasznie rozpaczała nad jej śmiercią, dotknęło ją to jeszcze bardziej niż Szepczący Wiatr. Nie chciała patrzeć jak jej uczennica zamartwia się i pogrąża w przykrych myślach, starała się więc zagospodarować jej ten czas i poświęcić go na coś innego niż rozpacz po utracie siostry. Na nią samą również to działało, nie miała więc czasu rozmyślać zbyt wiele o otaczających ją problemach.
Kątem oka zauważyła Borsuczego Gońcę ze spuszczoną głową i nisko położonym ogonem wchodzącego do legowiska wojowników. On najwyraźniej nie myślał w ten sam sposób co ona, a przez głęboką rozpacz jaka go dopadła i z której nie potrafił się wydostać stał się teraz cieniem samego siebie. Kotce było go bardzo żal. Czasami, po skończonym treningu z Biegnącą Łapą przychodziła do niego i próbowała jakkolwiek go pocieszyć, sprawić, by chociaż na chwilę pomyślał o czymś innym.
Kolejną kwestią był Płonący Grzbiet. Ten również był ostatnio bardziej przygnębiony niż zazwyczaj, Szepczący Wiatr jednak wiedziała, że jest to raczej skutek innych spraw niż śmierć młodszej siostry z którą i tak nigdy nie nawiązywał bliższego kontaktu. I choćby nie wiadomo jak mocno by się upierał, że to właśnie to tak mocno go dotknęło, kotka wiedziała, że jest to jedynie wygodne usprawiedliwienie.
Zależało jej teraz na ich kontaktach jak nigdy dotąd. Rzeczą, której teraz pragnęła najbardziej na świecie było to, by jej wybaczył i zaufał. Cokolwiek jednak nie robiła, wciąż zwracał się do niej chłodno i wydawało się jej, że wręcz unika jak tylko może jej towarzystwa. Już sama zaczynała spostrzegać, że zachowuje się nadto nachalnie. Co jednak ma robić? Próbuje z nim jedynie rozmawiać, być przy nim! Co musi zrobić, by ten zdołał jej wybaczyć? Czy kiedykolwiek nadejdzie ten czas?
Dziś skończyły trening wcześniej, Szepczący Wiatr bowiem uznała, że w końcu musi dać Biegnącej Łapie trochę wolnego, by jej zbytnio nie przemęczyć. Sama za to ten wolny czas chciała spędzić z Płonącym Grzbietem, z rozczarowaniem jednak zauważyła, żeżwjej brata nigdzie nie widać. Poszła więc do legowiska wojowników z nadzieją, że może tam siedzi, ukrywając się przed wilgocią, która jeszcze pozostała z wczorajszego deszczu. Nie ujrzała tam jednak jego rudego futra, był za to Borsuczy Goniec, kocur jednak spał, lub jedynie udawał, że śpi, a kotka nie chcąc mu przeszkadzać, wyszła. Zrezygnowana podeszła do stosu ze zwierzyną, wzięła z góry nornicę i usiadła, by w spokoju ją poskubać.
Gdy jadła, obok niej przeszła Zroszony Nos, za którą podążał jej dawny mentor, Srebrny Deszcz. W pewnym momencie dogonił ją i oboje zaczęli prowadzić jakąś ożywioną dyskusję. Szepczący Wiatr za to zaśmiała się pod nosem. Już z daleka było widać, że oboje są ze sobą mocno związani i w głębi duszy już cicho im kibicowała.
Gdy skończyła jeść zakopała kości, w myślach podziękowała Klanowi Gwiazdy za posiłek i rozglądnęła się po obozie. Po chwili jednak westchnęła i skierowała się ku wyjściu. O dziwo nie była ani trochę zmęczona, postanowiła więc, że się na coś przyda i trochę popoluje.
