20 lutego 2018

Od Nocki

Kotka leżała w objęciach matki, koło niej leżał jeszcze śpiący Borsuczek. Czułam się tak dobrze, że nie chciałam wstawać, normalnie... Nie miałam siły. Po krótkim... Znaczy długim czasie, Borsuczek od razu wstał na nogi i zaczął mnie szturchać, abym się z nim pobawiła, ale ja tylko przewróciłam się na drugą stronę i mruknęłam pod nosem "Chcę spać...". Braciszek wciąż domagał się zabawy, aż w końcu pacnęłam go w mordkę, aby był cicho, wtedy wstałam i skoczyłam na rozkojarzonego kocurka i przygwoździłam go do ziemi. Aż do kociarni weszła, nie kto inny jak babcia. Od razu podlecieliśmy do kochanej Milczącej Gwiazdy.
- Czesc Babciu! - miaukneliśmy
- Witajcie słoneczka - rzuciła im miły uśmiech, opowiedzieć wam coś?
- Tak! Tak! Tak! - miauczeliśmy radośnie,
Babcia spojrzała się na mamę, która kiwnęła głową.
- No więc tak... - zaczęła - opowiem wam jak Borsuczy Goniec, uczył pewną terminatorkę...,
Patrzyliśmy na babcię z błyskiem w oczach.

****************************

- Wtedy borsuczy Gońca wyskoczył na małego, zaskoczonego terminatora i... - urwała, robiąc brutalną pauzę.
Wpatrywaliśmy się w nią jak w obrazek. Babcia uśmiechnęła się szeroko, widząc jak się tym interesujemy. Jednak nagle wewnątrz żłobka znalazł się cień.
- Na dzisiaj koniec - miauknęła, podnosząc się z legowiska na środku kociarni. Zaczęliśmy gryźć babcię w łapki,
- Babciu, prosimy! - jęczał Borsuczek robić slalomy pomiędzy długimi nogami babci.
- Dokończ, dokończ, dokończ! - piszczałam starając się złapać jej długi ogon.
- Zostawcie już babcię, odwiedzi was jutro, kochane - zamruczała, przyciągając do siebie Borsuczka i liżąc go staranie po poliku. O nie! Porwała go! To znaczy, że mnie też zaraz złapie!.
- Ale ja chcę babcię! - wrzasnął próbując uciec z objęć mamy.
Podeszłam do mamy, szurając smętnie łapkami o ziemię, usiadłam koło niej i dotknęłam jej czekoladowego futra noskiem. Mama liznęła mnie w czoło i zamamrotała nie wyraźnie "Nie martwcie się, czas szybko zleci",
- Żegnajcię - miauknęła liderka
- Papa babciu - zamruczeliśmy ze smutkiem. Babcia dotknęła końcówką ogona policha mamy, a ona nie ruszyła się, nawet nie zadrgała!. Kręciłam się po kociarni w kółko, aż podeszłam do Borsuczka
- Jak myslisz? Co siem dalej stanie? - uśmiechnęłam się
- Pewnie plzygwozdzi ją do ziemi! - prychnął śmiechem
- O tak? - spytałam się kocurka i skoczyłam na niego.
Niestety, plan się nie udał, bo kocurek przygwoździł ją, a nie ja go.
- Ha! I kto jest silniejszy! - posłał mi ciepły uśmiech schodząc ze mnie
- Kiedyś cię pokonam - uśmiechnęłam się ocierając o brata.
Nie mogła bym pogodzić się z tym jakby mój brat odszedł, byłoby to okrucieństwo!. Jak uważała mama, czas szybko minął i była to prawda, z błyskiem w oczach wyczekiwaliśmy Milczącej Gwiazdy.

Milczka? :>

Nie zmieniaj narracji. Pierwsze zdanie masz w 3. os., a reszt w 1.

Od Wisienki C.D Rudzika

Usłyszałam jak Krogulec przyznaje się do tego, że to jego wina, po tym, co widziałam i słyszałam, już wiedziałam, że Krogulec jest typem kota, który, „spija całą śmietankę”, a jeśli pojawi sięproblem to robi wszystko, by przestawić siebie, w jak najlepszym świetle.
***
Od czasu tej pamiętnej bójki minęło parę tygodni. Wszystko zdawało się wrócić do normy, Krogulec nadal się przechwalał, a tak poza tym z jego łapą było lepiej, ale to nie jedyna zmiana, poprawiłam również swoją wymowę. Sepleniłam już dużo mniej. Znów leżałam na kupce miękkiego mchu, Jagódka wyszła na polowanie. Nagle coś w moim lewym oku się zamgliło, w tej samej chwili Krogulec skoczył na mnie od lewej strony i nie dość, że się tego nie spodziewałam, to jeszcze na kilka uderzeń serca, lewym okiem, widziałam wszystko, jak przez mgłę. Krogulec z łatwością powalił mnie na ziemie.
- Joż nie jesteś taka supel co? – Powiedział szyderczo. Ja zaraz potem odepchnęłam go od siebie, tylnymi łapkami raniąc go w brzuch, on tak jak i ja nie zamierzał odpuszczać. Skoczył na mnie, raniąc mnie w łapę, nagle do legowiska weszła jagódka. Przez kilka uderzeń serca stała jak wryta widząc swoje maleństwa całe we krwi. Szybko złapała nas, za kari, a potem zaniosła do niezadowolonej Trujący Bluszcz. Gdy owinęła nasze rany pajęczynami, Jagódka podeszła do nas.
- Kto zaczął? – Zapytała, próbując zachować spokój, ale marnie jej to wyszło.
- To on/a – Powiedzieliśmy chórem, ja i Krogulec.
- Kora, Rudzik? Jak to się zaczęło? – Zapytała mojego rodzeństwa, które chyba uważała za bardziej godne zaufania.
<Rudzik?>

Staraj się nie robić tylu przecinków i rozdzielać na krótsze zdania :)

Od Przepiórki

Kotka ziewnęła przeciągle, odruchowo wtulając się w ciepłe ciało matki. Czuła ma swoich drobnych pleckach coś dziwnego. Owe miękkie i ciepłe „coś”, które było też w pewnym stopniu wilgotne, powoli przesuwało się po jej ciałku. Jednak czegoś brakowało. Mianowicie, drugiej włochatej kulki, która była jej bratem. Brak drugiego źródła oraz rosnąca w niej ciekawość sprawiły, że kotka otworzyła swoje żółte ślepka. Ziewneła, prostując przednie łapki i wysuwając na moment swoje pazurki. Nieporadnie wstała na łapki, ocierając się łebkiem o pyszczek swojej mamy. Rozejrzała się po wnętrzu kociarni w poszukiwaniu brata, w końcu go znalazła. Siedział tuż przy wejściu, jakby w zamyśleniu obserwując tętniący życiem obóz klanu. Przepiórka przekrzywiła łebek, zaraz wesoło podbiegając do braciszka. Otarła się o jego bok, mrucząc przy tym cicho.
- Hej braciszku! - zawołała podekscytowana, siadając tuż obok niego. Nie mogła się doczekać dnia, aż w końcu sama będzie mogła zwiedzać obóz. A nawet wychodzić poza jego teren! Niespokojnie poruszyła przednimi łapkami, ugniatając ziemię pod nimi. Popatrzyła na Błądzącego a na jej pyszczku, jak zwykle z resztą, widniał uroczy uśmiech. - Chcesz się pobawić? - spytała, jak poparzona zrywając się ze swojego miejsca, stając tym samym na swoich czterech łapkach.
- Nie mam ochoty - odparł Błądzący, spoglądając na siostrę. Przepiórka uśmiechnęła się jedynie lekko, kiwając głową ze zrozumieniem. Nie chciała męczyć brata, skoro nie chciał się bawić to nie będzie go do tego zmuszać. Poszuka kogoś innego do zabawy! Rozejrzała się po obozie na tyle, na ile pozwalało jej miejsce, w którym siedziała. Ku jej zaskoczeniu, oczywiście pozytywnemu, dwójka starszych kociąt wraz z kotką, na którą mama wołała Biała Sadzawka. Szylkretowa przyczaiła się, nerwowo wyczekując momentu, w którym przekroczą oni wejście do kociarni. A kiedy to się stało...
- Hej! Jestem Przepiórka! - zawołała, wesoło podbiegając do czarnej kotki i niebieskiego kocurka. - Chcecie się pobawić? - powtórzyła pytanie, które wcześniej zadała bratu. Młoda zastrzygła uszami, a wąsiki zadrżały jej z podniecenia.

< Ciernik? Księżyc? Ktokolwiek? >

19 lutego 2018

Od Nocki

Nocka, swoimi zielonkowatymi oczyma obserwowała ruchy ogona matki. Czekałam na dobrą chwilę, aby złapać ruchomy cel. Napięłam mięśnie, przybliżyłam tylne łapki do przednich i skoczyłam. Ogon złapałam w pyszczek i zacisnęłam szczękę. Moje kiełki wbijały się w owłosioną zdobycz, którą nadal trzymałam. Po pewnym czasie puściłam ją i poszłam z rozkazem w objęcia matki, która zaczęła mnie myć. Gdy skończyła... Zbieg okoliczności, przyszła jakaś kotka, była to... Jaskółcza Łapa. Gdy się przywitała, ja grzecznie odpowiedziałam, ale stałam w cieniu, a również w objęciach matki. Obserwowałam jak brat bawi się ogonem Jaskółczej Łapy, szylkretowa kotka machała jedynie ogonem i obserwowała rozkosznego kociaka. Po pewnym czasie do kociarni wszedł pewien kocur, a bardziej mój dziadek, Borsuczy Gońca. Kocur zbliżył się do córki stykając się z nią nosem. Kotka zaczęła głośno i wyraźnie mruczeć. Borsuczy Goniec trącił ucho młodej terminatorki na powitanie, natomiast ona zaśmiała się cicho spoglądając na kota.
- Borsuczy Gońco, to prawda, że Borsuk ma imię po tobie?- zapytała na powitanie nie przestając bawić się z braciszkiem. Braciszek, o którym była mowa, podniósł niebieskie ślepia do góry wlepiając je wprost w dziadka. Uśmiechnął się bardzo mocno zamykając oczy powracając do dalszego ataku na ogon towarzyszki. Borsuczy Goniec zaśmiał się serdecznie spoglądając na uczennicę.
- Tak to prawda, Różane Pole mogła wybrać każde szlachetne imię, ale wybrała takie zwyczajne, po dziadku - miaukną dziadek
- Hej, nie jest zwyczajne. Nadałam je po najlepszym wojowniku, jakiego znam, najdzielniejszym zastępcy i legendarnej przyszłej gwieździe- zaśmiała się dobra mama puszczając oko w stronę Borsuczego Gońcy. Wtedy ka wyskoczyłam zza łap matki docierając pod nogi dziadka. Otarłam się o nie z głośnym mruczeniem.
- Bolsucy Gonc, Bolsucy Gonc!- pisnęłam radośnie chodząc naokoło nóg. Zastępca zaśmiał się liżąc mnie za uszami.
- Jaskółcza Łapo, czemu nie jesteś na treningu? - spytał Borsuczy Goniec
- Zroszony Nos powiedziała, że mogę tutaj przyjść, ale nie chciała iść ze mną... nie wiem dlaczego - odpowiedziała młoda terminatorka.
Mama rzuciła dziadkowi zatroskane spojrzenie. Po pewnym czasie kocur opuścił kociarnie, następnie po nim, opuściła ją także młoda terminatorka - Jaskółcza Łapa. Później, za kilka minut położyliśmy się spać. O świeżym poranku, wstałam i czułam wielką żądzę pójścia do Borsuczego Gońca.
- Mamo? - powiedziałam pytająco
- Tak? - spytała
- Mogę pójść na dwór? - miauknęłam
- Oczywiście, ale tylko w obozie - odpowiedziała posyłając mi ciepły uśmiech,
Kiwnęłam głową i odwzajemniłam uśmiech, a potem wybiegłam z kociarni.
Rozglądałam się wszędzie, ale nigdzie nie widziałam kocura.
- Dziadku? - miauknęłam głośno.

Borsuczy Gońco? Where are you? :c

Pilnuj tego, jaką interpunkcję trzeba dawać po jakich zdaniach i kiedy

Od Owocowego Alberta

W sumie, pogodził się z tym.
Pogodził się z tym, że jego była próbowała go zamordować, a do tego wydrapała mu oko. To tylko bardziej zrobiło z niego wrednego, zamkniętego na wszystkich drania. Lodowy kolor jego tęczówki zdawał się odzwierciedlać stan jego serca - diabelsko zimne. Wyraźnie stwardniał, a jego wizyty u Mruczka i Zeldy były coraz rzadsze, bowiem wolał spożytkować ten czas na włóczenie się z Wąsikiem oraz Adamem. Po prostu frajerskie zachowanie starszej kotki i przybranego brata zaczęło go irytować.
Zmarszczył nos, gdy nadepnął na mokrą, zabrudzoną gazetę. Przyjrzał się jej dokładnie, mając nadzieję, że może jednak tym razem uda mu się odczytać zapisane na niej, tajemnicze znaki. Jednak, tak jak się spodziewał, nie dostał żadnego magicznego olśnienia czy nagłego przypływu wiedzy. Dalej był tym samym Albertem, wpatrującym się tępo w przemoczony skrawek papieru. Uniósł nieco lewą wargę, po czym poszedł dalej zimnym chodnikiem.
Wysokie budynki zasłaniające ostatnie już promienie zachodzącego słońca rzucały mroczny cień na wąskie, szare alejki, a fioletowy strój Alberta okropnie nie pasował do kolorów dookoła. Miasto wydawało się dziwnie ciche - oczywiście, kiedy robiło się ciepło, ludzie opuszczali swoje domy na pewien czas, a potem, gdy temperatura spadała, wracali. Może to jakiś rodzaj migracji? Nie, sporo z nich zostawało.
Czasami drogą przejeżdżał z warkotem jakiś samochód, zostawiając za sobą ślad śmierdzącego gazu, czasem przechodziły obok niego grupki ludzkich podrostków patrzących na niego dziwnie. Człowiek powiedziałby, że ulica jest niemalże pusta.
Jak bardzo by się mylił! Przecież wystarczyło powęszyć lub wsłuchać się nieco dokładnej, by usłyszeć, jak toczy się życie wąsatej, bezdomnej części mieszkańców, którą Albert miał w zwyczaju nazywać Haremem Wąsika, co nie było do końca prawdą - kotki nie stanowiły nawet połowy podopiecznych czarnego kocura, a do tego wiele kotów potrafiło samodzielnie przeżyć na ulicy i nie życzyło sobie, żeby ktokolwiek uznawał ich za jednego z tych wyrzuconych na ulicę piecuchów czy życiowych nieudaczników, którzy powinni paść ofiarą selekcji naturalnej.
Czasami sfinks uważał, że Wąsik jest zbyt dobroduszny. Czarny kocur musiał wraz z dwoma innymi kompanami zapewnić jedzenie i dach nad głową niemalże dwudziestu kotom, ale nie otrzymywał w zamian nic, oprócz "dziękuję". Włóczęga doskonale zdawał sobie sprawę, że wszyscy w mieście go kochają i podziwiają, w najgorszym wypadku darzą niechętnym szacunkiem, ale czy zmęczenie oraz głód mógł zaspokoić uwielbieniem?
Albert nie chciał się do tego przyznawać, ale Wąsik był jego niezastąpionym autorytetem i wierzył, że w końcu kiedyś, pewnego dnia, stanie się jak on.
Sfinks nagle skręcił gwałtownie w z pozoru ślepy zaułek. Kończył się on starym, rozpadającym się dziurawym płotem. Albert prześlizgnął się pod nim, narzekając i klnąc za każdym razem, kostium dinozaura zaczepiał o ogrodzenie. Gdy w końcu przedostał się na drugą stronę, jego oczom ukazał się mały, rozklekotany dom, wyglądający, jakby pochodził jeszcze z ubiegłego stulecia. Na spróchniałym ganku walały się rozbite butelki i wypalone papierosy, natomiast drzwi były wyłamane, a wszystkie okna wybite. Cały budynek był brudny, obskurny i wyblakły. Ludzie zazwyczaj się tutaj nie zapuszczali, nie licząc nastoletnich samców w dresach. Albert im się nie dziwił, bowiem w nim samym budził się niepokój oraz lęk za każdym razem, gdy widział dom.
Albert wziąwszy głęboki oddech, truchtem podszedł do budynku i wskoczył na ganek. Deski zaskrzypiały pod jego ciężarem, dając mu do zrozumienia, że jest spasłym grubasem, a kocur wkroczył do środka.
Żaden człowiek by nie przypuszczał, że w środku tego tego opuszczonego budynku urządziła sobie siedzibę wielka gromada kotów. Ludzie są tacy dziwni. Nie dostrzegają mnóstwa rzeczy widzianych gołym okiem. Czasami było mu nawet ich szkoda - biedne stworzenia o upośledzonych zmysłach.
- Albercie! - usłyszał wesoły okrzyk, a z cienia wyłonił się przystojny, wysoki czarny kocur o półdługiej, zmierzwionej sierści. Jego ładne, złociste oczy błysnęły serdecznie na widok sfinksa. Zaraz obok Wąsika pojawił się też duży, jasnorudy kocur o puszystym, sterczącym na wszystkie strony kręconym futrze. Jego brązowe ślepia ładnie komponowały się z kolorem pręg, a na pyszczku kremowego kocura malował się szeroki uśmiech. Za Adamem jak zwykle unosił się smród zgniłego jedzenia, ale Albert chyba już do tego przywykł.
- Kopę lat! - Adam śmiejąc się basowo przyłożył nos do czoła sfinksa, a Albert poczuł, że ten gest nieco go speszył, ale mimo to zmusił się do lekkiego uśmiechu. - Niech mnie, brachu, ileż to czasu minęło, kiedyśmy się ostatnio widzieli? Jak mnie pamięć nie myli, miałeś wtedy oko! - dodał rudy kocur.
- Właśnie, Albercie, kto ci to zrobił? Czyżby w okolicy kręcił się jakiś szaleniec? Może stanowić zagrożenie... - zaniepokoił się Wąsik, dokładnie oglądając bliznę po lewej stronie pyska w miejscu, gdzie kiedyś było oko.
Sfinks usiadł, czując narastające zakłopotanie i zawstydzenie.
- Zgubiłem dziecko mojej teraz już ex, Kukułki - wyjaśnił krótko.
Wąsik, zmartwiwszy się jeszcze bardziej, usiadł owijając nogi ogonem, ale do Adama jakby to nie dotarło, bo ryknął potężnym śmiechem. Kilka drzemiących kotów poderwawszy głowy spojrzało w kierunku potężnego kocura - w oczach większości tliła się złość lub przestrach. Nikt nie zwrócił uwagi na Alberta poza małym kociątkiem, które wbiło w sfinksa spojrzenie na nieco dłużej, tak jakby łyse koty w fioletowych ubrankach dinozaura były tutaj czymś najnormalniejszym.
- Przestań się śmiać - zganił Adama Wąsik, trzepnąwszy go długim ogonem w nos. - To poważna sprawa. Kukułka to wspaniały sojusznik, ale też przerażający wróg. Nie odpuści tak łatwo Albertowi - myślał na głos czarny kocur, po czym zwrócił się do Alberta. - Czy Kukułka wie, gdzie mieszkasz?
Sfinks skinął głową.
- Do diabła! - zaklął. - Albercie, przykro mi, ale nie możesz wrócić do domu. Widziałem Kuku w akcji, to naprawdę mściwa kotka i nie zawaha się przed niczym. To tylko kwestia czasu, kiedy postanowi dokończyć to, co zaczęła.
- Czyli... nie mogę wracać do domu? - spytał się zszokowany Albert.
- Nie możesz wracać do domu.
- Przyyyypał... - wypalił Adam.
Tego samego zdania był Albert.
~dwa tygodnie później~