Wszędobylskie błoto utrudniało łatwe i bezszelestne poruszanie się, jednak dla Szepczącego Wiatru wydawało się być jedynie drobnym utrudnieniem. Cieszyła się za to, że nie ma już deszczu, nie znosiła go głównie przez swoje puchate futerko, które bardzo łatwo przemakało, a podczas deszczu stawało się wręcz ciężkie od wody.
Już po chwili w powietrzu wyczuła zapach nornicy. Zadowolona namierzyła zwierza i już skradała się w jego kierunku, gdy do jej nozdrzy doleciał inny, ledwo wyczuwalny zapach. Od razu wyprostowała się i znów powęszyła, a chcąc się upewnić przeszła jeszcze kilka kroków.
Tak, to zdecydowanie on, pomyślała uśmiechając się pod nosem, że wytropiła Płonący Grzbiet. Zapach był bardzo świeży, musiał więc przejść tędy dosłownie przed chwilą. Szła pewnie przed siebie, gotowa w każdej chwili zobaczyć jego rude futerko. A gdy w końcu je zauważyła od razu zawołała go i podbiegła.
- Płonący Grzbiecie! - kocur wzdrygnął się i gwałtownie odwrócił w jej stronę. Szepczący Wiatr, gdy znalazła się już obok niego, przechyliła zdziwiona łepek. - Co jest, przestraszyłeś się mnie?
- Jak tak nagle wyskakujesz z krzykiem z krzaków to się nie dziw. - Cofnął się i oglądnął.
Wojowniczka uniosła jedną brew. Płonący Grzbiet był ewidentnie czymś zdecydowany, znała go na tyle, by umieć przejrzeć jego maskę i mieć tego pewność. Obawiał się czegoś? Stało się coś czego nie przewidział? Od razu posmutniała. Pewnie po prostu nie chciał jej spotkać...
- Polujesz? To z chęcią popoluję z tobą. - miauknęła po czym podeszła by się o niego otrzeć. Płonący Grzbiet zrobił jednak krok do tyłu, a na pysku Szepczącego Wiatru pojawiła się jeszcze bardziej zdziwiona mina. - O co chodzi? Przecież cię nie ugryzę!
To zapewnienie jednak najwidoczniej go nie rozluźniło. Kotka nie czekając na jego odpowiedź zrobiła krok do przodu i wtuliła się w jego futro nim ten zdążył się odsunąć. I wtem wyczuła u niego obcy, nieprzyjazny zapach Klanu Burzy. Zesztywniała, a Płonący Grzbiet rozumiejąc, że to zauważyła od razu odskoczył, jednak kotka zdążyła ujrzeć błysk w jego ślepiach, nim ten zakrył je maską.
- Dlaczego cuchniesz kotem Klanu Burzy? - miauknęła, a gdy od razu nasunęła się jej odpowiedź przestraszyła się. - Ktoś cię zaatakował? Nie jesteś ranny? - jego futro było jednak idealnie czyste, nie było na nim nawet najmniejszego zadrapania. Sam kocur widać było, że chciał coś powiedzieć, przerwać te pytania jego siostry, ta jednak, jak zwykle, nie pozwoliła mu dojść do słowa, tylko sama odpowiadała sobie na pytania. - Całe szczęście! Kto to był? - zdziwiła się uświadamiając sobie szczegóły zapachu kota. - Młoda kotka? - chciała przypomnieć sobie wszystkie młode burzowiczki, lecz przed oczami natychmiast ujrzała szarą, pręgowaną koteczkę, która wręcz łasiła się do Płonącego Grzbietu na zgromadzeniu. - Pręgowane Piórko?
Pysk kocura pozostał bez zmian, kotka jednak nie spuszczała wzroku z jego ślepi. Płonący Grzbiet umilkł, co ją zaniepokoiło. Nie zaprzeczał. Sprawiło to, że zaczęła nabierać podejrzeń i to wcale nie nieuzasadnionych. Przecież ta kotka bez żadnych ogródek podrywała go na zebraniu i to jeszcze tuż obok niej i Biegnącej Łapy!