Życie na ulicy było o wiele trudniejsze, niż mu się wydawało.
Oczywiście, mógł przecież cały dzień wylegiwać się, włóczyć lub wyjść do lasu, a potem, na koniec dnia, otrzymać jedzenie od Wąsika, jednak on nie zamierzał być pasożytem jak reszta kotów pod opieką czarnego kocura.
Wymusił na Wąsiku naukę polowania i walki, pod groźbą, że jeśli się nie zgodzi, to pójdzie zobaczyć, jak miewa się Kukułka. Jego nauczyciel początkowo się ociągał, ale teraz Albert musiał wstawać bardzo wcześnie rano, żeby przejść trening walki. Po nim od razu szedł z Wąsikiem na polowanie. Jak na razie jego udział w łowach ograniczał się do obserwacji.
Według Adama, Albert robił bardzo duże postępy w walce, ale sfinksowi trudno było w to uwierzyć. Nie ważne, jaką taktykę podjął, Wąsik zawsze go pokonywał. Czarny kocur był silny, ale i szybki, natomiast Albert nie wyróżniał się żadną umiejętnością - ot, przeciętniak.
- Przestań ciągle unikać ataków! - warknął na niego Wąsik surowo, ale w jego złotych oczach tliła się iskierka podekscytowania. Dla niego to nie była prawdziwa walka, lecz zwykła rozgrzewka, która poprawiała mu humor i podnosiła na duchu. Nie można było powiedzieć tego samego o Albercie. Dziękował w duchu, że ma na sobie chroniący przed zadrapaniami kostium dinozaura, ale i jego zbroja była coraz bardziej poharatana.
- To odruch! - jęknął Albert. - W ogóle nie mam pojęcia, jak cię zaatakować! Jesteś zbyt szybki!
Wąsik zachichotał.
- Na początku pomysł nie jak, ale gdzie atakować? Brzuch, gardło, narządy zmysłu, czyli delikatne części ciała. Je powinieneś atakować. Zapamiętaj to sobie, a teraz precz mi z oczu! - rzekł tonem złego profesora Wąsik.
- Nie idę dziś z tobą na polowanie? - spytał z niedowierzaniem Albert.
- Nie. Masz za to czas do zmierzchu, by zapamiętać, gdzie najlepiej atakować. Idź, pożartuj sobie z kimś, zdejmij te okropne ubranko z siebie czy coś - rzucił Wąs i już go nie było.
Sfinks stał odwrócony tyłem do rozpadającego się budynku i wpatrywał się zdziwiony w dziurę w płocie, w której zniknęła kita Wąsika.
Jest wolny do końca dnia?
Przez chwilę nie miał pojęcia, co ze sobą zrobić, ale potem zdał sobie sprawę, że właśnie ma okazję zapoznać się z podopiecznymi jego nauczyciela! Może to nie było jego największe marzenie, ale zawsze lepiej jest mieć znajomości. Wbiegł szybko do rudery, którą tutejsze koty zwykły nazywać po prostu Domem, po czym rozejrzał się w poszukiwaniu kogoś, kto nie spał. Niestety, ci mieszkańcy Domu, którzy nie spali, nie mieli tu raczej nic do roboty, więc poza chrapiącymi, skołtunionymi kulkami futra nikogo tu nie dostrzegł.
Już miał wrócić z powrotem na zewnątrz, ale wtedy usłyszał za sobą tupot łap wraz ze skrzypieniem desek. Nie zdążył nawet zareagować, gdy ktoś na niego wpadł. Albert przeturlał się po podłodze, a od strony wejścia usłyszał "Przepraszam!". Gdy tylko poczuł, że przestał się turlać, podniósł się na nogi i spiorunował kota, który na niego wpadł, wściekłym spojrzeniem.
- Patrz gdzie biegasz, bo możesz kiedyś kogoś stratować! - ofuknął go, strzelając ogonem.
W drzwiach stała niższa od niego kotka o jasnej, ładnej sierści, której kolor przywodził na myśl rudy zmieszany z różanym. Futro kotki ozdobione było grubymi, ciemnymi zawijasami i pręgami, a spod zmarszczonych brwi spoglądały na niego prześliczne, błękitne oczy, których koloru nie mógł dokładnie opisać. Między ślepiami miała białą plamkę, a od nosa biel rozciągała się aż po klatkę piersiową, do połowy brzucha. Kotka miała również białe palce.
- Wycziluj fasolki ziom, przecież przeprosiłam! - fuknęła nieznajoma, ale w jej głosie powiewała nutka radości.
Albert burknął rozsierdzony, ale złość powoli z niego uchodziła. Nim zdążył się zorientować, pręgowana kotka podeszła do niego i spojrzała mu w oczy.
- Kim jesteś? - spytała, przekrzywiając głowę. - Ja jestem Pustułka, ale możesz mnie nazywać Aśka!
Pustułka.
Pustułka.
Kukułka.
- Halo? - Pustułka pomachała mu łapą przed nosem, a on potrząsnął głową, wracając do rzeczywistości. - Ziemia do Alberta!
- Znasz moje imię? - zdumiał się sfinks.
- Ależ oczywiście! - oznajmiła kotka ze śmiechem. - Dzięki Adamowi i Wąsikowi znają cię już prawie wszystkie koty na osiedlu! Nigdy nie widziałam, żeby pupilek ludzi cieszył się taką, hm, popularnością! - wykrzyknęła Aśka, a jeden ze śpiących kotów przekręcił się mamrocząc coś przez sen.
- Naprawdę? - Albert nigdy w życiu nie przypuszczał, że będzie kiedykolwiek i gdziekolwiek znany, ale po chwili dotarło do niego, że to znaczy, że musi starać się jeszcze bardziej. Nie dość, że musi zabłysnąć w oczach Wąsika, to jeszcze w oczach wszystkich innych kotów.
- Mhm - mruknęła. - Rany, w ogóle nie wiesz, co się wokół ciebie dzieje! Wychodzisz ty w ogóle poza obręb Domu? Wiesz co, nieważne, chodź, oprowadzę cię po mieście! - zaproponowała Aśka i śmiejąc się serdecznie wypchnęła go na zewnątrz.
Zdał sobie sprawę, że nie zadawała żadnych pytań na temat jego sierści, czy może raczej jej braku. Nie zwracała uwagi na wydrapane oko czy poharatane uszy. Nie wyśmiała nawet jego upokarzającego stroju dinozaura.
Dotarło do niego, że tutaj nie będzie oceniany za swój wygląd, ale za swoje czyny. Dla kotów ulicy blizny różnego rodzaju były czymś najnormalniejszym w świecie i nie zamierzały go wyśmiewać za jego ubytki.
Zawsze wyobrażał sobie zdziczałe, bezpańskie koty jako krwiożercze, bezwzględne bestie, walczące o najmniejszy nawet kawałek pożywienia. Nie przypuszczał, że zostanie tutaj powitany jak widywany na co dzień przyjaciel. Może to Wąsik tak wpłynął na serca bezdomnych kociaków?
Nie obchodziło go to teraz. Teraz cieszył się obecnością Aśki, która cały czas trajkotała i zdawało się, że zna na pamięć historię każdej pojedynczej kostki brukowej w mieście. Cieszył się słońcem grzejącym go miło w grzbiet i delikatnym, aczkolwiek przyjemnym bólem w nogach.
Pierwszy raz w życiu miał pewność, że jest we właściwym miejscu, we właściwym czasie.

Od Błądzącego

Pręgowane Piórko bacznie przyglądała się swoim kociakom, które łaziły po obozie. Mówiła im, że nie mogą wchodzić do legowisk wojowników, terminatorów, aczkolwiek mogą zerknąć do leża ich lidera, którego mama kazała nazywać Lamparcią Gwiazdą. To imię wywoływało podziw i szacunek w sercu kocurka, tak jak pewnie w sercu każdego kota w Klanie Burzy.
Ostatnio point pokłócił się nieco ze swoją siostrzyczką, chociaż szczerze ją kochał, nie rozumiał jej radości, ani tego wszystkiego co z niej tryskało. Wydawał się być szary wśród kolorowych kotów, jakby był motylem z przepalonymi skrzydełkami. Biegał po calutkim obozie, bo to wszystko wywoływało w jego najgłębszym zakątku serca pewnego rodzaju ekscytację. Drżał na całym ciałku, jednak gdzieś głęboko uważał to za niezbyt ciekawą czynność.
Nagle zobaczył To. Czym było To? Sam nie wiedział. To było podłużne, świetliste, pełne ostrych, wystających gałązek chętnych do zadrapania lub wyrwania kilka kłaczków z nieostrożnych kociąt. Wydawało mu się portalem do innego świata, ciągnęło go to, jak światło ciągnie do siebie ćmę. Oblizał pyszczek, robiąc nieśmiało kroczek w stronę Tego.
I wtedy poczuł przykre zderzenie z rzeczywistością, która była... włochata? Nie! To był czyjaś łapa. Ten ktoś wydawał się Błądzącemu wielki, więc niepewnie wypiął pierś, nadal czując się niespokojnie. Ów ktoś przeszkodził mu w drodze do lepszego życia, więc jakie może mieć zamiary?
— Hej... — zaczął spokojnie, schylając się w stronę kociaka — Nie wolno ci wychodzić, chodź, zaprowadzę cię do Pręgowanego Piórka.
Skąd wiedział, kim była jego matka? Nastroszył futerko, cofając się o kilka kroków w tył i groźnie pokazując swoje ostre kiełki. Kot odpowiedział mu śmiechem.
— Nie musisz się mnie bać. Jestem Brzoskwiniowa Łapa, a ty maluchu?
— Błądzący... — odpowiedział niewyraźnie point, stając w miejscu i ciągle wiercąc go swym lodowatym spojrzeniem dzikich ślepi.
Terminator również stanął, aczkolwiek jego pyszczek przybrał dziwny wyraz. Błądzący słyszał wyraźnie pobliski świergot ptaszka, natomiast do jego uszu doleciał jeszcze tajemniczy szum liści. Prócz tego, jego serduszko biło niczym ptak uwięziony w klatce.


<< Brzoskwiniowa Łapo? >>

Od Błądzącego

Młodziak wtulał się w nagrzaną promieniami słońca, ciemną sierść matki i wdychał jej cudowny ziołowo-korzenny zapach. Chciałby na zawsze zostać w tej pozycji i nigdy w życiu się stąd nie ruszać, ponieważ tutaj czuł się bezpieczny. Jednak jego nostalgia nie trwała długo, ponieważ poczuł coś ciężkiego, a zarazem miękkiego na swoim podłużnym grzbiecie.
Usłyszał cichutki chichot matki, gdy przewrócił się na plecy i próbował wstać, jednak na jego klatce piersiowej masywnymi łapkami opierała się Przepiórka. Na jej mordce, jak zwykle, był szeroki uśmieszek, który teraz był nieco pobłażliwy. Jego siostrzyczka wiedziała, że point nie lubił się bawić, jednak mimo to ciągle go do tego zachęcała, przez to czuł się gorszy i drętwy. Skulił uszy po sobie, sycząc i ukazując bukiet śnieżnobiałych kiełków, gotowych pogryźć każdego, kto odważy się mu sprzeciwić lub spróbuje z nim walczyć. Przepiórka odskoczyła, pisząc i chowając się zza Pręgowanym Piórkiem, która szybko liznęła ją po główce.
— Mamo, Błądzący mnie przestraszył! — poskarżyła się koteczka, wskakując matce na plecy i ocierając się malutkim ciałkiem o jej policzek.
Kocurek udał, że nie słyszy wrzasków siostry, więc począł pielęgnować swoje futerko i lustrować powolnie otoczenie. Starszych kociąt nie było, ponieważ wybrały się na wycieczkę po terenach Klanu Burzy, przynajmniej to wywnioskował z rozmowy mamy i Białej Sadzawki.
Też chciałby podróżować, wyrwać się z zaduchu kociarni i w końcu odetchnąć pełną piersią na rozległych łąkach, na morskim piasku lub w leśnym zaciszu. Rozmarzył się, nawet nie słysząc, jak nieudolnie skrada się w jego kierunku Przepiórka, kolejny raz go przewracając i gryząc w ucho. Nie był zdenerwowany, co go nieco zdziwiło. Aczkolwiek i tak wymierzył kopniaka, starając się uwolnić od uciążliwego kocięcia. Celne kopnięcie oszołomiło chwilowo koteczkę, która z wielce urażoną miną oznajmiła, że idzie się przejść po obozie.
— Nie możesz sama, kochanie — wymruczała Pręgowane Piórko, uśmiechając się szeroko i lekko łapiąc kocię za skórę na karku — Błądzący i ja idziemy z tobą, prawda, Błądzący?
Point chciał krzyknąć na całe gardziołko "nie! nie chce z nią iść!", aczkolwiek wstrzymał się i niechętnie pokiwał kształtnym łebkiem. Unikał jej wzroku, co nie uszło uwadze czujnej karmicielce.

 
<< Pręgowane Piórko? >>

Od Brzoskwiniowej Łapy

Brzoskwiniowa Łapa jak każdego popołudnia wkroczyła szybko do legowiska starszyzny, a z jej pyszczka zwisały dwa, pulchne króliki. Potykała się co chwila nie do końca wiedząc jak iść, aby nie wypadły jej z pyszczka. Co chwila podciągała je językiem, aby nie ubrudzić jej w piachu, którego było pełno w obozie.W końcu zobaczyła Mysi Nos i Blady Świt, które dzieliły języki. Kiwnęła im głową na powitanie i odstawiła króliki pod ich łapy. Na jej pyszczek wstąpił delikatny uśmiech, który świadczył o tym, że miło było je widzieć. Szara kotka zmrużyła oczy i przystąpiła do powolnego jedzenia swojego obiadu. Kremowy uwielbiał patrzeć jak wszystko wolno robi starszyzna, która mogła delektować się do woli chociażby takim jedzeniem, gdyż miała strasznie mnóstwo czasu. Blady Świt nadal jednak siedziała, a kiedy pochyliła się ku jedzeniu skrzywiła się lekko. Druga starsza nie zwracała jednak na to uwagi, więc Brzoskwinia też przymknęła na to oko. W końcu siostra Lamparciej Gwiazdy wymamrotała pomiędzy kęsami:
- Upolowałeś świetnego królika.
Gdyby nie fakt, że posiadała gęste futro to widać by było jak cała się czerwieni. Prawdą było, że nie upolowała go, gdyż było no... za cudny. Miała większego pecha i mniejszy refleks niż upośledzony borsuk. Najwyraźniej jednak Mysi Nos widziała w nim potencjał co sprawiało, że teraz wyglądała dobrze w jej oczach. Zaczerwieniła się jeszcze bardziej niczym burak.
- To upolował Nocne Niebo. A mo-moje jest na stosie. - Powiedział szybko i po kilku biciach serca zobaczył na sobie przenikliwy wzrok Bladego Świtu, która otworzyła pyszczek w prawie niewidocznym grymasie, ale i trosce:
- Brzoskwinko! Jak tak dalej pójdzie to nigdy nie zostaniesz wojowniczką. Musisz się przyłożyć. Bardzo!
- Ale ba-babciu, przecież wiesz jak to jest i, że się bardzo sta-staram...
Usiadła spuszczając wzrok na swoje łapy. Uszy opadły na jej łepek, kiedy wyciągnęła język, aby polizać nerwowo nos. Usłyszała uspokajający głos żółtookiej starszej:
- Blady Świcie, znasz go od dawna. Doskonale wiesz, że o wiele bardziej interesują go opowieści, niż praktyka. To niekoniecznie dobrze, ale... możesz zostać medykiem, prawda? Lubisz kwiatki.
- Nie. Burzowa Łapa jest uczniem, nic z tego.
Do jej oczu dociekły łzy, kiedy o tym wspominała. Łknęła cicho i powstrzymała je, biorąc głębszy oddech. Musiała być spokojna i opanowana.
- Odpocznij sobie. - Stwierdziła szybko czarno-biała, kiedy cętkowana odwróciła się mając zamiar wyjścia. - Ale pierw udaj się po jakieś zioła, bo strasznie bolą mnie stawy.

<Ktoś?>

Od Milczącej Gwiazdy C.D Zroszonego Nosa

Kocica spojrzała na nią pogardliwie, nie mogąc do końca zrozumieć, czemu szylkretowa wojowniczka jest taka uparta. Krystalicznie niebieskie ślepia, nadal świecące majestatem i dumą, teraz nieco przyblakłe, lustrowały ją, próbując przeniknąć jej myśli i lepiej zrozumieć jej tok myślenia. Wstała do pozycji siedzącej, liżąc spokojnie przednią łapkę i analizując zaistniałą sytuację.
Zroszony Nos nie potrafi go nazywać uczniowskim mianem, bo to jej były mentor, partner zarazem i ojciec ich przyszłych kociąt. Niby to logiczne, zrozumiałe, porządnie uporządkowane, aczkolwiek honorowy wojownik Srebrny Deszcz, zachował się jak niedojrzały terminator Srebrna Łapa. Drogi Klanie Gwiazd, co za szanujący się kot szoruje tyłkiem trawę podczas Zgromadzenia i uważa to za zabawne? Prychnęła.
— Zroszony Nosie, myślisz, że dlaczego cofnęłam pozycję Srebrnej Łapy? — udała, iż nie usłyszała jej przyciszonego syknięcia i spojrzała na nią z góry — Był moim uczniem i doskonale wiem, co jest dla niego najlepsze. Jeśli chce zostać ponownie wojownikiem, musi się zachowywać jak wojownik. Nie cofnęłam go dla dobrej zabawy, nie cofnęłam go dlatego, iż miałam taki kaprys. On sam był powodem. Musisz to zrozumieć.
Kotka nie poruszyła się, jednak nerwowo wsuwała i wysuwała pazury, wpatrując się w nie, jakby były wszystkimi cudami świata. Chciała się sprzeciwić, jednak nie mogła wydobyć głosu ze swojego gardła. W końcu tylko podniosła łebek, wpatrując się w nią.
— Nie potrafię go tak nazywać, Milcząca Gwiazdo — starała się, by jej głos brzmiał czysto, jednak załamywał się z każdym wypowiedzianym słowem — Jest ode mnie starszy, bardziej doświadczony, a ta jedna jedyna sytuacja tego nie zmieni. Przepraszam.
— To imię ma być karą — miauknęła poważnie, prześwietlając ją poważnym spojrzeniem — Jak wcześniej wspominałam, nie nadałam go dlatego, żeby się z nim bawić. Przez ten okres ma być Srebrną Łapą. Kiedy ty go tak nie nazywasz, nie motywujesz go do dalszej pracy. Bo odzyska rangę wojownika, jak na to zasłuży.
Szylkretowa zmrużyła oczy w szparki, a końcówka jej ogona zadrgała. Przez kilka uderzeń serca obie koteczki toczyły walkę na spojrzenia, aż w końcu wojowniczka odpuściła. Mruknęła coś niewyraźnie pod nosem, schylając jej łebek z szacunkiem.
— Bywaj, Milcząca Gwiazdo — pożegnała się z nią Zroszony Nos, odwracając się i znikając w wejściu do legowiska liderki.
— Żegnaj, Zroszony Nosie — odpowiedziała niebieskawa kocica — ...a, i zawołaj proszę Burzowego Kwiata.


- - -
 
 
— Wtedy borsuk wyskoczył na małego, zaskoczonego terminatora i...  — urwała, robiąc dramatyczną pauzę.
Jej wnuki wpatrywały się w nią jak w obrazek, nie odrywając od niej spojrzenia ich wielkich, uroczych oczu. Milcząca Gwiazda uśmiechnęła się szeroko, widząc, jakie wrażenie wywarła na nich ów opowiastka. Jednak nagle wewnątrz słonecznego żłobka powstał cień, rzucany przez niewielkiego kota. Do nozdrzy liderki doleciał delikatny zapach, po którym od razu wywnioskowała, iż należy do Zroszonego Nosa.
— Na dzisiaj koniec — miauknęła, podnosząc się z zamszonego legowiska, umieszczonego na środku kociarni.
Letnie powietrze przeszyły zawodzenia kociąt, które uczepiły się łap swojej babci. Zaczęły gryźć ją w łapki, próbując wdrapać się na łebek, ale przywódczyni tylko delikatnie je łapała za kark i odstawiała na ziemię. Tylko im pozwalała na takie harce, chociaż w głębi serca uważała to za niekompetentne w stosunku do jej rangi.
— Babciu, prosimy! — jęczał Borsuczek, robiąc bączki wokół długich łap kocicy.
— Dokończ, dokończ, dokończ! — piszczała Nocka, starając się złapać jej podłużny ogon.
Różane Pole uśmiechnęła się, widząc swoje dzieci dokazujące tak z babcią. Podniosła na nią swoje piękne, niebieskie ślepia, w których utonął Błotny Pysk i automatycznie spojrzała na nią chłodno. Nadal nie potrafiła jej wybaczyć, chociaż każdy kot to już zrobił. Ma pamiętliwość po mamusi, nie ma co!
— Zostawcie już babcię, odwiedzi was jutro, kochane — zamruczała, przyciągając do siebie syna i liżąc go przeciągle po poliku.
— Ale ja chcę babcię! — wrzasnął, próbując się wyrwać, aczkolwiek opór był bezcelowy.
Nocka, szurając smętnie łapkami, podeszła do swej matki, siadając tuż obok niej i dotykając nosem jej brązowego futerka. Karmicielka liznęła ją po czole, coś niewyraźnie mamrotając. Milcząca Gwiazda wstała i szybko pożegnała się z kociętami, które szczerze uwielbiała i ze swoją córką, dotykając ją końcówką ogona w policzek, tak jak kiedyś, gdy sama była kociakiem. Różane Pola nie poruszyła się, jednak coś niewyraźnego mignęło w jej błękitnym oku.
Liderka bezgłośnie poprosiła wojowniczkę, aby wyszły z obozu. Szylkretowa zrozumiała to, idąc tuż za nią, następnie ją doganiając, a potem wyprzedzając o długość lisa. Niebieskawa kocica również przyśpieszyła, przeganiając Zroszony Nos. Usłyszała tylko soczyste przekleństwo koteczki z tyłu, a następnie widziała ją pędzącą przed sobą. Przyjęła to jako wyzwanie do wyścigu.
Puściła się susem, niczym spłoszony zając, i jak to miała w zwyczaju, sadziła ogromne skoki, starając się tym sposobem dogonić Zroszony Nos. Miała swoje lata, czasem bolały ją kości, aczkolwiek ta metoda praktycznie zawsze się sprawdzała. Gdy poczęła dyszeć, biegła, unikając już skoków, aż kompletnie opadła z sił. I tak dwie kotki, jedna starsza, druga młodsza, wzajemnie prześcigały się. Raz Zroszony Nos prowadziła, przeskakując pień, innym razem Milcząca Gwiazda, która w miarę zwinnie susem przesadziła strumyczek. Aż w końcu zatrzymały się na polanie, która usiana była kwiatami. Kiedy przyhamowały, wzbił się za nimi kurz i pył, przez uderzenie serca będąc w powietrzu, a następnie się ulatniając. Milcząca Gwiazda opadła na brzuch, rozkraczając łapy i dyszała ciężko, słuchając szybszego bicia swojego serca. Szylkretowa również to zrobiła, ale podkuliła łapki pod siebie i obserwowała bacznie niebieską. W końcu odezwała się:
— To... było całkiem niezłe.
Przywódczyni postawiła uszy, czując się już lepiej, niepewnie wstała i podeszła do płynącego w pobliżu strumyczka. Wojowniczka leżała o długość dwóch ogonów kota od niego, więc Milcząca Gwiazda uśmiechnęła się szeroko.
— Nie lepsze niż to!... — krzyknęła, ochlapując szylkretową.
Zroszony Nos przez uderzenie serca wydawała się zaskoczona, zdenerwowana i radosna jednocześnie, a nie będąc jej dłużną, również chlapnęła w stronę liderki.
— Ajj, ty! — zamruczała kocica, biegnąc w jej stronę i próbując ją przewrócić.
 