<Płonący?>

Od Lamparciej Gwiazdy C.D. Rdzawej Łapy

- Nigdy by się tak nie stało - powiedział Lamparcia Gwiazda. - Takich oczu jak twoje nigdy nie umiałbym zapomnieć. Zawsze żarzył się w nich ogień. Są inne niż oczy wszystkich wojowników. Jedni mają je po prostu żółte, ale są tacy, których oczy lśnią niczym promienie słońca o jego zachodzie, lub jak ogień gasnący po pożarze. Tacy jak ty. O spojrzeniu wzbudzającym lęk, a jednocześnie tak uspokajającym...
Rdzawa Łapa jeszcze raz spojrzała na niego. Choć piękne, żółte oczy pokryte były łzami, i tak zgodne były z opisem kocura.
Lamparcia Gwiazda zachwycał się ich widokiem. Naprawdę te oczy były wyjątkowe.
- Naprawdę myślisz, że mam takie oczy? - zapytała kotka pociągając nosem.
- Nie ośmieliłbym się ciebie już więcej okłamywać - powiedział z uśmiechem. - Nie chcę stracić tych twoich oczu. Moje dzieci pewnie by takich nie miały. Pewnie byłyby niebieskie, jak moje.
- Skończ już - powiedziała kotka na wpół zła, na wpół rozbawiona. - Ja... Ja idę. Przepraszam...
Gdy to powiedziała odwróciła się i wyszła. Tak po prostu zostawiła go samego. Ale nie zatrzymywał jej. Nie miał do tego prawa. Jeżeli nie chciała zostać z Klanem Burzy, on nie ma prawa jej zatrzymać. Kochał ją i z tego powodu nie mógł tego zrobić. Zależało mu nie jej szczęściu, a skoro nie ma go tutaj... Niech poszuka go gdzie indziej.
Lamparcia Gwiazda znów się położył. Był zgnębiony, ale tym razem nie płakał. Po prostu leżał.
- Ona wyszła Lamparcia Gwiazdo... - usłyszał nagle głos Mysiego Nosa. - Czy wszystko w porządku?
- Tak - powiedział cicho.
- Bracie...
- Chciałbym, żeby została, ale to niemożliwe - powiedział kocur. - To wszystko przez Milczącą Gwiazdę! Nie! Przepraszam! To wina tamtej trójki, którą niepotrzebnie uwięziłem! To oni powiedzieli Rdzawej Łapie, jaka jest prawda! Gdyby tego nie zrobili...
- Nienawidzę podważać twoich decyzji - zaczęła Mysi Nos. - Ale postaw się na chwilę w miejscu Milczącej Gwiazdy i jej rodziny.
- Milcząca Gwiazda nie kocha swoich dzieci - prychnął lider. - Gdyby je kochała szukałaby Rdzawej, lub przynajmniej nie próbowała jej sprzedać.
- Więc postaw się w miejscu Borsuczego Gońca.
- Zachował się tak samo. Nieodpowiedzialny ojciec... Dzieciak wręcz! Musiał być świeżo po ukończeniu treningu, kiedy Milcząca Gwiazda...
Lamparcia Gwiazda zawiesił głos, i jakby się zamyślił. Zaskoczona kotka podbiegła do niego bliżej.
- Lamparcia Gwiazdo? - zapytała zaniepokojona kotka.
- Siostrzyczko, czy pamiętasz może jaki kolor oczu ma zastępca Milczącej Gwiazdy? - zapytał.
- Wydaje mi się, że niebieskie - powiedziała kotka. - Ale co to ma do rzeczy?
- A to, że Milcząca Gwiazda też ma niebieskie - oznajmił kocur. - I Rdzawa jest do nich zupełnie niepodobna.
- Jak tak teraz o tym myślę, to rzeczywiście, masz sporo racji - przyznała.
- To znaczy, że nas oszukano. Że Klan Wilka nas oszukał!
- Nie, to niemożliwe. Weź pod uwagę ich zachowanie. Byli naprawdę święcie przekonani, że Rdzawa Łapa jest córką Milczącej Gwiazdy. Nawet pyszczki mają kształtem podobne... No i bardzo przypomina też swoje rodzeństwo. Przyglądałam się im. Ją i jej siostrę różni jedynie kolor sierści.
- Niech będzie. Zatem mam z tego prosty wniosek. Milcząca Gwiazda oszukała nas w sprawie ojca jej dzieci.
- I co z tego?
- To znaczy, że miała jakiś powód, by nas oszukać, nie rozumiesz?
- No dobra. Może i miała. I co z tego?
- Kiedy matka ukrywa tożsamość ojca swoich dzieci?
- Zazwyczaj, kiedy jest on z innego klanu - powiedziała bez namysłu Mysi Nos, ale po chwili dodała: - Albo kiedy żałuje, że to z tym kocurem, a nie innym je miała. Ale to bez sensu!
- Rdzawa Łapa ma żółte oczy. Jej ojciec też musi mieć żółte oczy. Tylko że w Klanie Wilka nie ma żółtookich kocurów od wielu, wielu księżyców! Co więcej oczy Rdzawej są takie specyficzne... Mam wrażenie, że widziałem jej już u innego kota...
Oboje zwiesili się w zamyśleniu. Nagle Mysi Nos się zaśmiała. Jej brat od razu się na nią obejrzał.
- Nie, to nic specjalnego - powiedziała kotka. - Po prostu przypomniałam sobie, jak podczas obserwowania więźniów zauważyłam, jak podobny jest syn Milczącej Gwiazdy do Płomiennej Gwiazdy, ale to raczej taka luźna myśl. Przecież Rdzawa jest starsza od moich dzieci, a one urodziły się jeszcze kiedy Malinowa Gwiazda żyła.
- Przez chwilę chciałem ci przyznać racje, ale Płomienna Gwiazda nie jest z tych, którzy zdradzają swój klan i partnerkę. To prawy wojownik.
Choć powiedział, co powiedział w głowie nadal nakładał na siebie obraz oczu Płomiennej Gwiazdy i Rdzawej Łapy, na siłę wmawiając sobie, że to podobieństwo to tylko przypadek.