 
<< Zroszony Nosie? >>

Od Jasia C.D. Sarenki

Jaś z uwagą przyjrzał się kocurkowi, który wyglądał prawie jak mała Sowa. Przeszył go dreszcz na wspomnienie dawnej przywódczyni Klanu Lisa. Matka młodziaka również ją przypominała, ale w nieco innym stopniu.
- Jasiu, idziemy! - warknęła Sarenka uderzając go resztką ogona w bok. Jaś zaraz pognał za kotką i oboje opuścili podwórko tamtych kotów. Gdy tylko zniknęli za bramą Sarenka usiadła.
- Wiedziałam, że moja rodzina to pieszczoszki, ale nie sądziłam, że będę się z tego powodu kiedykolwiek aż tak wstydzić! - prychnęła. - Jasiu, mam nadzieję, że twoi krewni są warci więcej niż Kukułka!
Jaś kiwnął głową i polizał ją po uchu.
- Nic ci nie zrobili? - zapytał kocur czule. - Bo ten kociak był bardzo narwany.
- Boisz się, że skrzywdził mnie kociak? Nie jestem aż taką kaleką! - prychnęła Sarenka.
- Czy ja wiem? To w końcu twój krewniak, ta sama krew - westchnął Jaś.
- Jesteś kochany - powiedziała kotka liżąc go w polik. - Ruszajmy dalej. Może jakieś inne pieszczoszki, normalniejsze pomogą nam znaleźć ten ogród z drzewem?
- Też tak uważam. Chodź, jak powęszymy to pewnie znajdziemy jakieś koty.
Jaś podreptał chodnikiem dalej wesoło unosząc ogon do góry. Cieszył się, że może poznawać nowe koty, zwiedzać nowe okolice i spędzać czas z najlepszą przyjaciółką. Ta misja była świetnym pomysłem. Jaś węszył wokół próbując złapać zapach jakichś kotów, ale nadal było czuć tylko zapachy Kukułki. Nagle jednak przystanął. Trawa pod płotem obok nosiła ostry zapach kocura. Ponadto świeży. Już odwrócił się do swojej towarzyszki, idącej kawałek za nim aby ją powiadomić, kiedy dostrzegł, że stroszy się ona na jakiegoś rudego kocura. Automatycznie wszystkie włosy na jego ciele się zjeżyły.
- Spokojnie przyjaciele! - zawołał kot. Nie stroszył sierści, ale pazury miał wyciągnięte. Jaś uznał, że nie ma co się go obawiać, więc rozluźnił mięśnie. Widząc to, Sarenka uczyniła podobnie. - Co takie dwa dzikusy robią w tak pieszczochowatym miejscu?
- Nas nazywasz dzikusami włóczęgo? - syknęła Sarenka przez zęby. - Chyba nie wiesz z kim rozmawiasz!
- Jesteście leśnymi kotami - powiedział rudy liżąc się po boku. - Chociaż mógłbym spekulować.
Spojrzenie błękitnych oczu kota powędrowało na drewnianą łapkę kotki. Sarenka zaraz zasłoniła ją siadając bokiem i zadarła nos do góry.
- Tak w ogóle, jestem Szerszeń - przedstawił się kot. - A panience jak na imię?
- Sarenka - mruknęła krótko. - A to Jaś.
- Przyszliście tu w jakimś celu - powiedział kocur. - Leśne koty nie przychodzą ot tak do siedlisk dwunożnych!
- Szukamy ogrodu z wielkim drzewem! - wyjaśnił Jaś.
- Ogrodu z wielkim drzewem? - zdziwił się Szerszeń.
- Widziałeś gdzieś taki? - zapytała Sarenka przez ramię.
- Ogród z wielkim drzewem? - zastanawiał się na głos kocur. - Z wielkim drzewem? Chyba wiem, gdzie można coś takiego znaleźć! To na drugim końcu miasta!

<Sarenko?>

Nowi członkowie Klanu Gwiazd!


PIASKOWA MGŁA
Powód odejścia: Starość
Przyczyna śmierci: Starość
Odeszła do Klanu Gwiazd
MGLISTA ŁAPA
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Upadek
Odeszła do Klanu Gwiazd

Od Nocki

Kociaki, wciąż długo powtarzały "mamo, mamo, mamo, mamo, mamo, tato, papa" i tak dalej, ponieważ miały dużo bardzo ciekawych pytań. Dziś małe kociaki musiały skosztować... Okropnej myszy. Gdy ojciec przyniósł, brudną i potarganą, grubą mysz, Nocka od razu oznajmiła, że jej nie tknie. Kotka bardzo dziwi się, czemu przez całe długie życie nie może pić mleka, jest białe, dobre i czyściutkie. Rodzice nalegali, więc kotka, powoli podeszła do brudnej, zdechłej zwierzyny i ostrożnie z obrzydzeniem skubała. Nie była taka zła jak kotka uważała, ale nadal powoli ją jadła. Borsuczek tak samo brzydził się pożarcia brudnego stworzenia, ale jadł szybciej od bardzo małej Nocki. Po pewnym czasie...
- No już dobrze... Zjedliście na tyle dużo, że wystarczy na dziś - miauknęła opiekuńczo mama,
Kociaki z ulgą westchnęły i szybko odeszły od zwierza.
Nadal wolały pić pyszne mleczko od matki. Kociaki ułożyły się koło mądrej matki i poszły spać. Koteczka miała przedziwny sen... Było dużo białych chmur, był tam Borsuczek, mama, tata i wszyscy, wszyściutcy biegali po dużej, znaczy ogromnej łące z bardzo wielką ilością kolorowych i pachnących kwiatków. Wąchaliśmy je, patrzyliśmy na pszczółki, tęczowe motylki, agresywne pieski... Zaraz, zaraz... Agresywne kundle?! A nie to tylko pień. Były tam także wiewiórki, wcale na nie nie polowaliśmy. Były jakieś świecące muchy. Po prawej stronie stała góra z wodospadem. Jednym słowem mówiąc... Było przecudownie!. Kotka z rodzinką podeszła do wody i zaczęli ją pić. Przestała na chwilę i dopchnęła jej palcem od łapki, zaczęła falować i zrobiło się wszystko czarne. Wtedy obudziła się, z bardzo dobrym, wręcz niesamowitym humorem.

Od Żwirowej Łapy C.D Spienionej Fali

Uśmiechnęła się lekko na komentarz kotki. Była ciekawa czy któraś z propozycji terminatorki była, choć w niewielkim stopniu, prawdą. Wbiła w nią wzrok, gdy spokojnie szły wzdłuż, położonej niedaleko granicy. Czy była wstanie przebaczyć kotu, którego imię mogło równie dobrze być wymyślonym na poczekaniu słowem?Wypuściła powietrze z płuc, pochylając przy tym pysk a następnie wzniosła wzrok do zasnutego, białymi chmurami nieba. Biła się z myślami. Jakby postąpiła? Byłaby wstanie go zabić, a może wybaczyć? Jednak była jednej rzeczy pewna, nadchodziła Pora Nowych Liści.
- Nie wiem.. - Mruknęła, nie odrywając wzroku od płynących, po bezkresie błękitu, chmur. - Jednak nie potrafiłabym mu przebaczyć całkowicie, ale z drugiej strony... też nie wiem, czy byłabym w stanie z nim walczyć. Nie potrafię ci w tym momencie odpowiedzieć.
-Rozumiem.
Jedno słowo wystarczyło by na pyszczku dymnej zakwitł delikatny uśmiech. Może i było to tylko słowo, może było to tylko słodkie kłamstwo, tyle że... jej to teraz nie obchodziło. Ważne że nie była w tym sama.
Szły dłuższą chwile w ciszy, nie gęstej,  od której można było zacząć się dusić, wręcz przeciwnie. Każda z nich myślała, zachowując słowa, krążące po ich umysłach tylko dla siebie. Przeszły przez Błotnistą Zatoczkę i skierowały się w stronę Płaczącego Strażnika.
- Pianko... - Rzuciła, gdy były gdzie w połowie drogi do wielkiej, stojącej na granicy wierzby. Miała nadzieje że kotka nie obrazi się za rozdrobnienie jej imienia. Tak było łatwiej, niż mówić Spieniona.
Niebieska wojowniczka mruknęła pytająco, wbijając wzrok w terminatorkę. - Naucz mnie walczyć! N-Nie chodzi mi od razu o praktyki, tylko na przykład teorie...


<Pianka?>

18 lutego 2018

Od Nocki

Jako małe kocie... Możesz beztrosko biegać po obozie... Żadnych trudnych obowiązków... Łapania zwierzyny... Trudne problemu typu: umm... w co by się tu pobawić?, co by tu zjeść?... Ale to, wszystko... Nie ma słów, życie kociaków... Jest przepiękne... Kto chcę dorastać? Chyba nikt... .
Słońce wstaję, chmury lecą,
Kukułki latają, Jaskółki śpiewają,
Kociaki drzemią, wojownicy pracują,
W każdym z nas, iskierka dobra się znajduję,
Klan Gwiazd czuwa, czuwa nad wszystkim,
Obaw nie mamy, że... Klan Gwiazd zginie.
- Ale co nam jest... placujemy ciężko w dziczy... dwunożni mają dla nas pełne zbiory glóbego jedzenja... a my? Ciężko chareujemy w lesie po jedzenie. Mamo spójlz mi plosto w oczy i powiedz... Czy walto jest nam tak cięsko polować... - wygłosiłam przemowę
- Tak - miauknęła mama
- A okey - powiedziałam i usiadłam,
Mama zaczęła machać ogonem, więc ja skoczyłam i zawiesiłam się na ogonie mamy, gdyż ona uniosła go wyżej, do kociarni weszła kotka... A bardziej moja babcia, Milcząca Gwiazda. Gdy tylko ją ujrzałam, pościłam ogon mamy i spadłam,
- Babcia??? - miauknęłam zaskoczona. Przez dłuższą chwilę wymienialiśmy się językami i zadawaliśmy pytania. Gdy za Milczącą Gwiazdą pojawił się cień, schowałam się w najciemniejszym zakątku i widać było jedynie moje zielone oczy.

<Milcząca Gwiazdo? Ktoś?>

Od Rudzika C.D. Wisienki

Co dziwne, w tym całym zamieszaniu związanym z bójką Krogulca i Wisienki, to Rudzik został najbardziej poszkodowany. Oczywiście nie fizycznie, po prostu jego wyobrażenie świata legło wtedy w gruzach. Gdy zobaczył, jak jego brat rzucił się na białą kotkę, miał ochotę schować się gdzieś pod ziemią. Jednocześnie miłość do siostry nie pozwoliła mu uciec, więc po prostu stał jak kołek, z przerażonymi i otwartymi szeroko oczyma. Wtedy jeszcze nie było tak źle, wmawiał sobie, że to zwykła przepychanka między rodzeństwem, ale miarka się przebrała, kiedy z łapy Krogulca wypłynęła nieprzyjemna w zapachu, intensywnie czerwona ciecz. Rudzik zapiszczał z przerażeniem, głośniej zresztą niż jego brat zraniony przez siostrę. W mgnieniu oka w wejściu do tunelu pojawiła się biała mordka i Jagódka rozdzieliła walczące kociaki z zaniepokojoną miną. Obejrzała szybko Krogulca, po czym zauważając ranę pędem popędziła z nim do wyjścia z norki. Biało-rudy kocurek nie wiedział gdzie się potem udała, bo nigdy nie wychodził na zewnątrz, zadowalał się zawsze opowieściami mamy i Krogulca, nawet, jeśli ten często koloryzował. Zresztą nie było to teraz najważniejsze. Kocurek nastroszył sierść, po czym skulił się pod wzrokiem lekko zdezorientowanej Wisienki." Z pewnością nie chciała zranić brata, to nie jest jej wina, to wszystko nieporozumienie" powtarzał ciągle w myślach, próbując opanować przerażenie.
— W-wsystko w poziątku? — zapytała go cicho biała kotka.
Kocurek obrócił się szybko w jej stronę, machając z przejęciem głową na "tak". Nie musiał jeszcze bardziej martwić siostry, sama już i tak musiała niepokoić się o Krogulca. Spróbował nawet uśmiechnąć się lekko, ale przez wciąż mocno kołatające, niespokojne serce wyszedł z tego bliżej nieokreślony grymas.
— ...P-p-pszeplasam. — wyszeptał w końcu niepewnie. — I tak na pewno baldzo maltwisz się o Klogulca...
Wisienka tylko spojrzała się na niego ze zdziwieniem, po czym zaśmiała się krótko z pobłażaniem.
— Zasłużył sobie na to. Poza tym nie przesadzaj, to tylko malutka lanka.
Rudzik spojrzał na siostrę, i otworzył pyszczek, aby zaprotestować, jednak przerwał mu w tym powrót mamy z niezadowolonym Krogulcem. Jego prawą łapkę otaczało teraz parę nici pajęczyny, chociaż, jak zaraz im wyjaśniła Jagódka, czystko profilaktycznie, bo zadrapanie było niewielkie. Niewielki kocurek odetchnął z ulgą, ale nie na długo, bo kotka zaraz zaczęła przywoływać do porządku swoją córkę. Starała się być wyrozumiała, ale musiała przecież ją nauczyć, że nie wszystko trzeba rozwiązywać przemocą, zwłaszcza, że to jej brat. Rudzik nie mógł się powstrzymać i podszedł niepewnie do mamy, po czym polizał ją po boku, próbując w ten sposób uspokoić rodzicielkę. Ta odwzajemniła gest, po czym dokończyła, już nieco spokojniej, rozmowę z Wisienką i odeszła sprawdzić, jak się czuje Krogulec. Biało-rudy kociak wykorzystał okazję, i potykając się tylko raz, podszedł do siostrzyczki.
— T-to moja wina, Wisienk..-Wiśnio — wyjąkał nieco histerycznie. — Ja..— Przerwał ponownie, aby nabrać głębszego oddechu, powoli zaczynało mu się ze strachu kręcić w głowie.
— J-ja wiem, ze to nie twoja wina. Mogłem coś zlobić, ale bałem się, p-pszeplasam.
<Wisienko?>

Od Czarnej Łapy

Nowy dzień przyszedł szybko. Za szybko jak na jego gust. Promienie słońca wpadły do legowiska budząc go. Kocurek przeciągnął się czując jak głowa jego siostry zsuwa się z czarnego grzbietu. Obudzona tym nagłym poruszeniem Mglista Łapa skoczyła na równe nogi spoglądając na braciszka.
- Co się dzieję?! Pali się?!- miauknęła przestraszona a widząc lekki uśmiech drwiny na pysku Czarnego prychnęła- po co mnie budzisz tak rano?
- Bo masz trening moja droga- odpowiedział jej jak na siebie bardzo miło, ze spokojnym tonem i ukrytym żarcikiem. Mglista Łapa kiwnęła głową przejeżdżając językiem po łapce. Reszta uczniów już wyszła, a to na trening a to na patrol. Czarna Łapa wraz z siostrą opuścili legowisko terminatorów i udali się do wyjścia z obozu. Czekano już na nich, Omszona Skóra rozmawiał z, jak zawsze, radosnym Słonecznym Blaskiem. Na widok terminatorów point skoczył na równe łapy uśmiechając się do swojego nowego ucznia.
- Witaj Czarna Łapo! Gotowy na mały trening?- zapytał go od razu z entuzjazmem wręcz wylewającym się z jego słów. Dziwna sprawa, ale ucznia poruszyła ta sytuacja, jeszcze nikt tak nie cieszył się na wieść spędzenia z nim chwilki czasu. Omszona Skóra w tym czasie skinął grzecznie głową w stronę Mglistej Łapy i odwrócił się aby wyjść z nią z obozu. Nagle coś ścisnęło serce Czarnej Łapy, jakiś dziwny niepokój. Nigdy nie rozstawał się z siostrą, a teraz...
- Mglista Łapo!- zawołał za nią przykuwając je uwagę- uważaj na siebie...dobrze?
- Nic mi nie będzie mysi móżdżku!- zaśmiała się kotka podchodząc do brata. Przytuliła się do niego mrucząc cicho.
- Wrócę tak szybko, że nawet nie zauważysz kiedy zniknęłam!
- Koch...ja...Mglista Łapo, koch...oh no wiesz, co ja! Po prostu uważaj!- burknął zawstydzony. Siostrzyczka zaśmiała się biegnąc za swoim mentorem. Czarna Łapa czuł się już lepiej. Nic nie może się stać, przecież jest z Omszoną Skórą! Słoneczny Blask zachichotał stając za swoim uczniem.
- Jesteś blisko z siostrą co? To tak jak ja z moim bratem, Ostrym Kłem! Znaczy...- kocur zamyślił się tu przez chwilę aby zacząć znowu z tym samym entuzjazmem- trochę jest zazdrosny o Wierzbowe Serce jak z nią rozmawiam. Nie dziwię się, taki charyzmatyczny i przystojny kocur jak ja to prawdziwa konkurencja dla niego. Ale gdzieżbym śmiał tknąć partnerkę brata, prędzej wyrwałbym sobie wszystkie kłaki! A teraz...idziemy!
Czarna Łapa wykrzywił pysk w uśmiech, który szybko ukrył. Nie może się śmiać, nie z tak prostackich żartów. Spadający Liść nigdy by się nie śmiał, nawet nie zaszczyciłby go lekkim uśmiechem! Poszedł sztywno za mentorem szurając długim ogonem po ziemi. Wolałby aby to jego ojciec został jego mentorem, ale nie można mieć wszystkiego.
Wybrali się na obchód terenów wewnętrznych jak i wschodniej granicy. Słoneczny Blask wolał zostawić zachodnią w spokoju. Jak sam mówił: ,,jesteś zbyt mały aby tam iść, jeszcze ześliźniesz się z klifu i co wtedy! Nie chcę tracić ucznia tak szybko!". Czarna Łapa tylko kiwnął głową w odpowiedzi, niechaj będzie i tak. Nie obchodzą go tereny, on chce już walczyć. Wybrali się na Słoneczną Polanę, była położona niedaleko więc nie było ryzyka ani upadku ani zgubienia się.
Dość szybko się na niej znaleźli. Czarna Łapa nie widział w niej nic szczególnego, od to łysy placek pośrodku lasu. Fakt, latały tu piękne motyle a pośród traw biegały myszy, ale co z tego skoro nie może ich złapać? Słoneczny Blask polecił mu aby ten został w jednym miejscu kiedy ten pójdzie zapolować. Pomachał ogonem w stronę ucznia i zaczął ganiać za zającem jak szalony. Zrobił to specjalnie, aby rozbawić markotnego ucznia. Czy pomogło? W głębi duszy terminator śmiał się z głupkowatego mentora, jednak jego pysk był niewzruszony. Nie mógł doczekać się momentu w którym opowie o tym Mglistej Łapie. Czekając aż wojownik upora się ze zdobyczą Czarny zaczaił się na motylka. Kiedy owad usiadł na kwiatku kotek zaatakował wybijając się mocno z łap. Pochwycił delikatne stworzenie w łapy miażdżąc je.
- Cudownie!- krzyknął za nim Słoneczny Blask który z jakiś niewyjaśnionych powodów pojawił się tuż za nim. Czarna Łapa zasyczał podskakując do góry. Spłoszył się.
- Już złapałeś pierwszą zdobycz, jestem taki dumny!
- Obawiam się, że tym się nie najemy- mruknął uczeń wycierając łapę na której osiadła reszta owada.
- Oj tam, nakarmiłeś swoją potrzebę łowów. Jutro zabiorę cię na prawdziwe polowanie, zgoda?
- Jasne, czemu nie- zgodził się czarny kocurek z lekkim uśmiechem.
Kiedy wracali do obozu coś ponownie ścisnęło jego serce. Tym razem pojawił się też ból. Kocurek zatrzymał się czując jak jego serucho wali jak szalone po czym ustaje i zaczyna pracować normalnie. Czarna Łapa wziął głęboki oddech, coś było nie w porządku. Coś się stało. Zignorował to, pewnie chwilowy atak, jeśli będą się powtarzać pójdzie z tym do medyka, jeśli nie to nie ma po co zawracać innym głowy. Podgonił mentora który nawet nie zauważył chwilowego ataku ucznia.
Kiedy znaleźli się w obozie Czarna Łapa od razu poszedł na poszukiwania siostry. Zajrzał wszędzie, lecz nigdzie nie mógł jej znaleźć. ,,Może po prostu została dłużej na treningu? Tak, pewnie tak" próbował się uspokoić, ale przeczucie, że coś się stało nie chciało go opuścić. Postanowił na coś się przydać, poszedł więc do legowiska starszyzny odwiedzić Piaskową Mgłę. Stara kotka leżała na swoim posłaniu, rozpromieniła się widząc młodzika.
- Co cię do mnie sprowadza...
- Czarna Łapa, miło mi- przedstawił się uprzejmie- czegoś ci potrzeba?
- Oh chyba tak! Mógłbyś mi przynieść od Fenkułowego Serca korę olchy? Strasznie boli mnie kieł, a słyszałam, że to pomaga.
- Już biegnę!
Czarna Łapa wyszedł pospiesznie od Piaskowej Mgły wracając dosłownie po sekundzie. Położył przed starszą kotką ziarna maku po czym powiedział:
- Niestety nie miały kory...ale to też podobno pomaga...jeśli chcesz pójdę jutro z nimi po korę.
- Jakie dobre z ciebie dziecko- zamruczała kotka biorąc ziarna. Szturchnęła młodzika w polik w ramach podziękowania. Czarna Łapa skinął łebkiem i wyszedł na zewnątrz. Ku jego nieszczęściu, dalej nie było Mglistej Łapy.
Dopiero wieczorem pojawiły się wieści. Straszne wieści. Do obozu wpadł patrol wraz z roztrzęsionym Omszoną Skórą. Czarna Łapa próbował łapać ostatnie promienie słońca kiedy zauważył czwórkę kotów i jedną dziwną kupę futra którą nieśli na plecach. Była zbyt duża jak na królika. Kocurek zwrócił uwagę na oklapnięte uszko i wielkie, otwarte zielone oczy stworzenia. Na Klan Gwiazd czy to...
- Moje dziecko!- przeraźliwy pisk Pręgowanego Grzbietu rozdarł ciszę i spokój panującą w klanie. Kotka w kilku podskokach znalazła się przy orszaku i ciele. Przycisnęła swój pysk do córki próbując ocucić swoje dziecko. Na próżno.
- Kto, kto to zrobił?! Co się stało?!- ryczała roztrzęsionym głosem. Czarna Łapa przebił się przez tłum gapiów i stanął nieopodal ciała Mglistej Łapy. Jej grzbiet był kompletnie wykręcony, głowa zamiast w przód, spoglądała w tył, jakby kręgosłup przesunął się na drugą stronę. Wyglądała okropnie ze swoimi szeroko otwartymi, mętnymi zielonymi oczami i zaschniętą krwią na pysku. Omszona Skóra cały drżał, jego słowa układały się jedynie w bełkot z którego dało się zrozumieć jedynie ,,przepraszam".
- Spadła z klifu, Pręgowany Grzbiecie- wytłumaczył Senny Krok kładąc uszy- przykro mi...tak mi przykro...
Czarna Łapa podszedł jeszcze bliżej. Upadł tuż przy ciele siostry i zaczął łkać cicho. Przysunął pysk matki do siebie mrucząc ciche ,,proszę, nie patrz na to". Próbował ją uspokoić samemu będąc jednym wielkim kłębkiem nerwów. Czemu ona,czemu Mglista Łapa?! Obok nich pojawił się Spadający Liść. Położył swój łeb na łowie syna otaczając swoją rodzinę. Rzucił wyzywające spojrzenie Omszonej Skórze.
- Jak, jak do tego dopuściłeś?!- warknął wściekle strosząc sierść.
- Wyp-padek...pot-tworn-ny...
- Potworny?! Moja córka nie żyje, dopuściłeś do tego, jakim prawem zostałeś jej mentorem skoro...
- To nie jego wina Spadający Liściu!- odezwał się Osmolony Brzuch- widzieliśmy to. Mglista Łapa pośliznęła się i upadła. Wylądowała na skarpie, nie dało się do niej dojść, mimo to Omszona Skóra próbował. Był już blisko kiedy wszystko runęło w dół. Mglista Łapa nie miała szans...przykro mi.
Spadający Liść zasyczał wściekle ale czując jak Pręgowany Grzbiet tuli się do niego szepcząc ,,to nie wina Omszonej Skóry...proszę, wybacz mu" postanowił się uspokoić. Czarna Łapa położył swój łeb na czymś co kiedyś było karkiem jego siostry. Polizał jej skołtunioną, pełną kurzu sierść i zamknął oczy.
- Mówiłem...mówiłem, że coś się stanie- wybełkotał.
Nazajutrz poszedł wraz z rodziną zakopać zwłoki siostry. Kiedy zaczęto przysypywać ją piachem wyrwał się z objęć matki skacząc w stronę dziury z ciałem. Zatrzymał go Spadający Liść torując mu drogę. Zrozpaczony kocurek nie był gotowy na pożegnanie, zaczął miauczeć panicznie i wyć błagając o jeszcze chwilę.
- Proszę cię, jeszcze chwilę, na miłość Klanu Gwiazd, może zwrócą jej życie, ojcze błagam cię!
Zastępca był głuchy na prośby, kazał Wierzbowemu Sercu zakopywać dalej.
- Błagam, nie! Proszę, tylko ona mi została, tylko ona, moja siostra, moja kochana siostra! Mglista Łapo, Mglista...
Przestał lamentować w momencie w którym ojciec wyciągnął pazury uderzając go w pysk, nie po raz pierwszy, jednak tym razem zostawił trwały ślad pod okiem. Pręgowany Grzbiet zasłoniła swojego syna patrząc w przerażeniu na partnera.
- Ona nie żyje, nie żyje i nie wróci! Zrozum to mazgaju! Koty odchodzą, giną i już nie powracają, tak jak ona. Twoja siostra to martwe zwłoki!- wrzasnął w jego stronę strosząc futro. Ostatecznie dodał jeszcze zdanie uspokajając się. Jego opanowany ton brzmiał jeszcze gorzej niż ten pełen furii, był do bólu prawdziwy i przeszywał serce młodego ucznia na wylot.
- Zginęła. Pogódź się z tym.
Kiedy wszyscy opuścili już miejsce pochówku pozostał tam tylko Czarna Łapa. Siedział nad dołkiem wpatrując się w ziemię otępiałym wzrokiem. Nie mógł w to uwierzyć. Jego siostra...kochana siostrzyczka. Wtem obok niego pojawiła się nowa postać, Wierzbowe Serce. Kotka nie odeszła ze wszystkimi, została.