Od Ostrego Kła CD Wierzby

Ostry Kieł przyciągnął się i ziewnął, nie rozwarł jednak pyszczka na całą wysokość, idąc za poleceniami Fenkułowego Serca i nie chcąc przypadkiem otworzyć już dobrze gojącej się rany. Gdy wyszedł z legowiska wojowników od razu powitał go blask słońca wychylającego się zza licznych ostatnio chmur. Ptaki śpiewały piękne pieśni, a falujące na wietrze drzewa, szum liści i obijających się niżej o klify fal zdawały się wręcz zapraszać do wyjścia z obozu i zagłębienia się w terenach, by skosztować krwi tych zbyt ośmielonych rozpoczynającą się Porą Zielonych Liści ptaków. Ostry Kieł wiedział jednak, że nim uda się na polowanie musi jeszcze zaglądnąć do legowiska medyków, gdyż Fenkułowe Serce kazała mu jeszcze raz przyjść, by sprawdzić jak goi się jego rana. I choć zapewniała go, że to już ostatnia taka kontrola, czuł wyraźną niechęć, by znowu tam iść, zamiast po prostu wyjść z obozu.
Słuchał jednak poleceń medyczki, wiedział bowiem, że ta zna się na swoim fachu jak nikt inny. Szybko ruszył więc do legowiska medyków, chcąc załatwić to jak najszybciej.
- Witaj, Ostry Kle - gdy tylko usłyszał młody, zachrypnięty głos koteczki, która chwilę później zakaszlała. I wtem chęć szybkiego opuszczenia tego legowiska zniknęła, a wojownik momentalnie zapomniał o pięknej pogodzie i wręcz wzywającym go lesie.
- Wierzba! - wymiauczał, po czym spojrzał na Fenkułowe Serce. - Co się stało?
- Biały kaszel. Raczej nie jest groźny, Wierzba jest jednak jeszcze małym kocięciem... Ale nie martw się na zapas, leczone rzadko przeobraża się to w bardzo groźny dla kociąt zielony kaszel.
Jednak te słowa, które miały pocieszyć Ostrego Kła zmartwiły go jeszcze bardziej.