<<Wierzbowe Serce?>>

Od Borsuczego Gońca CD Milczącej Gwiazdy

Kocur wstał posłusznie idąc za liderką. Po chwili jednak zrównał z nią krok przy wyjściu z obozu. Zatrzymał ją stając na jej drodze, spojrzał w jej oczy i zapytał:
- Nie bierzemy nikogo ze sobą? Nie przyda nam się wsparcie gdyby chcieli nas...przepędzić?- zauważył słusznie. Liderka przymrużyła oczy nie spuszczając jednak wzroku ze swojego zastępcy. Zastanawiała się, było to widać. Rozważała wybór kogoś na tą podróż, sprawdzała minusy i plusy, lecz w końcu wydała ostateczny werdykt:
- Zabierzemy ze sobą Orlą Łapę, nie może cały czas siedzieć w obozie. Musi nauczyć się żyć z raną- miauknęła Milcząca Gwiazda. Borsuczy Goniec poczuł ucisk w sercu. Dlaczego nie wezmą Popielatej Łapy? Kiedy jednak usłyszał własne myśli skarcił się za nie. Czemu aż tak zależy mu na bliskości z uczennicą, po co tak usilnie chce spędzać z nią tyle czasu? Kiwnął głową godząc się aby to jej brat ruszył z nimi. Liderka zawołała kocurka który właśnie kończył śniadanie. Podbiegł do nich a Milcząca Gwiazda powitała go dość...specyficznym wzrokiem. Borsuczy Goniec mógł powiedzieć, że patrzyła na niego co najmniej przychylnie, z wielką troską. Jakby miał w jej sercu jakieś szczególne miejsce. ,,Pewnie się o niego martwi, może odwiedzała go jak leżał u medyczek, może się z nim zżyła. A ty jak odbierasz swoją uczennicę, inaczej?" pomyślał próbując wytłumaczyć całą tą scenę. Mimo to, Orla Łapa nie był uczniem Milczącej Gwiazdy.
Trójka ruszyła w drogę wiodącą niemalże przez całą długość terenów klanu Wilka. Zastępcy to nie przeszkadzało, jednak obawiał się o terminatora z uszkodzoną łapą. Na szczęście szarak już od początku trzymał się blisko boku Milczącej Gwiazdy, szansa, że się wywróci i zrobi sobie jeszcze coś gorszego zmalała. Wiatr poruszał koronami drzew grając cichą muzykę lasu. Borsuk uwielbiał jej słuchać. Radosny śpiew ptaków, szmer liści i krzewów, ciche stukanie dzięcioła. Zastępca szedł z miną wykrzywioną w lekki uśmiech, kroczył na przedzie trzymając pozostałych towarzyszy lekko w tyle. Rozumiał, że Milcząca Gwiazda chciała być przy uczniu, który ewidentnie nie nadążał. Mówiąc już o uczniach, Borsuczy Goniec przypomniał sobie o Srebrnej Łapie. Obiecał sobie porozmawiać na ten temat z liderką. Sprawa kocura go denerwowała, jak można było zdegradować tak dobrego wojownika za jeden taki incydent? Zrozumiałby, gdyby to był świeży, młody kocur, ale Srebrny Deszcz miał za sobą już jedną uczennicę, posiadał partnerkę i dość dobrą opinię w klanie, i nie był już taki najmłodszy. Postanowił w końcu zabrać głos w tej sprawie. Zwolnił na chwilę aby zrównać się z liderką. Spojrzał na Orlą Łapę kazał mu wyjść na przód i prowadzić ich stronę Klanu Nocy. Kocurek pokiwał łebkiem skacząc do przodu, potknął się lądując ale nie upadł. Uniósł ogon i głowę do góry idąc dumnie jakby nic się nie stało.
- O co chodzi?- zapytała w końcu Milcząca Gwiazda patrząc na zastępcę.
- O Srebrną Łapę- zaczął powoli i spokojnie Borsuczy Goniec, czuł jak napięcie wzrasta gdy wymówił to imię- moim zdaniem postąpiłaś niewłaściwie.
- Oh czyli kara za zachowywanie się jak głupiutkie kocię w postaci przywrócenia mu rangi ucznia jest niesłuszna?
- Tak, moim zdaniem tak. Fakt zachował się bardzo źle ale to nie kocię, to dorosły kocur który ma już partnerkę i uchował uczennicę.
- Powinnam zatem poklepać go po główce, mruknąć coś w stylu ,,ojejku źle zrobiłeś" i zostawić to tak?!- wzburzyła się kotka machając srebrzystym ogonem. W jej niebieskich ślepiach tlił się wściekły płomień.
- Tego nie powiedziałem. Na moje wystarczyłoby aby odpracował swoje na przykład opiekując się Jaszczurczym Ogonem, czy wykonując dodatkowo zadania ucznia, ale na miłość Klanu Gwiazd, degradowanie go to kpina!- bronił go dalej zastępca próbując brzmieć jak najspokojniej. Milcząca Gwiazda prychnęła lekceważąco odwracając wzrok.
- Sprzeciwiasz się mi?- rzuciła te słowa prosto w jego twarz, wyciągnęła ciężkie argumenty- ciesz się, że ciebie nie pozbawiłam stanowiska za te twoje humorki. Uważam, że postąpiłam słusznie.
Borsuczy Goniec nie miał siły walczyć. Baby jak to baby, wyciągną brudy z przeszłości i zrzucą je na kark biednemu samcowi który odważył się podważyć ich decyzję. Westchnął ciężko i rzucając ciche ,,nieważne" wyskoczył na przód pozwalając Orlej Łapie wrócić pod ,,skrzydła" Milczącej Gwiazdy. Chwalił Gwiezdnych za to, że Popiół jeszcze nie była na tym etapie aby oskarżać go o wszystko. Kto wie, może jest inna niż liderka? Jakby nie patrzeć uczennica pomagała mu i wspierała go w jego ,,humorkach" zamiast prychać i syczeć. Cóż za ideał.
W końcu dotarli na granicę z klanem Nocy. Niedaleko od granicy zostali wyczuci, kilka kroków dalej już ich namierzyli. Z krzaków wyskoczył patrol wrogiego klanu. Borsuczemu Gońcy udało się wśród nich rozpoznać Świetlikową Ścieżkę. Kiedyś imię kotki oraz wygląd obił mu się o uszy. Był pewien, że to ona. Na przód jednak wysunął się sam zastępca, Jagodowe Futro.
- Czego tu szukacie?- warknął spoglądając bezczelnie w oczy Milczącej Gwiazdy.
- Chcemy się widzieć z waszą liderką, Pierzastą Gwiazdą. Mamy pokojowe intencje- odpowiedziała spokojnie liderka mierząc lodowym wzrokiem kocura.

<<Pierzasta Gwiazdo? Albo Milcząca Gwiazdo?>>

Od Borsuczego Gońca CD Zroszonego Nosu

Kocur kompletnie nie miał pojęcia o co jej chodzi. Wydawała się spięta i zła, jakby coś złego jej się stało. Poczuł jak jego serce ogarnia troska, martwił się o kotkę, ale postanowił ją zostawić, zgodnie z jej wolą. Zamiast tego przywołał do siebie dwóch wojowników i zlecił im patrol wraz ze Srebrną Łapą. Było mu przykro na myśl o zdegradowanych byłym wojowniku, jego zdaniem taka kara była zbyt surowa, zważywszy na to, że Srebrna Łapa już od dawna był na wyższej randze, odznaczył się odwagą a nawet uchował ucznia. Pokręcił łbem dalej nie mogąc pojąć decyzji Milczącej Gwiazdy, ale kim był aby się jej sprzeciwić? Miał dość kłótni. Po za tym widział jak kotka słabnie. Obawiał się najgorszego- jej dni powoli się kończyły. Przerażenie ogarniało jego serce, nie był dość gotowy aby stanąć na czele Klanu Wilka. Potrzebował jej jeszcze na tym stanowisku. Musiał pogodzić się z każdym, ponownie odbudować swoją pozycję wśród innych, dopiero wtedy ze spokojem będzie gotów przyjąć nowe zadanie. Szło mu jak na razie...dość dobrze. Miał za sobą córkę, Płonący Grzbiet, Błotnisty Pysk, Zroszony Nos i prawdopodobnie Srebrną Łapę, ale nad tym jeszcze popracuje. Szanowani wojownicy klanu byli po jego stronie. Każdy zauważył jego przemianę, nikt nie narzeka. Rodzeństwo Popielatej Łapy także go lubiło, Orzełek zawdzięczał mu w końcu życie, a Jaskółcza Łapa nie dość, że była uczennicą jego bliskiej znajomej to jeszcze była mu winna szacunek za uratowanie brata.
Borsuczy Goniec postanowił w końcu odwiedzić swoją córkę. Ujrzał ją leżącą wraz ze swoimi dziećmi. Jak sądził, Błotnisty Pysk był na polowaniu. Co ciekawe, tuż obok małych siedziała Jaskółcza Łapa. Machała ogonkiem za którym biegał Borsuczek. Mały wnuczek zastępcy zawsze napawał go dumą, nie codziennie w końcu dziecko nazywa swojego syna po swoim rodzicu. Kocur zbliżył się do córki stykając się z nią nosem. Kotka odwzajemniła gest mrucząc. Borsuk trącił ucho młodej terminatorki na powitanie, ta zaśmiała się cicho spoglądając na kota.
- Borsuczy Gońco, to prawda, że Borsuk ma imię po tobie?- zapytała na powitanie nie przestając bawić się z młodym. Kocurek, o którym była mowa, podniósł niebieskie ślepia do góry wlepiając je wprost w swojego dziadka. Wyszczerzył kły w uśmiech powracając do dalszego ataku na ogon towarzyszki. Borsuczy Goniec zaśmiał się serdecznie spoglądając na uczennicę.
- Tak to prawda, Różane Pole mogła wybrać każde szlachetne imię, ale wybrała takie zwyczajne, po dziadku.
- Hej, nie jest zwyczajne. Nadałam je po najlepszym wojowniku jakiego znam, najdzielniejszym zastępcy i legendarnej przyszłej gwieździe- zaśmiała się Różane Pole puszczając oko w stronę ojca. Nocka wyskoczyła zza łap matki docierając pod nogi dziadka. Otarła się o nie z głośnym mruczeniem.
- Bolsucy Gonc, Bolsucy Gonc!- pisnęła radośnie chodząc naokoło nóg. Zastępca zaśmiał się liżąc małą kotkę za uszami. Oh jakie one były rozkoszne! Po chwili jednak dotarło do niego: co tutaj robi samotna Jaskółcza Łapa? Nie powinna być na treningu? Zadał jej właśnie to pytanie a w odpowiedzi uzyskał:
- Zroszony Nos powiedziała, że mogę tutaj przyjść, ale nie chciała iść ze mną...nie wiem dlaczego.
Różane Pole posłała zatroskane spojrzenie ojcu. Chciała się czegoś na ten temat dowiedzieć, ale i on sam niewiele wiedział.
Kiedy Zroszony Nos wróciła z uczennicą późnym popołudniem zaprosił ją do wspólnego posiłku. Kotka zgodziła się z uśmiechem na pysku po czym oboje zasiedli gdzieś w rogu obozu. Borsuk zauważył jak towarzyszka spogląda na Srebrną Łapę który spożywał w towarzystwie innych uczniów.
- Zobacz jak on wygląda! Taki wielki wśród takich małych- zaśmiała się z ewidentną nutką żalu w głosie. Borsuczy Goniec skinął jedynie łbem.
- Obiecuję porozmawiać o tej sprawie z Milczącą Gwiazdą. To niesprawiedliwe. Ale teraz mam inne pytanie- tutaj zatrzymał się czekając aż kotka zwróci na niego uwagę. Zroszony Nos dość szybko odwróciła łeb w jego kierunku czekając aż ten się odezwie. Zastępca nabrał powietrza i jeszcze raz ułożył w głowie to co chciał powiedzieć.
- Nie umknęło mojej uwadze, że niechętnie spoglądasz w stronę żłobka, co więcej jestem pewien, że to nie przez Różane Pole. Widziałem, że dogadujecie się dobrze i raczej między wami nic złego nie zaszło w tym czasie. Dlatego powiedz mi, czemu nie chcesz widzieć się z jej kociakami? Nie zmuszam cię do tego...pytam z czystej troski.


<<Zroszony Nosku? wybacz za tyle czekaniaaaaaaa>>

Od Wierzbowego Serca CD. Szumka

Kotka powolnym krokiem opuściła kociarnię. Wierzbowe Serca nie byłaby sobą, gdyby nie przychodziła tych maluchów odwiedzać.

***

Wierzba powoli i bezszelestnie stawiała łapy na ziemi. Ciepłe powietrze wlatywało do nosa kotki. Wierzbowe Serce czuła wiele przyjemnych zapachów, jednak była skupiona na czymś innym. Czarny ptak akurat szukał sobie czegoś do jedzenia pod drzewem. Ciekawe, czy wie, że zaraz to on stanie się pożywieniem. Kotka naprężyła mięśnie, a po chwili już była w powietrzu, łapiąc swoimi ostrymi pazurami kosa w locie. Zakopała piszczkę, by wziąć ją później ze sobą do obozu. Kotka lubiła polować. Mogła wtedy przemyśleć wszystkie sprawy, cieszyć się zapachem świeżo upolowanej zwierzyny i smakiem jej krwi. Trzeba przyznać, że to właśnie polowanie wychodziły Wierzbie najlepiej. Po bardzo udanych łowach, kotka wzięła ze sobą wszystkie piszczki i zaniosła je do obozu. Gdy odkładała zwierzynę na stos zauważyła Szumka i jego rodzeństwo bawiące się razem przez żłobkiem. Wierzbowe Serce z uśmiechem na pyszczku podeszła do Zabluszczonego Futerka.
- Tak szybko rosną. - miauknęła szylkreta. Jej głos był przepełniony dumą i miłością.
- Masz rację, Zabluszczone Futerko. - potwierdziła bura kotka. - Mają już 4 księżyce, prawda?
- Tak. - opowiedziała królowa. Nagle Szumek wyrwał się z łapek siostry i szybko podbiegł do obu kotek.
- Cześć, Wierzbowe Serce. - miauknął radośnie. - Chcesz się z nami pobawić?
- Z chęcią. - odpowiedziała, bo jak można odmówić takiej ślicznej, małej kulce futra o błyszczących zielonych oczach?

<Szymek? Przepraszam, że tak długo i taki gniot ;-;>

Od Srebrnej Łapy C.D Milczącej Gwiazdy

- To był wypadek. - mruknął, starając się ukryć wrzący w nim gniew - Czysty wypadek. Nie nawąchałem się kocimiętki specjalnie.
- Nie da się ,,Przez przypadek" czegoś nawąchać. - odparła kocica zimnym głosem.
Czuł, jak w napadzie gniewu jego pazury wysuwają się, lecz po chwili schował je. Nie mógł zaatakować własnej liderki.
- I tak sądzę, że ta kara jest za ostra. - miauknął trochę ostrzej.
- Czy słuchałeś mnie wcześniej? - spytała szorstko machając ogonem na boki.
O nie. Miarka się przebrała...
- A czy właśnie wyglądam, jakbym liczył liście na drzewie? - warknął Srebrna Łapa.
Milcząca Gwiazda przystanęła i zmierzyła go zimnym wzrokiem. W chwili ciszy przeanalizował swój status. On, okradziony z sił i sensu życia, o futrze, które już nie błyszczało żywym srebrem. Ona, lśniąca w promieniach słońca i wydająca się być taka potężna. Nie miał szans.
- Właśnie swoim zachowaniem oddalasz się od swojej rangi wojownika, na którą, jak widać nie zasłużyłeś. - burknęła wyginając grzbiet w lekki łuk.
- Przepraszam, ale słuchałem. - syknął. - Sama byłaś moją mentorką, więc w czasie treningu mogłaś ocenić czy się nadam, czy nie.
Wtedy pomknął w krzaki. Uciekł z dala od niej, by nie pogorszyć swojej sytuacji. Był rozerwany. W każdej chwili mógł opuścić klan, ale serce mu na to nie pozwalało. Nie mógłby zostawić swojego dzieciństwa i Zroszonego Nosa od tak.

<Milczka?>

Poznaj lepiej naszą historię

CZWÓRKA WYBRANYCH