<Wierzb, napisz coś długiego, chyba że znów chcesz długo czekać na odpis>

Od Strzyżykowej Łapy

Terminator powracał z polowania. Niestety, przyniósł w pysku dokładnie dwie myszy i nic więcej. Czuł się, jakby ktoś brutalnie skrzywdził jego honor. On, jeden z większych kocurów w Klanie Klifu przyniósł tylko marne dwa gryzonie! Wbił pazury w glebę pod sobą, starając się nie wrzasnąć z gniewu. Dyszał wściekle, a jego ciężkie kroki rozbrzmiewały echem wśród klifów. Nie chciał, aby ktokolwiek widział go w takim stanie, ale przecież musi wrócić do obozu.
Nie było go kilka dobrych godzin, chociaż w pysku trzymał tylko dwójkę gryzoni. Napiął mięśnie, przypominając sobie jak tarzał się w błocie, aby złapać tą cholerną sójkę. Ledwo co ją złapał, a ona natychmiast wyfrunęła mu z łap. Natomiast on, nadal myśląc, iż trzyma ją w paszczęce, turlał się po glebie. Wyglądało to tak żenująco, iż gdyby potrafił się rumienić, spaliłby największego buraka w całym klanie. Kopnął kamyk, który stanął mu na ścieżce, ale poczuł tępy ból w poduszce łapy; gdy ją uniósł, zobaczyła, iż znajduje się tam jakaś drzazga. Warknął coś pod nosem, utykając lekko. Musiał już wracać. Najwyżej będą się z niego wyśmiewać.
Uniósł ku górze wielki łeb, gdy wchodził do obozu. Niektóre koty wysunęły głowy ze szczelin, aczkolwiek natychmiast powróciły, jakby nie obchodziła ich obecność ucznia. Natomiast inni uśmiechnęli się do terminatora, znając go z widzenia. Odetchnął ciężko. Na razie jest spokojnie i miał nadzieję, iż tak pozostanie.
Nonszalanckim ruchem rzucił dwie myszy na stosik, sam biorąc z niego zająca. Musiał dużo jeść, aby być potężnym wojownikiem jak jego ojciec. Zawsze to sobie powtarzał, czasem brał dwie porcje, gdy nikt nie widział. Wiedział, że to niezgodne z Kodeksem Wojownika, ale trzeba ryzykować. Inaczej umrze z głodu i stracą potencjalny materiał na dobrego wojownika. Zauważył Trzepoczącą Ćmę rozmawiającą z jego mentorką, więc postanowił poprosić, czy mógłby się dołączyć.
- Witaj, Strzyżykowa Łapo! - wesoły głosik szylkretki doszedł do uszu ucznia, które postawił do góry.
- Witaj, mentorko i witaj, Trzepocząca Ćmo - wymruczał ciepło kocur - Mógłbym się do was przysiąść? Zaraz przyniosę wam coś do jedzenia.
Dwie kotki skinęły mu łebkami na zgodę, a gdy odszedł, usłyszał jeszcze słowa koteczki o bursztynowych oczach.
- To twój uczeń? Świetny jest!
Strzyżykowa Łapa poczuł, jak rozpiera go duma. Nigdy nie słyszał pochwały od kogoś innego, niż jego nauczycielka. Napełniony radością jeszcze raz podszedł do stosu, biorąc z niego dwie myszki, prawdopodobnie te, które upolował. Potem wrócił do kotek, delikatnie kładąc przy nich gryzonie. Puścił im przyjaźnie oko.
- Więc, o czym rozmawiałyście? - spytał, rozpoczynając jedzenie swego królika.
- Och, o wszystkim i o niczym - mruknęła Trzepocząca Ćma, uśmiechając się.
Zabluszczone Futerko trąciła ją nosem.
- O mianowaniu twojego brata, Strzyżyku - wyjaśniła szybko, wgryzając się w mysz.
Uczeń napiął mięśnie i zmarszczył brwi, co nie uszło uwadze kotek. Trzepocząca Ćma rzuciła mu pytające spojrzenie.
- Coś się stało? - miauknęła przyjaźnie, nie przestając się uśmiechać.
- Nic, przepraszam, ale muszę się przejść do medyka - wyjaśnił kot, czując, jak kołuje mu się we łbie.
Zabluszczone Futerko krzyknęła coś jeszcze, ale kocur słyszał tylko szum krwi w uszach. Wzrok zaczął mu się rozmazywać, po czym pulsujący ból ustał, a ostrość widzenia powróciła. Nie zorientował się, że właśnie wpadł na Ostrego Kła.
- O! - parsknął zdezorientowany kocur, patrząc na brata - Cześć, Strzyżykowa Łapo. Uważaj trochę jak stawiasz kroki, obok mnie idzie Wierzba i mógłbyś ją zdeptać.
Zapewne ostatnie zdanie miało być zabawne, jednak pysk kocura nadal miał wyraz czystego spokoju. Terminator uśmiechnął się przepraszająco, a następnie podążył wzrokiem w dół. Wtedy zobaczył Wierzbę; ciągle gdzieś chodził z tą kotką. Wydawało mu się to czasem wyjątkowo niesmaczne i podejrzane, aczkolwiek nigdy nie głowił się nad tym długo. Po prostu to ignorował.
- Hej, bracie - zmrużył różnokolorowe oczy w szparki, a końcówka jego ogona lekko drgała - i Wierzbo. Gdzieś się wybieracie? Ostatnio wszędzie gdzieś chodzicie!
Rzecz jasna, ostatnie słowa wypowiedział ze śmiechem. Jednak wewnątrz duszy pałał wścibskością co do relacji ich dwójki.

<< Ostry Kle? >>

Od Milczącej Gwiazdy C.D Płonącemu Grzbietowi

Był dokładną kopią swego ojca.
Nawet wzór pręg był na oko taki sam, płomienno-ruda sierść świeciła w porannych promieniach słońca. Wyglądała niczym prawdziwy ogień, a żółte ślepia wpatrywały się w swoją rodzicielkę. Nagle ujrzała przed sobą tego małego, poważnego kociaka. Przez kilka uderzeń serca wyglądał, jakby naprawdę nim był. Czyżby cofnęła się w czasie czy może jednak nadal nim był?
A może postradała zmysły?
- Miałeś prawo, synu - przyznała mu rację, ugniatając mchowe leże pod swoimi łapami - Nie byłam dobrą matką. Zajmowałam się tylko i wyłącznie Klanem Wilka, opuściłam was w najwcześniejszych dniach waszego życia. Moja przyjaciółka, Liliowa Łodyga, mogła uchodzić za waszą prawdziwą matkę. Jak byłam dla was odległym punktem, mogłam być bardziej wzorem do naśladowania, celem który był trudny do osiągnięcia. Nigdy nie obdarzyłam was miłością, a przez to straciłam i was i Rdzawą!
Wtedy niebieskawa kocica nie wytrzymała, a z jej oczu popłynęły łzy. Zmoczyły jej futerko, a ona sama położyła się na legowisku, po czym zakryła przednimi łapami ślepia. Ostatnio płakała, gdy zaginęła Rdzawa Łapa, a to było wiele księżyców temu. Wyglądała na bezbronną i bezsilną.
Syn liderki stał jak wryty, natomiast jego żółte oczy uważnie omiotły matkę. Nie potrafił ani nic powiedzieć, ani się poruszyć. Następnie, zakłopotany, podszedł do kotki. Przysiadł przy niej, dotknął nosem jej barku i zaczął szeptać:
- Przestań, matko - jego głos był łagodny i brzmiał niczym balsam na skrzywdzone serce - Fakt faktem, ale nigdy nie byłem na to aż taki zły. Już dobrze, przestań płakać. Nic się takiego nie dzieje...
Jego niezdarne pocieszanie wpłynęło na zachowanie kocicy. Podniosła niewielki łebek, nerwowo wsuwając i wysuwając pazury. W jej krystalicznie niebieskich ślepiach błyszczały łzy, które ciągle spływały po jej polikach, klatce piersiowej czy też szyi. Nie chciała robić wkoło siebie szumu, ale pod tą twardą pokrywą była niezwykle wrażliwą koteczką. Zmrużyła oczy w szparki, oddychając już spokojniej.
- Dziękuje, już lepiej - mruknęła bardziej mentorskim tonem, wstając. Natychmiastowo przyjęła kamienną maskę na pysk - Przepraszam za ten mój wybuch. Doprawdy, nie wiem co mi się stało... Widocznie czasem również muszę się poskarżyć.
Płonący Grzbiet niepewnie kiwnął jej łbem, również przyjmując postawę siedzącą. Wyprostował się, a dopiero teraz zobaczyła na jakiego masywnego i potężnego kocura wyrósł. Nie chciała go stracić, chociaż zawsze poświęcała mu mniej czasu. A tak bardzo chciała mieć syna! Natomiast go zaniedbała i prawdopodobnie odejdzie. Zostawi ją. Tak jak ona kiedyś jego.
- Mogę już iść? - głos jej syna rozległ się echem po legowisku, brzmiał poważnie, chociaż słyszała w nim nutę niepewności.
- Wolałabym wybrać się z tobą na polowanie, aczkolwiek jeśli nie masz ochoty, uszanuję to - miauknęła zakłopotana.
Wojownik skinął łbem na zgodę.
- Czemu nie, i tak miałem iść - odparł trochę obojętnie, chociaż w jego oczach błysnęła ciekawość.
Milcząca Gwiazda wstała z ciężkim westchnięciem, po czym kiwnęła głową w stronę syna. Następnie wyszli przez wejście, a w ich ślepia błysnęły promienie słońca. Automatycznie zmrużyła oczy, witając przechodzącego Łososiowego Pyska. Słyszała, że doczekał się kolejnego potomstwa z Liliową Łodygą.
- Witaj, Łososiowy Pysku - powiedziała przyjaźnie, liżąc po barku wojownika - Czyżbyś spodziewał się młodych?
- Owszem, Milcząca Gwiazdo - odpowiedział jej kocur, cały rozpromieniony. Skinieniem łba powitał również jej syna, stojącego obok - To cudowne! Nie spodziewałem się tego, ale jak widać... będę ojcem!
Słysząc szczęście w głosie wojownika, nie mogła powstrzymać się od radosnego pomruku. Kocięta to wspaniały znak dla klanu, a zwłaszcza dlatego, iż rodzi jej ukochana przyjaciółka. Po polowaniu z synem na pewno ją odwiedzi.
Pożegnała się w z wojownikiem, ruszając dziarskim krokiem przez tunel z kolcolistu. Przez bark usłyszała powątpiewające słowa jej syna.
- Nie idziesz do Liliowej Łodygi, matko? - podniósł ku górze lewą brew, a jego mięśnie wyraźnie napięły się pod sierścią.
- Potem. Obiecałam nam wspólne polowanie, więc na nie idziemy - odparowała, z dumnie uniesionym ogonem.
Kąciki warg Płonącego Grzbietu uniosły się w niepewnym uśmiechu. Wkrótce zniknęli wśród rozłożystych krzewów, poplątanych gałęzi i wysokich drzew.


Polowanie zajęło im dobre kilka godzin, które spędzili na krótkich rozmowach, wymianie spojrzeń czy też pochwał. Milcząca Gwiazda dawno tak dobrze się nie bawiła. Jednak jeszcze jedna chmura gradowa wisiała nad kotką; śmierć Promiennej Łapy oraz złość Borsuczego Gońcy. Ciągłe kłótnie z partnerem ją dobijały, co musiał zauważyć rudo-pręgowany kocur.
- Coś cię trapi? - na kilka uderzeń serca przeszedł na ty, aczkolwiek kocicy to nie przeszkadzało.
- Moje ciągłe kłótnie z moim partnerem - na słowo "partner", Płonący Grzbiet nastroszył futro, ale Milcząca Gwiazda tego nie zauważyła - boję się, że ten związek nie przetrwa. Nawet nie wiem, za co on się pogniewał.
Kotka wyglądała na naprawdę przybitą, ale również nie oczekiwała żadnego pocieszenia ze strony wojownika. Właśnie szli w stronę większości zakopanych zdobyczy, więc mieli trochę czasu na rozmowę.

<< Płonący Grzbiecie? >>

Poznaj lepiej naszą historię

CZWÓRKA WYBRANYCH